sobota, 17 czerwca 2017

Kornik w Puszczy Białowieskiej

fot. MŻ, P.Białowieska

Temat Białowieży niestety rzadko się tutaj pojawia, ale tym razem zależy mi na nagłośnieniu jednego tekstu - tak się składa, że mojego ;-). Przeprowadziłem wywiad z Martinem Schroederem, profesorem entomologii leśnej pracującym w Department of Ecology SLU w Uppsali (przypomnę: SLU jest obecnie nr 1 na świecie w kategorii "forestry"). Martin zajmuje się od kilkudziesięciu lat przede wszystkim ekologią kornika drukarza (jego profil na Research Gate). Zatem trudno znaleźć kogoś w Europie, kto wie więcej w tym temacie. 

Mam nadzieję, że ten tekst może być użyteczny w argumentacji z osobami kwestionującymi kompetencje merytoryczne wszystkich tych, którzy wątpią w konieczność cięć w Puszczy Białowieskiej - jeśli Martin nie ma takich kompetencji, to kto je ma?

Najważniejszy w kontekście Puszczy Białowieskiej wydaje mi się wniosek płynący ze słów prof. Schroedera, że wiele działań leśników de facto sprzyja rozwojowi gradacji kornika (np. wycinanie tzw. posuszu jałowego, w którym kornika już nie ma, są natomiast jego naturalni wrogowie), że skuteczność cięć jest bardzo wątpliwa, oraz że niepodejmowanie działań jest sensowną alternatywą, jeśli las ma chronić bioróżnorodność, a nie produkować deski. 

Wywiad ukazał się jako temat dnia na serwisie PAP. Przygotowanie tego tekstu kosztowało nas - mnie, ale przede wszystkim mojego rozmówcę, któremu wielokrotnie zawracałem głowę - sporo czasu, więc jeśli znacie kogoś, kto mógłby go pożytecznie wykorzystać, będę wdzięczny za jego rozprowadzanie. Oto on:



Michał Żmihorski

wtorek, 13 czerwca 2017

Inflacja ekologii

Rozumiem, że gdy jesteśmy profesorem mającym setki prac na ISI i piętnaście nowych cytowań dziennie, to drzwi każdej redakcji stoją przed nami otworem (no dobra, może nie każdej, ale na pewno wszędzie jest dużo, dużo łatwiej, a te średnie czasopisma biorą od nas wszystko "z marszu"). Zakładam, że w takiej sytuacji trudno jest się powstrzymać, dlatego powstają takie genialne prace jak poniższa... Wiem, że krytykuję teraz świetnego profesora, któremu do pięt nie dorastam, ale tym się różni nauka od religii, że dowolny gamoń może kwestionować wszystko to, co stworzyli geniusze. Co niniejszym czynię!

Prof Lindenmayer opublikował niedawno pracę pt. "Conserving large old trees as small natural features" w Biological Conservation. Nie jest to - co bardzo ważne w tym kontekście - praca empiryczna, lecz podsumowanie swoich przemyśleń, chociaż ma kategorię "Original Research Article":

 
Fragmenty najważniejszych odkryć autora prezentowanych na dziewięciu stronach tego artykułu:
Large old trees are small natural features
Large old trees play many key ecological roles ... e.g. provision of wildlife habitat
Conservation demands protection
The protection ... of large old trees will often require ... conservation strategies. Such strategies can include bans on cutting trees

No po prostu genialne, przełomowe wyniki i nieoczekiwane wnioski - nikomu nawet do głowy nie przyszło, że stare drzewa są środowiskiem dla łajdlajfu, nie mówiąc już o tym, że ich ochrona może polegać na ich niewycinaniu...

Sorry za ironię, nie chodzi tu o ten konkretny artykuł i konkretnego człowieka, który przecież napisał wiele świetnych rzeczy - chodzi raczej o szerszy problem, jakim jest inflacja ekologii napędzana przez tego typu prace. Powyższa publikacja niestety nie jest wyjątkiem. Sam recenzowałem ostatnio inną, współautorstwa człowieka o indeksie h>100 (GoogleScholar), która była metodycznie całkowicie schrzaniona (idę o zakład, że ten człowiek jej nawet nie czytał, ale to inny problem).

Pomyślcie, jak praktycy (np. leśnicy) mają czuć respekt przed nauką i traktować ją serio, skoro w jednym z najlepszych czasopism z dziedziny ochrony przyrody ukazuje się tekst na poziomie skryptu dla kandydatów do technikum leśnego?

Główna lekcja z tej lektury, to: nie bójmy się patrzeć krytycznie na tych najlepszych, i powątpiewać w to, co napisane w najlepszych czasopismach, bo oni też mają gorsze dni i publikują czasami banalne gnioty. Ten przykład pokazuje również, że wysoki Impact Factor czasopisma nie zwalnia nas od krytycznego samodzielnego myślenia, a najlepsi nie powinni mieć żadnej taryfy ulgowej w procesie recenzji.

Michał Żmihorski

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Mieczysław O. et al., czyli o kadrach


Nie chciałbym tutaj jakoś szczególnie rozwijać sekcji kryminalistycznej E&E ale nie sposób nie odnotować tego co się wyrabia. Otóż postawiono kilka dni temu poważne zarzuty dyrektorowi IMGW:

co staje się powoli tradycją, bo o podobnych sprawach było wcześniej głośno:

(nawiasem mówiąc, mamy tu dylemat Tarskiego: gdy portal "twojapogoda", korzystający z danych IMGW, informuje że dyrektora IMGW zatrzymano za oszustwa, to portal kłamie, czy mówi prawdę?)

A bardziej poważnie; przyjrzyjmy się charakterowi jednego z zarzutów:

"Dyrektor miał ponadto fikcyjne zatrudnić w IMGW kilka osób na etatach, chociaż w rzeczywistości nie świadczyły pracy"

Takie zatrudnienie jest możliwe, bo ludzie nie są rozliczani z efektów pracy, tylko z przestrzegania regulaminu. Poza tym, pensja dyrektora nie jest uzależniona od efektywności pracy całego instytutu - przecież w swojej prywatnej firmie nie zatrudniłby kogoś na takich zasadach, bo to by przede wszystkim jego (dyrektora) uderzało po kieszeni. Zobaczcie jak ogromny teren ma IMGW - to są tysiące metrów kwadratowych w części miasta, gdzie metr kosztuje kilka tysięcy złotych, a malutkie mieszkanie kilkaset tysięcy. Sama portiernia przy bramie jest wielkości małej willi, a budynek główny mógłby lekko pomieścić kilka moich szwedzkich Departament of Ecology. I co ci ludzie tam produkują? Poza gromadzeniem danych ze stacji pomiarowych, co przy dzisiejszej cyfryzacji można byłoby zmieścić w tej właśnie portierni, nie przychodzi mi nic do głowy. Byłem tam kilka razy - śmierdzi PRLem, że aż trudno oddychać, masz wrażenie, że zza rogu zaraz wyjdzie Gomułka, jeśli nie Bierut!

Szersza perspektywa - powiedzmy sobie jasno: w Polsce powstał system mafijny okupujący różne instytucje i jednostki naukowe, w którym przestępcy lub zwykli durnie (albo osobniki łączące obie te cechy) mają prawie zupełnie niekontrolowaną władzę i dysponują całkiem sporym majątkiem państwowym, na szkodę tych instytucji, nauki i społeczeństwa jako ogółu (proponuję przetestować łatwość uzyskania danych pogodowych na cele naukowe = pisma, prośby, czekanie...). Każdy kolejny dyrektor, tego i innych instytutów, będzie poddawany silnej pokusie korupcyjnej, bo może niemal wszystko i podlega tylko ogólnej kontroli. I takich instytucji są dziesiątki, mają swoje bazy terenowe, stacje pomiarowe, filie w różnych miastach, dyrektorów, sekretariaty, samochody, itp. Myśląc o tej sprawie dochodzę do wniosku, że większość tych instytutów należy jak najszybciej zamknąć, a całe towarzystwo rozpędzić. Tu nigdy nie będzie żadnej poprawy - wiara, że coś się zmieni jest skrajną naiwnością. 

I jeszcze szerzej - ta afera jest dowodem, że w Polsce prawdopodobnie wcale nie brakuje pieniędzy na naukę, i w żadnym wypadku nie należy zwiększać na nią nakładów, dopóki nie zlikwidujemy takich właśnie czarnych dziur. 

Michał Żmihorski

wtorek, 23 maja 2017

Konkurs na stanowisko asystenta

Konkurs na stanowisko asystenta ze stopniem naukowym doktora w Zakładzie Entomologii Instytutu Zoologii i Badań Biomedycznych na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi

Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ogłasza konkurs na stanowisko asystenta ze stopniem naukowym doktora w Zakładzie Entomologii Instytutu Zoologii i Badań Biomedycznych na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi w zakresie entomologii w ramach posiadanego etatu.
Do konkursu mogą przystąpić osoby, które spełniają wymogi określone w art. 109 ustawy z dnia 27.07.2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym (t. j. Dz. U. z 2012 roku, poz. 572 z późniejszymi zmianami) i § 164 Statutu UJ oraz odpowiadają następującym kryteriom kwalifikacyjnym:
  • posiadanie stopnia naukowego doktora w dziedzinie nauk biologicznych w zakresie bezkręgowców na poziomie uniwersyteckim,
  • wysoka ocena rozprawy doktorskiej,
  • dorobek naukowy obejmujący oprócz pracy doktorskiej również inne liczące się publikacje z zakresu systematyki, taksonomii, filogenezy, faunistyki, ekologii lub biogeografii bezkręgowców, a szczególnie owadów, w tym co najmniej 2 artykuły opublikowane w czasopismach indeksowanych w JCR,
  • czynny udział w życiu naukowym (wystąpienia ustne i plakatowe) przejawiający się w szczególności obecnością na konferencjach i sympozjach, zagranicznych lub krajowych,
  • umiejętności prowadzenia badań w terenie, badań eksperymentalnych, a także molekularnych,
  • udokumentowane publikacjami naukowymi doświadczenie w hodowli bezkręgowców, projektowaniu i prowadzeniu długoterminowych eksperymentów laboratoryjnych oraz w ich analizie statystycznej,
  • znajomość aktualnej systematyki i nomenklatury bezkręgowców,
  • umiejętności rozpoznawania bezkręgowców do poziomu wyższych taksonów,
  • udokumentowana publikacjami naukowymi szczegółowa znajomość biologii i taksonomii co najmniej jednego typu bezkręgowców (umiejętności oznaczania do poziomu gatunku),
  • biegła znajomość MS Office (Word, Excel, PowerPoint) oraz przynajmniej jednego profesjonalnego programu statystycznego,
  • dobra znajomość języka angielskiego oraz języka polskiego w stopniu niezbędnym do prowadzenia zajęć dydaktycznych,
  • doświadczenie w realizacji projektów badawczych,
  • doświadczenie w prowadzeniu zajęć dydaktycznych dla studentów biologii,
  • umiejętność w prowadzeniu zajęć terenowych,
  • umiejętności organizacyjne i pracy w zespole,
  • pozytywna opinia przełożonego o kwalifikacjach i predyspozycjach.
Szczegóły ogłoszenia w załączniku.
Stanowisko: asystent ze stopniem naukowym doktora
Jednostka: Wydział Biologii i Nauk o Ziemi
Termin składania dokumentów: 16.06.2017
Data wytworzenia: 16.05.2017 
 

 

wtorek, 16 maja 2017

Nowy szef Centralnej Komisji...

Nowym szefem Centralnej Komisji, po dłuższym oczekiwaniu na decyzję rządu, został mianowany prof. Kazimierz Furtak:

http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,414212,prof-furtak-nowym-szefem-centralnej-komisji-ds-stopni-i-tytulow.html

Wrzucam też prinskrin ze Scopusa. Prof Furtak jest autorem 19 publikacji zamieszczonych w tej bazie, zajmuje się budownictwem - kilka tytułów najnowszych jego prac na obrazku poniżej. Ale zupełnie nie wiem na ile Scopus jest reprezentatywny dla tej dziedziny.  


Michał Żmihorski


sobota, 22 kwietnia 2017

Zielona propaganda


Irytuje mnie, że jako przyrodnicy i naukowcy dajemy się tak łatwo nabierać na tę wyjątkowo prostą i chamską grę, w którą grają miłościwie nam panujący w resortach dotyczących ochrony przyrody w Polsce. Mianowicie: jedną ręką robią obecnie armagedon w Puszczy Białowieskiej, co jest chyba najbardziej szkodliwym z punktu widzenia ochrony przyrody przedsięwzięciem ostatnich lat. I tu protestujemy. Tymczasem równolegle ci drwale z Białowieży ustawiają (za nasze pieniądze) kamerki przy gniazdach bociana czarnego albo rybołowa, "chronią" cietrzewia, nagrywają filmy przyrodnicze albo wydają poradniki ochrony przyrody, czym zyskują w społeczeństwie miano zatroskanych przyrodników i obrońców bioróżnorodności. 

Rozumiem jeszcze, że społeczeństwo, które ma na ogół zerową wiedzę w tym temacie, łyka ten szczyt hipokryzji. Ale dlaczego, do cholery, sami przyrodnicy popierają te działania i cieszą się, gdy bocian czarny przyleci na gniazdo (trudno żeby nie przyleciał, skoro wszystkie inne mu wyrżnięto, odmładzając drzewostan kilkukrotnie w porównaniu do jego biologicznego potencjału). A co widzę na facebookowych profilach tych inicjatyw? "10 twoich znajomych lubi to". 

Postuluję: nie przykładajmy ręki do tych wszystkich obłudnych akcji realizowanych przez zarządzających zasobami przyrodniczymi w Polsce! Naszą rolą jest uświadamianie społeczeństwa, że zagrożeniem dla takich gatunków jak rybołów, cietrzew, głuszec, bocian czarny i wielu innych, jest przede wszystkim gospodarka leśna realizowana w sposób ignorujący potrzeby tych gatunków, o czym wykonawcy tej gospodarki doskonale wiedzą, świadomie i celowo niszcząc siedliska tych gatunków! Kamera internetowa przy gnieździe bociana czarnego jest szczytem zakłamania w stylu dokarmiania dzików pod amboną myśliwską i doskonałą ilustracją powiedzenia, że "diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni". Czy naprawdę jesteśmy aż tak ślepi by nie dostrzegać, że osobnik w zielonym mundurze montujący te kamerki internetowe, w drugim ręku trzyma siekierę na białowieskim zrębie? Fakt, że takie inicjatywy tak licznie powstają wskazuje, że "osobnik w zielonym mundurze" bardzo chce na polu ochrony przyrody zaistnieć, ale tanim kosztem: powiesimy kamerkę, kilka budek, zbudujemy platformę dla rybołowa i nakręcimy film, a dzięki temu będziemy mogli wyciąć dodatkowe kubiki z najbardziej cennych drzewostanów. Więc szczególnie istotne jest, by mu tego nie ułatwiać.

Żeby była jasność: uważam, że z leśnikami, myśliwymi, meliorantami itp., trzeba współpracować (nie można skutecznie chronić przyrody bez tego), trzeba z nimi rozmawiać, edukować ich i trzeba też zaakceptować, że oni użytkują te zasoby (a my, jako społeczeństwo, z tego korzystamy). Ale trzeba też mówić/pisać prawdę i gdy gospodarowanie w ich wykonaniu jest szkodliwe, trzeba o tym pisać wprost. Nie powinniśmy robić z siebie idiotów i uwiarygadniać tej propagandy! 

Michał Żmihorski

niedziela, 9 kwietnia 2017

"Ocena ekspercka" - najlepszy przyjaciel pracowitych inaczej

Polska nauka jest jak czarodziejska kraina - tu może zdarzyć się wszystko. Geniusz może być nazwany głupkiem i wyrzucony z pracy, genialny wynalazca, którym interesują się nobliści, nie znajduje etatu w polskim zapyziałym instytucie. Człowiek z dobrym dorobkiem przegrywa konkurencję z "panią Basią", a młody doktorant jest tak długo tresowany przez administrację, dopóki nie zrezygnuje ze swoich ambicji. Naukowo nic nieznacząca jednostka może dostać miliony na nowe budynki, a czasopismo o międzynarodowym zasięgu musi żebrać o okruchy. Dyrektorem lub szefem zespołu może zostać nieuk, ignorant i leń bez publikacji, szczątkowy dorobek naukowy może zostać okrzyknięty "wybitnym", osoba niepotrafiąca znaleźć pulpitu w systemie windows może zrobić habilitację i uczyć doktorantów, brak znajomości angielskiego nie jest przeciwwskazaniem do zrobienia profesury, tym bardziej plagiat itd, itd. 

Jak to wszystko możliwe? Bo system oceny w polskiej nauce jest subiektywny - o wszystkim decydują komisje, komitety, ciała doradcze, grupy ekspertów, zasłużone profesorstwo. Decydują dyskutując, oceniając, radząc, używając swojego doświadczenia, intuicji, głębokich przemyśleń, przekonań i przeczucia, obficie podlanych dobrą wolą, najszczerszymi chęciami i poczuciem patriotycznego obowiązku. Ta mieszanka sprawia, że oni mogą przegłosować dosłownie wszystko, a my toniemy - mamy drenaż młodych i ambitnych, a nasze uniwersytety zapadają się coraz ębiej  w rankingach. 

Jedyne co nas jeszcze ratuje w tym bezbrzeżnym subiektywizmie, płynności znaczeń i inflacji słowa jest niezatapialna boja w postaci całkowicie zewnętrznej (=niezależnej od polskich uczonych i polityków) ewaluacji dorobku naukowego w wykonaniu Scopusa, JCR, IF, H, cytowań, recenzji naszego dorobku w wykonaniu zagranicznych redaktorów itp. To jedyny punkt orientacyjny jaki mamy. Jedynym argumentem jakiego możemy użyć jest ta zewnętrzna ocena: "skoro wyniki moich prac są publikowane w najlepszych światowych czasopismach, to może nie są tak bezwartościowe, jak szanownej komisji się wydaje?". A polscy "wybitni uczeni" z tych wszystkich komisji, najbardziej boją się prostego pytania: "no dobrze panie profesorze, a jak często pana prace są cytowane, skoro tak krytycznie wypowiada się pan o moich?". To jest jedyna, ale czasem skuteczna, linia obrony. Nie mamy nic innego - jeśli stracimy to, jeśli pozwolimy na odejście od międzynarodowych standardów i zrobimy sobie tu polski impakt faktor, polskiego nobla i polskie standardy doskonałości naukowej, to szlag trafi już wszystko i "pani Basia" z habilitacją z kosmetologii będzie przyznawać granty "panu Kaziowi" od łowiectwa i vice versa, a profesor Szyszko będzie wzorem naukowca dla nowych pokoleń ekologów.

Dlatego za głęboko szkodliwe uważam akcje zmierzające do odcinania tej ostatniej boi - pogłębiania tego bezmiaru subiektywizmu i do całkowitej rezygnacji ze wszystkich zewnętrznych wskaźników bibliometrycznych (które przecież na świecie są stosowane, co widzę codziennie w Szwecji). Nie rozumiem dlaczego Rada Młodych Naukowców postuluje już nie tylko by nie oceniać wskaźników bibliometrycznych, lecz nawet by zrezygnować z ich podawania (by recenzent nie dowiedział się ile razy cytowane są prace aplikującego o grant?) na korzyść "oceny eksperckiej". Droga "oceny eksperckiej" to właśnie ulubiona ścieżka tych wszystkich łapowników oferujących pozytywne załatwienie wniosku, których dziś ściga CBA (np.: tutaj, tutaj, tutaj), tych którzy wynajmowali mieszkanie na potrzeby nielegalnego dzielenia grantów, i setek tych, których nie udało się złapać. Wszyscy pracowici inaczej właśnie dlatego nienawidzą impaktów, bo te czarno na białym pokazują ich nieudolność. Oni wszyscy  chcą zawsze "oceny eksperckiej" i zwalczają wyznawców impaktów i innych głupich zachodnich wymysłów. Nie twierdzę, że mamy opierać się jedynie na bibliometrii, ale twierdzę, że postulowanie jej całkowitego wykluczenia jest szkodliwym szaleństwem. Tymczasem Rada Młodych Naukoców (printskrin poniżej)...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

...irytował PAN-owskich profesorów w najwyższym stopniu

Dziennikarka Mira Suchodolska z Dziennik Gazeta Prawna zamieściła na swoim otwartym profilu na facebooku tekst, który jest fragmentem tekstu z DGP. Fragment tego, co Suchodolska zamieściła na fb wklejam poniżej:

Nieoficjalnie pracownicy PAN komentują, że Kamil Kulesza naruszył święte zasady funkcjonowania instytucji naukowych. Które polegają mniej więcej na tym, że zasiadająca we władzach ekipa ssie przez grubą słomkę pieniądze z budżetu i z grantów. W 2015 r. głośna była w środowisku naukowym sprawa związana z Instytutem Chemii Fizycznej PAN, kiedy na skutek audytu wszczętego jeszcze przez prof. Michała Kleibera, poprzednika obecnego prezesa PAN, profesora Jerzego Duszyńskiego, okazało się, że w ciągu dwóch lat dwie osoby z kierownictwa IChF zarobiły ok. 1,5 mln zł.
Przeprowadzony tam audyt wykazał, że w 2014 r. dyrektor tej naukowej placówki zarobił ponad 600 tys. zł (czyli ponad 50 tys. zł miesięcznie), a jego zastępca ok. 400 tys. zł (ponad 33 tys. zł miesięcznie). Historię opisał portal WirtualnaPolska.pl, ale bałagan szybko został zamieciony pod dywan.
Ale jak się dowiaduje DGP, ta awantura była jedynie częścią – bo nie chcę napisać czubkiem – góry lodowej. Wyszło bowiem, że podobne praktyki stosowano w większości jednostek podległych Polskiej Akademii Nauk – jedno ze źródeł mówi, że nawet w 50 na 65. Mechanizm wysysania pieniędzy polegał, w dużym skrócie, na tym, że oprócz stałego wynagrodzenia z tytułu pracy szefostwo instytutów zarabiało na „podczepianiu się” do grantów oraz na premiach, które były udzielane sobie wzajemnie – na zasadzie dyrektor podpisuje się pod wnioskiem wicedyrektora, a pod wnioskiem o premię dyrektora podpis składa główny księgowy.
Źródło w kancelarii premiera – któremu podlega PAN – potwierdziło takie zachowania. – Po aferze w IChF zrobiliśmy w porozumieniu z władzami PAN przegląd, w którego trakcie wyszło, że pieniądze budżetowe były czerpane szeroką strugą, ludzie zatrudnieni w Akademii pobierali apanaże, które nijak nie przystawały do ich osiągnięć – mówi źródło.

Wykupiłem też dostęp do tego artykułu - opowiada on jedną z wielu historii (niedawno wrzucałem na bloga historię super-kryształów) o zmarnowanym potencjale zdolnych, młodych, polskich naukowców w zderzeniu z betonową "grupą trzymającą władzę". Rozwiązanie tej patologicznej sytuacji jest teoretycznie bardzo proste: płacić wyłącznie za efekty, stosować twarde mierniki dorobku naukowego i zero uznaniowości. Wtedy beton sam padnie z głodu odcięty od finansów, bo większość betonu pozostała tu jeszcze z poprzedniej epoki i w praktyce niewiele potrafi, a jego miejsce zajęłyby osoby naprawdę kompetentne i w kilka lat jesteśmy lepsi niż Szwecja. Ale tego właśnie nikt nie chce wprowadzić, bo wielu wybitnych profesorów poszłoby wtedy szybko na zieloną trawkę. Cały artykuł tutaj:

a na koniec jeszcze fragmencik:

"...irytował PAN-owskich profesorów w najwyższym stopniu: swoim wyglądem (pomarańczowa bluza z kapturem zamiast garnituru), zachowaniem (nie okazywał należnego szacunku i uniżoności), poglądami (twierdził, że kompetencje są ważniejsze niż tytuły, a nauka powinna radzić sobie w rynkowej konkurencji). Po zagranicznych studiach, mówiący biegle po angielsku, świetnie dogadywał się zarówno ze sławami naukowymi czołowych uczelni z pierwszych miejsc szanghajskiej listy, jak i z ludźmi biznesu".
 
"Instytut Badań Systemowych Polskiej Akademii Nauk złożył zawiadomienie do prokuratury, że dr Kamil Kulesza działa na niekorzyść instytucji. [...] A jeszcze niedawno kierowane przez dr. Kuleszę Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów (CZMIS) było perełką w PAN-owskiej koronie, powodem do chluby."

Michał Żmihorski

niedziela, 26 marca 2017

Czy Anna O. Szust jest problemem?

Wrocławsko-poznańska ekipa naukowców przeprowadziła ciekawy i bardzo oryginalny eksperyment, który opublikowała w Nature: stworzyli fikcyjną badaczkę, Annę O. Szust, która próbowała dostać się (wysyłając maila z ofertą współpracy) do redakcji 360 czasopism. Uwzględniono tu 3 rodzaje czasopism:
* 120 posiadających wskaźnik IF,
* 120 z bazy Directory of Open Access Journals (jak rozumiem bez IF)
* 120 z grupy tzw. predatory journals
Żadne z czasopism posiadających IF nie odpowiedziało pozytywnie na maila, kilkadziesiąt pozytywnych odpowiedzi fikcyjna badaczka otrzymała od czasopism z ostatniej grupy, kilka z drugiej grupy. W kilku przypadkach została mianowana na stanowisko redaktora naczelnego. Tutaj jest więcej o samym eksperymencie i jego wynikach:

Tyle streszczenia, a teraz interpretacja z mojej strony, bo to bardzo ciekawy temat - kilka punktów w kolejności losowej:

1. 
Eksperyment pokazał, że lista JCR jest wskaźnikiem jakości - żadna redakcja spośród 120 posiadających IF nie przyjęła tej badaczki. Znając pracę redakcji czasopism od podszewki przypuszczam, że w wielu redakcjach tych 120 czasopism przydałaby się  merytoryczna osoba do pomocy (bo w redakcji jest zawsze dużo pracy) - mimo to nikt nie zaryzykował podjęcia współpracy. Więc te badania to kolejny argument, że Impact Factor jest wskaźnikiem jakości - niedoskonałym, ale nie ma nic lepszego. Spójrzcie z perspektywy Anny O. Szust - myślicie, że ona chciałaby "kultu IF", czy też przyłączyłaby się do chóru jego przeciwników?

2. 
Dla nas lekcja jest taka: nie powinniśmy w ogóle uwzględniać żadnej listy B, C, D... w naukach biologicznych. Jak ktoś chce, to niech publikuje w Gościu Niedzielnym albo Wyborczej - jego sprawa. Po prostu tej części aktywności, podobnie jak spaceru z psem albo pastowania butów, nie zaliczamy do działalności naukowej. Będzie prościej (odpadnie część sprawozdawczości) i lepiej (odpadnie sklejanie punkcików z wielu niskiej jakości czasopism). Eksperyment wrocławsko-poznański pokazuje, kto w tych czasopismach może pilnować jakości...

3. 
Istnienie nieuczciwych periodyków jest zjawiskiem naturalnym i - paradoksalnie - pozytywnym. Powstawanie takich czasopism-oszustów pokazuje, że istnieje silna presja na naukowców, żeby publikowali. I tak być powinno! Wobec tego, ci którzy nie potrafią/nie chce im się/nie mają talentu, szukają innych miejsc niż lista JCR, próbują obejść dobrze na ogół działający system kontroli jakości, są gotowi płacić by publikować w słabych czasopismach, bo nikt nie chce ich prac w tych dobrych i - najczęściej - bezpłatnych. Więc istnienie tych czasopism-drapieżników pokazuje, że system działa, że granica jest szczelna, a miernoty kłębią się dociskane do tej granicy przez wymagania pracodawcy i szukają drogi wyjścia. Gdyby takich czasopism nie było, albo gdyby nagle zniknęły, powinniśmy się zacząć martwić. A skoro są, to jest dobrze.

4.
W eksperymencie przewija się kwestia Open Access. Wydaje mi się zasadne podsumowanie, że OA nie gwarantuje niczego w kwestii jakości (podobnie jak w kwestii cytowalności), natomiast może napędzać autorów czasopismom o wątpliwej jakości i z pewnością transferuje dużą forsę z budżetu do wydawców. Jak dla mnie kolejny powód, by na modę OA spoglądać z rezerwą. 

5.
Uwaga nieco bardziej z perspektywy wolnościowej: nic z tym zjawiskiem nie trzeba robić. Funkcjonowanie słabej jakości czasopism nie jest żadnym problemem i nie wymaga ingerencji. Podobnie jak funkcjonowanie słabej jakości uczelni. Jeśli będziemy mieć system naukowy, w którym wygrywa jakość (moje hasło: płacimy za efekty), to nie musimy się zajmować żadnym uzgadnianiem stopni, żadną akredytacją, nie musimy tworzyć rządowych agencji weryfikujących jakość nauczania itp. Co z tego, że gdzieś w Indiach czy Brazylii istnieją takie czasopisma? Jeśli ktoś chce w nich publikować, proszę bardzo. Jeśli ktoś chce, to może swoje przemyślenia drukować i kserować - z kserokopiarkami też będziemy walczyć? Jasne i ostre kryteria awansu naukowego i płacenie ludziom za efekty likwiduje potencjalne zagrożenie. Więc konkluzja taka jak zawsze: musimy rozliczać efekt, a nie regulować zasady osiągania efektu.

6. 
Jeszcze jedna rzecz: w nauce jakość utrzymuje się samoistnie, a często wbrew ingerencji ze strony państwa. Widzę to tak: redaktorzy czasopism, recenzenci i autorzy sami dbają o jakość nauki, sami stworzyli zewnętrzny i międzynarodowy system oceny (ISI, Scopus, H, IF, cytowania, i inne), sami eliminują słabych zawodników (recenzje). Natomiast największym zagrożeniem dla nauki jest ingerencja polityczno-państwowa. W Polsce to rząd utrzymuje na etatach tysiące O.Szustów, którzy na wolnym rynku naukowym nie mogą się przebić, ale mając umowę bezterminową, zagwarantowany pokój i komputer, oraz pieniądze z budżetu na Open Access w słabych czasopismach, nadal jakoś w systemie funkcjonują i napędzają inflację nauki. Płaćmy za efekty, a O.Szuści sami znikną.

Michał Żmihorski