poniedziałek, 15 października 2012

Absurdalne prawo zamówień publicznych niszczy naukę

Świetny tekst, niestety bardzo trafnie diagnozujący to co się dzieje w nauce w kontekście zamówień publicznych...

http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,12627557,Absurdalne_prawo_zamowien_publicznych_niszczy_nauke.html

fragment dla zachęty:
Klasyczny amerykański Polish joke: "Ilu Polaków potrzeba, aby wkręcić żarówkę? Pięciu: jeden stoi na stole i trzyma żarówkę, a czterech kręci stołem". Jako pracownik instytutu Polskiej Akademii Nauk poddanego rygorom ustawy Prawo zamówień publicznych (PZP) dochodzę do wniosku, że to nie złośliwy żart, lecz trafna charakterystyka naszych wyjątkowych predyspozycji do bezsensownego utrudniania sobie życia.

i coś specjalnie z dedykacją dla NCNu jeśli chodzi o szczegółowe planowanie budżetu grantu na 5 lat do przodu :o))
Istotą nauki jest odkrywanie nowego, a więc nieprzewidywalność. Instytucję naukową (w każdym razie z zakresu badań przyrodniczych), która potrafiłaby precyzyjnie zaplanować wydatki, należałoby moim zdaniem od razu zlikwidować, gdyż taka instytucja po prostu powiela znane, zamiast badać nieznane.
ale to tak pół-serio, nie jestem takim przeciwnikiem planowania :o)

michał żmihorski

2 komentarze:

  1. Naukowiec poza tym ma bardzo określone potrzeby co do np. sprzętu. Pomijając mikroskopy itp. to już przy zakupie komputera widać jakie to są oszczędności .... Nie dość, że nigdy nie ma tego co się chce, to często wciskają sprzęt lekko stary i po cenach zdecydowanie wyższych niż w sklepiku komputerowym dwie przecznice od zakładu sprzęt w miarę nowy (pod względem technologicznym). Do tego dochodzą problemy z serwisem, który też bywa elementem przetargu na Uczelniach. Poprzedni dostawca komputerów oferował serwis bardzo rzetelny i przyjeżdżał do klienta. Teraz muszę z każdą pierdołą wozić ten komputer gdzie może łaskawie w ciągu tygodnia zrobią. Oczywiście kosztuje taka naprawa zwykle więcej niż u zwykłej komputerowej "złotej rączki" - bo najczęściej nie są to skomplikowane naprawy.
    Z innej beczki. Jak kupowałem w ramach granta mikroskop (zaznaczam na Uczelni) to też prawie rok z trzech przeleciał na procedurach. Mikroskop nie był jakiś drogi ale w skali Uniwersytetu to już podpadało pod PZP bo w końcu ileś tych mikroskopów się kupuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak się składa, że z problem tzw. zamówień publicznych miałem ostatnio wiele do czynienia i chętnie podzieliłbym się kilkoma spostrzeżeniami.
    Przede wszystkim, założeniem (duchem) tej ustawy jest by było jak najtaniej dla podatnika oraz żeby były równe zasady konkurencji dla kontrahentów/dostawców/producentów. Z mojego doświadczenia mogę stwierdzić, że żaden z tych warunków nie jest spełniony a głównym powodem jest iście na łatwiznę, tzn. kierowanie się sobie tylko rozumianą literą prawa przez urzędników/administrację tak by jak najmniej się napracować. Żeby nie być gołosłownym podam przykład kiedy to chciałem kupić sprzęt będąc pracownikiem polskiej uczelni (jednego z większych uniwersytetów).
    Podczas sporządzania kosztorysu do grantu zrobiłem rzetelny przegląd sprzedawców i okazało się, że firma z Niemiec oferuje ceny o około 25% niższe niż firmy Polskie, to też we wniosku o zamówienie podałem Panu z działu zamówień publicznych (DZP) by wziął to pod uwagę szukając oferentów i nie przysyłał mi ofert o cenach wyższych, bo jako kierownik grantu i tak ich nie zaakceptuję skoro ktoś proponuje ceny niższe. Pan z DZP stwierdził, że będzie przetarg i przetarg wyłoni oferenta, na to ja że firma z Niemiec nie wystartuje w tym przetargu bo niby skąd ma o nim wiedzieć, „czy naprawdę Pan uważa, że firmy z całej Europy przeglądają stronę internetową naszej uczelni oraz że znają przepisy naszej ustawy?”. DZP: „ale tylko przetarg gwarantuje równe szanse”. Ja „równe szanse kilku firmom, które wcale nie gwarantują najniższej ceny, ponadto w przetargu wystartują tylko firmy które mogą pozwolić sobie na odroczoną płatność (czyt. te które z racji wielkości same nie musza płacić producentom od ręki)”. Gdzie zatem tutaj równa konkurencja? Widać zatem, że ustawa w takim wykonaniu sprowadza się do preferowania kilku firm, niekoniecznie dających najniższe ceny oraz że postępowanie takie łamie zasadę równości, gdyż preferowani są dostawcy duży. Co więcej takie podejście wręcz zachęca dostawców do zmów cenowych.
    Dlaczego tak jest, ano w dalszej części rozmowy okazało się dlaczego. Skoro mali kontrahenci nie startują bo nie stać ich na zakup towaru i oddawanie go bez pieniędzy bo tracą płynność, uniwersytet udaje, że tacy dostawcy nie istnieją i ma na to prosty sposób. Administracja, w tym DZP, operuje jedną kartą kredytową (która jest gdzieś u głównego kwestora), a żeby dokonać zakupu u małego dostawcy należy zapłacić mu od razu i najczęściej odbywa się to przez sklep internetowy. Panu z DZW nie chce się łazić ws karty więc robi wszystko by był przetarg lub by wszelkie zakupy dokonywać u znanego sobie dostawcy, który wygrał jakiś tam wcześniejszy przetarg na dostawę, w tym przypadku innego sprzętu elektronicznego i nie domaga się kasy od razu. Ustawa pozwala na zakup od takiego dostawcy z pominięciem przetargu (trzeba tylko przekroczyć pewną kwotę we wcześniejszych transakcjach).
    Koniec końców, pomimo zgodności z literą prawa (Pan z DZP nie łamie nigdzie ustawy), postępuje się dokładnie wbrew duchowi tej ustawy, ponieważ dyskryminuje się małych dostawców i dostawców spoza Polski oraz wcale nie dokonuje się zakupów po najniższych cenach.
    Pointa, po n-tym telefonie i kilku groźbach, Pan z DZP skonstatował, że nie odpuszczę i koniec końców dokonał zakupu dokładnie z moimi wytycznymi, przez Internet i z Niemiec. Co więcej wszystko odbyło się w majestacie prawa. Tylko że w takim razie jakiego prawa bo to co kilka tygodni wcześniej było niewykonalne na raz stało się wykonalne. Wniosek dla mnie płynie z tego tylko taki, że nieważne jaką będziemy mieli ustawę jeśli administracja ma takie podejście jakie ma.

    PR

    OdpowiedzUsuń