czwartek, 23 lutego 2017

niedziela, 5 lutego 2017

Narzędzia statystyczne nie są łatwe, są jedynie łatwodostępne

Dostępność i nieograniczony niemal rozwój programu R spowodowały, że wiele osób dziś używa statystyki w badaniach biologicznych. Choć nie jestem bardzo stary pamiętam dobrze czasy gdy liczyłem test studenta albo chi-kwadraty na kartce, ołówkiem! Potem robiłem to w excelu. Jest to niby dobra szkoła, ale przede wszystkim okropna strata czasu. Więc rozpowszechnienie statystyki jest niewątpliwie zmianą na plus, bo mamy praktycznie nieograniczone narzędzia i to za darmo. W rezultacie, zamiast opisów prozą i wielokrotnie powtarzanych pojedynczych testów mamy dziś w pracach bardziej złożone modele, które informują nas precyzyjniej i wiarygodniej o stanie rzeczywistym. Ale równocześnie dostępność tych narzędzi niesie pewne zagrożenia i o tym jest ten post. 

Od dawna staram się w miarę swoich możliwości merytorycznych i czasowych pomagać osobom, które zgłaszają się do mnie z problemami statystycznymi - w folderze "dla innych" mam obecnie 37 folderów plus trochę szwedzkich, a dla znacznej części przypadków nie zakładam folderu w ogóle (żeby była jasność: to są przypadki w których pomagam bez żadnych wynagrodzeń ani współautorstwa ewentualnych późniejszych publikacji - chociaż raz dostałem rosyjski koniak, a raz czekoladę!). Mnie też kiedyś pomagano, więc uważam że tak należy robić. Ale dzięki temu mam pewien przegląd podejść do statystyki, jakie mają ludzie początkujący w tej dziedzinie i muszę przyznać, że trochę mnie to zaczyna niepokoić. O co chodzi:

Dziś każdy może znaleźć w necie dowolny kod z Ra i zastosować go do swoich danych. Ludzie coraz częściej robią tak bez - takie odnoszę wrażenie - jakiegokolwiek zrozumienia działania danej komendy, testu, modelu, jego założeń, wymagań odnośnie danych i w ogóle logiki jego stosowania. Wystarczy zamienić nazwy obiektów na te z naszej bazy i jedziemy! Wyniki jakieś dostajemy, gwiazdki pomagają nam znaleźć prawdopodobieństwo, więc wklejamy je do publikacji/magisterki/doktoratu i gotowe. Recenzent, wobec zaawansowanego modelu o trudnej nazwie, może nie czuć się na siłach by go szczegółowo sprawdzać i dopytywać - widocznie autorzy wiedzą co robią, skoro potrafią używać tak zaawansowanych metod... Nie dotyczy to jedynie nauki, ale też różnych programów monitoringowych - tutaj często bywa jeszcze gorzej, bo zamawiający nie ma najczęściej pojęcia o analizie danych, a słowo "statystyka" kojarzy mu się z GUSem. Widziałem już takie statystyczne cuda, że łapałem się za głowę, jak można było coś takiego zrobić - ewidentnie autorzy nie mieli pojęcia o używaniu tych metod ale z pewnością nie brakowało im fantazji i odwagi. Wrzucanie do modelu równolegle wielu całkowicie uwikłanych zmiennych, cudaczne rozkłady i kosmiczne funkcje wiążące, liczba predyktorów wręcz przewyższająca liczbę obserwacji, do tego interakcje czwartego stopnia, a to wszystko na koniec wrzucone w uśrednianie albo podrasowane jakimiś permutacjami. Jednym słowem, totalnie niewiarygodny bełkot. Coraz częściej też dostaję pytania o stosowanie bardzo zaawansowanych metod (których sam nie znam!) przez osoby, które są kompletnie początkujące. Widzę też, że utrwalają się skrajnie uproszczone schematy i znaczna część ludzi postępuje wg nich, typu "jak jest dużo zer, to zaznacz opcję "zero-inflated" i gotowe". Przypomina mi to trochę podejście części ludzi do genetyki - znałem pewną panią, która chciała wszystko "robić genetycznie". Nie umiała w żaden sposób sprecyzować swojego pomysłu odnośnie sensu ani metodyki, ale chciała bardzo swoje dane "robić genetycznie", bo to teraz modne i takie mądre...

W związku z powyższym mam dwa komunikaty.
 
1. Do początkujących użytkowników narzędzi statystycznych:
Przede wszystkim, powinniście zrozumieć jedną rzecz: umiejętność załadowania danych do Ra i przeklejenia kodu z sieci nie sprawia jeszcze, że potraficie uzyskać wiarygodne wyniki, podobnie jak nie każdy posiadacz ostrego noża może iść operować pacjentów w szpitalu. Głównym problemem w analizach statystycznych jest nie umiejętność zastosowania danego testu, lecz wybór odpowiedniego testu do odpowiedniego problemu i ocena jego wiarygodności, a wcześniej zdefiniowanie samego problemu. Starajcie się raczej zrozumieć ideę stosowania statystyki, i spróbujcie najpierw zastanowić się nad pytaniem badawczym, zamiast okładać bez zastanowienia statystyczną maczugą każde zagadnienie, które zaświta Wam w głowach. Nie naśmiewam się - sam kiedyś byłem na tym etapie, to są ważne wskazówki.
Po drugie, nie każdy ma predyspozycje do opanowania tych wszystkich metod - one nie są proste i intuicyjne, a statystyka nie jest fizyką, gdzie raz ucząc się wzoru na objętość kuli możemy go stosować bez ograniczeń do wszystkich napotkanych kul. Nie, tak nie wygląda statystyka - tu każdy przypadek jest inny i trzeba za każdym razem samemu wydeptać sobie ścieżkę. Żeby to zrobić - trzeba rozumieć problem i rozumieć co te narzędzia robią.
Po trzecie - będąc biologiami szukamy prawdy o funkcjonowaniu świata. Ale nieodpowiednie zastosowanie statystyki oddala nas od tego celu, bo możemy względnie łatwo uzyskać wyniki odwrotne do rzeczywistości. Np. możemy uzyskać informacje, że populacja rośnie, podczas gdy populacja spada. Ten fałszywy wynik jest wizualnie nie do odróżnienia: jest podany czarno na białym, zaznaczony gwiazdkami wskazującymi istotność, tymczasem jest kompletnie nieprawdziwy. Zatem żelazna zasada brzmi: nie używaj jeśli nie rozumiesz jak to działa, a do każdego swojego wyniku podchodź z ograniczonym zaufaniem. W ogóle dobrze jest sprawdzać wyniki różnymi testami, zmieniając parametry modeli i zaczynać od prostych testów i wizualizacji: czy średnie w dwóch grupach rzeczywiście się różnią, czy porangowane nadal się różnią, itd., zanim się zacznie robić modele wieloczynnikowe.

2. Do uczących statystyki, ale też do promotorów, kierowników itp:
Po pierwsze, nie mówcie ludziom, że statystyka jest prosta. Statystyka nie jest prosta. Nie mam do nikogo pretensji, bo samemu zdarza mi się wysyłać taki komunikat, pisząc "przerzuć się na eRa, tam można łatwo to zrobić". Jest to oczywiście grube uproszczenie wprowadzające w błąd: jeśli wiesz co chcesz zrobić, to faktycznie można łatwo to zrobić w R. Ale jeśli nie wiesz, to się musisz nauczyć - tego etapu nie ominiesz. Więc nie wytwarzajcie w odbiorcach brawury i chęci skakania na głęboką wodę. Statystyka nie jest prosta a jej nauka wymaga czasu.
Po drugie, nie pędźcie tak z materiałem. Nikt, nawet uzdolniony, nie nauczy się w kilka dni zaawansowanych modeli, jakichś metod nieliniowych czy wielowymiarowych, jeśli jeszcze wczoraj nie wiedział kto to jest ten eR... Lepiej dobrze pokazać coś prostego, co uczestnik zajęć będzie faktycznie mógł potem stosować z pełną odpowiedzialnością, niż pokazać cały kalejdoskop metod, z których na każdą przypada 30 minut wyjaśnienia i ćwiczeń. Tak myślę.
Po trzecie, nie zachęcajcie zbytnio ludzi do uczenia się statystyki. Jeśli ktoś nie ma talentu, nie lubi, nie chce, i woli specjalizować się w swojej działce, to namawiajcie go do współpracy ze statystykami, zamiast wmawiać mu, że on sam też na pewno da sobie radę ze splinami w winbugsie, bo to nieprawda - nigdy nie da sobie z nimi rady. Lepiej pokazać ludziom znaczenie statystyki, niż dawać im do ręki praktyczne narzędzia w dużych ilościach bez dobrze przyswojonej instrukcji ich użycia. A przynajmniej lepiej zacząć od pokazywania znaczenia - bo jeśli ktoś nie chce statystyki, to najczęściej dlatego, że nie wie co to w ogóle jest.
 
Mam tu na SLU kolegę, dobrego statystyka, który pisze pakiety R, publikuje w Methods Ecol Evol i jest świetny w bayesowskich modelach z klasy N-mixtrue albo Occupancy (nie sądzę by w Polsce jakikolwiek biolog był na takim poziomie). I on jest zawsze bardzo, bardzo sceptyczny i ostrożny, ile razy z nim gadam to on uświadamia mi potencjalne pułapki, wskazuje sytuacje gdy ten czy inny model może dać mniej wiarygodne wyniki i często namawia mnie, żeby lepiej zrezygnować z tej metody zastępując ją czymś prostszym, namawia na symulacje w celu testowania modeli, często mówi, że po prostu nie wie, że ma za mało doświadczenia, itp. Idźmy raczej w tę stronę, bo w przeciwnym razie, za kilka lat wiarygodność polskiej ekologii znacznie spadnie, a w naszym środowisku pojawi się sporo wróżbitów i jasnowidzów przekonanych o swoich umiejętnościach, co gorsza popartych publikacjami.
 
Michał Żmihorski

czwartek, 2 lutego 2017

Two PhD student positions in Ecology

Dostałem prośbę o zamieszczenie tych ogłoszeń. W działce applied ecology w Europie jest niewiele lepszych jednostek - bardzo polecam, również ze względu na osoby kierujące tymi doktoratami. Nie ma info o stypendium i teraz nie mam kogo spytać, ale orientacyjnie jest to pewnie 3-4 razy więcej niż w większości jednostek w Polsce.

Greener infrastructure: Management of linear infrastructure rights-of-way for biodiversity and landscape connectivity. http://www.slu.se/en/education/programmes-courses/postgraduate-studies/new-phd-student/Read-more/?sprak=e&Uid=1141
Effects of wetland restoration on bird diversity - a landscape approach. http://www.slu.se/en/education/programmes-courses/postgraduate-studies/new-phd-student/Read-more/?sprak=e&Uid=1132









Michał Żmihorski

wtorek, 31 stycznia 2017

Polska doskonałość vs skandynawski minimalizm, czyli o ocenie jednostek

Nie czytałem samego artykułu, a jedynie doniesienie z PAP, lecz na jego podstawie wnioski autorów wydają się rozsądne - ograniczenie liczby ocenianych czynników jest na pewno wskazane. Taki czynnik jak "potencjał naukowy" to, powiedziałbym, polska specjalność i znak rozpoznawczy polskiego środowiska naukowego: wprawdzie pani "Basia" niewiele zrobiła przez ostatnie lata, ale ma ogromny potencjał, dlatego dajmy jej habilitację i zatrudnijmy bezterminowo, niech uczy kolejne pokolenia jak skutecznie kumulować potencjał...

Ważne jest również to, co czytamy w ostatnim akapicie: 
W idealnym świecie kierownik jednostki naukowej wie, jak działa system oceny, i jest w stanie przewidzieć finansowe konsekwencje podejmowanych tam działań.
Oczywiście w Polsce tak nie jest, bo zasady są ustalane wstecznie, co nie przestaje mnie zadziwiać, no ale chyba reprezentuję wymierającą mniejszość przyzwyczajoną do tego, że prawo nie działa wstecz.

Inne pytanie, które mnie interesuje jest następujące: na ile środowisko oceniające jednostki chce uproszczeń i transparentnego systemu oceny. Wcale nie jestem pewien, że tak jest, bo gdy przepisów jest dużo i są niejasne, łatwiej podać pomocną dłoń zasłużonemu instytutowi, który przechodzi chwilowe problemy... 

Doniesienie PAP a w nim link do publikacji:

Michał Żmihorski

niedziela, 22 stycznia 2017

I choćby przyszło tysiąc atletów... czyli o wdrożeniach w Polsce

Podręcznikowy przykład upadku świetnie zapowiadającej się polskiej firmy z pogranicza nauki i wdrożeń. Abstrakt przygotowany przeze mnie:

kryształ, który udało się wyhodować czterem naukowcom wywodzącym się z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i Wydziału Chemii Politechniki Warszawskiej, był największy i najwyższej jakości na świecie [...] w spółkę zainwestowała japońska firma Nichia, dzięki wstawiennictwu jednego z jej pracowników – Shuji Nakamury, późniejszego laureata nagrody Nobla z fizyki. [...] W 2010 roku obroty sięgały 1 mln euro [...] Ale trzeba było zwiększyć produkcję [...] wierzyliśmy, że Grupa Azoty z azotku galu stworzy nową gałąź polskiej gospodarki [...] Dla Azotów to powinno być coś interesującego. Byliśmy jednak naiwni. Ludzie zarządzający kluczowymi spółkami Skarbu Państwa nie potrzebują nowych wyzwań [...] Ale jeśli wysyła się do potencjalnych zagranicznych nabywców skrótową informację, że jest taka firma na sprzedaż, a wszelką korespondencję i dokumenty należy zgodnie z wymogami polskiego prawa przesyłać w języku polskim [...] to trudno, żeby się ktoś tym poważnie zainteresował [...] kilkadziesiąt milionów złotych pochodziło [...] z grantów PARP, NCBR i ESA [...] Sobie mogę obecnie zarzucić zbytni optymizm co do ściągnięcia kapitału do Polski i upór, aby projekt rozwijać w Polsce [...] należało znacznie wcześniej ulokować go [...] w innym, bardziej przyjaznym ekosystemie [...] nabywcy przylecieli z drugiego końca świata i natknęli się na konkurentów z Grupy Azoty [...] inwestorzy są zdecydowanie przeciwni wchodzeniu w jakiekolwiek relacje biznesowe w Polsce. W ich opinii Polska jest krajem o podobnej kulturze biznesowej jak Rosja i Chiny

całość tutaj:
 
Mój komentarz: nic nie powstanie ciekawego i ambitnego w Polsce, jeśli nie zmieni się ludzi, którzy tym systemem kierują od dziesięcioleci. Szkoda nawet próbować - lepiej od razu uciekać za granicę!

pozdrowienia ze Szwecji
Michał Żmihorski

wtorek, 17 stycznia 2017

"Przerzuć pionowo, przerzuć poziomo"

Profesor Pacholski powiedział kiedyś, że "Poziom etyczny w polskiej nauce, szczególnie w środowiskach, gdzie są duże pieniądze, czyli w naukach medycznych i technicznych, jest katastrofalny" (całość tutaj; warto przeczytać, choć to tekst sprzed półtora roku) i ja się z tym całkowicie zgadzam. Ewidentnie coś w tym jest, że nasze środowisko ma poważny problem z czymś, co teoretycznie powinno być dla nas najważniejsze - z dążeniem do prawdy i uczciwym jej przedstawianiem, nawet jeśli jest niewygodna dla nas. Zobaczcie jak łatwo zatrudnić naukę na stanowisku ochroniarza tej lub innej opcji politycznej. 

Dostałem dziś anonimowo namiary na ciekawy tekst na blogu "For better science" o publikacjach o western blot'ach produkowanych na polskim uniwersytecie. Autor dowodzi w nim, że ryciny w kilku publikacjach polskich autorów zostały spreparowane poprzez używanie tych samych prążków wielokrotnie. Wygląda na to, że prążki były po prostu przełożone w pionie i poziomie. Uważam, że nagłaśnianie takich spraw, które mają tendencję chowania się pod dywan, jest ważne, więc wrzucam namiary na ten post na blogu. Mnie przeraża sam fakt, ze takie "nieścisłości" (nie chcę tego nazywać inaczej, bo nie wiem czy cokolwiek udowodniono - na razie jest jedna praca wycofana z powodu błędów na rycinach) pojawiają się w medycynie, czyli dziedzinie mającej bezpośredni wpływ na efektywność leczenia itp. Całość jest podwójnie ciekawa, bo dotyczy Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, o którym ostatnio słyszeliśmy przy okazji powołania studiów z homeopatii...

Nie znam się na tej tematyce, więc nie będę się wysilał, by pisać od siebie merytoryczny komentarz, przeczytajcie i oceńcie proszę sami:


Michał Żmihorski


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Wykorzystanie badań eko-ewo w ochronie przyrody

Na blogu przewijały się już kilkukrotnie odniesienia do roli badań naukowych w ochronie przyrody. Wiele z realizowanych prac ma na celu bezpośrednie rozwiązywania problemów z zakresu biologii konserwatorskiej, a chyba jeszcze więcej badań zawiera wnioski, które mają mniejsze lub większe, bezpośrednie lub pośrednie znacznie w ochronie gatunkowej, siedliskowej itp. 

Tymczasem wykorzystanie takich badań w realiach krajowej ochrony przyrody jest często nieefektywne, a czasami tego typu informacje są celowo pomijane przez decydentów i urzędników odpowiedzialnych za ochronę przyrody. 

Szczególnie w ostatnim dziesięcioleciu wykonano i udostępniono wyniki wielu badań obejmujących zagadnienia z biologii konserwatorskiej. Wiele z takich badań doczekało się wykorzystania w różnego poradnikach do ochrony … , listach gatunków zagrożonych itp. Jednak śledząc sytuację, zarówno w terenie, jak i w zasadach i przepisach regulujących funkcjonowanie ochrony przyrody (i środowiska) w Polsce (zarówno w niedalekiej przeszłości jak i obecnie), często widać luki w praktycznym wykorzystaniu informacji wynikających z badań naukowych, nawet tych „przetworzonych” dla łatwiejszego odbioru przez szersze grono odbiorów, w tym decydentów i urzędników. 

Nie trzeba daleko szukać, żeby podać szereg przykładów, jak choćby problematyka ochrony Puszczy Białowieskiej czy nawracające ujarzmianie rzek.

Z końcem ubiegłego roku pojawiło się nowe rozporządzenie o ochronie gatunkowej zwierząt dostępne tutaj: http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20160002183
W czasie konsultacji publicznych pojawił się szereg wniosków (https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12284754/katalog/12349740#12349740), na bazie których dokonano zmian w rozporządzeniu (http://legislacja.rcl.gov.pl/docs//515/12284754/12349740/12349741/dokument236177.pdf). Co ciekawe, część z uwag została pominięta, bez podania żadnego uzasadnienia, zarówno w BIP RCL czy też w bezpośredniej komunikacji z wnioskodawcami.

Skupiając się tylko na wnioskach wynikających z badań ekologicznych i ewolucyjnych, można znaleźć takie, które przyjęto lub odrzucono, ale podając uzasadnienie np.
https://legislacja.rcl.gov.pl/docs//515/12284754/12349740/12349743/dokument220999.pdf , https://legislacja.rcl.gov.pl/docs//515/12284754/12349740/12349743/dokument223234.pdf (w zakresie taksonomii ryb)

Niektóre inne zmiany wynikające z podobnych przesłanek naukowych wyszczególniono w zbiorczym raporcie https://legislacja.rcl.gov.pl/docs//515/12284754/12349746/12349747/dokument236168.pdf (min. uwzględniono gatunki drastycznie zmniejszające liczebność wśród ryb, dodano lub wycofano taksony – nietoperze, ptaki)

Natomiast inne, oparte na zbliżonych badaniach zostały pominięte bez uzasadnienia np.

https://legislacja.rcl.gov.pl/docs//515/12284754/12349740/12349743/dokument222290.pdf  (wniosek o objęcie ochroną gatunkową taksonu figurującego w czerwonej księdze zwierząt (kategoria EN http://www.iop.krakow.pl/pckz/opis.asp?id=170&je=pl), który występuje jedynie na kilku stanowiskach w kraju, jest wyraźnie odrębny genetycznie, stosunkowo łatwy w identyfikacji, charakterystyczny dla zanikającego siedliska (murawy kserotermiczne), oraz dla którego przedstawiono obszerne uzasadnienie wraz z opublikowanymi badaniami – dla jasności, to akurat wniosek w przygotowaniu którego sam brałem udział).

We wspomnianym powyżej raporcie znajduje się takie zdanie „Proponowane zmiany odzwierciedlają aktualny stan rozpoznania występowania i liczebności populacji, potrzeby ochrony wielu gatunków zwierząt w Polsce oraz porządkują układ taksonomiczny, w obrębie gromady ptaków zgodnie z aktualnym stanem wiedzy”. Świetnie! Pytanie tylko dlaczego w GDOŚ/MŚ uwzględniono tylko część z uwag o takim charakterze, a inne pominięto nie podając nawet uzasadnienia?

Pomijając to, że takie selektywne wykorzystanie informacji naukowych jest deprymujące dla naukowców (po co prezentować wyniki badań naukowych skoro są potem ignorowane? po co w ogóle prowadzić takie badania i [z perspektywy podatnika] po co za nie płacić?), to może mieć wymierny skutek dla rodzimej przyrody np. poprzez zanik taksonu w skali krajowej lub niewłaściwe wykonywanie działań ochronnych bez odniesienia do koniecznej wiedzy przyrodniczej.

Łukasz Kajtoch

sobota, 31 grudnia 2016

Rozmowy przy wycinaniu lasu

Weszło w życie nowe prawo zmieniające zasady wycinania drzew na prywatnych posesjach i wybuchła dyskusja dotycząca tych przepisów. Dyskusja ta (choć trudno nazwać to dyskusją, raczej potok złorzeczeń wśród których trudno znaleźć argumenty merytoryczne) dobrze pokazuje tragicznie schematyczny sposób myślenia ludzi zaangażowanych w ochronę przyrody w Polsce. Tytułem komentarza zamieszczam dwie luźne refleksje, zaczynając od abstrakcyjnego przykładu z chomikiem:

W celu poprawienia życia chomików trzymanych w domach, minister - na wniosek organizacji broniących praw chomików - drastycznie zaostrza przepisy. Zakup chomików ma być od teraz licencjonowany, by osoba nieodpowiedzialna, niestabilna psychicznie, o zbyt niskim dochodzie na członka rodziny, lub karana w przeszłości, nie mogła sobie od tak kupić chomika, któremu później nie będzie mogła/umiała/chciała zapewnić godnych warunków życia. A więc licencje w oparciu o krótki wywiad z psychologiem i przedstawienie zaświadczenia o dochodach i niekaralności, poprzedzone obowiązkowym kursem o biologii chomików. By kontrolować sprzedaż, sklepy zoologiczne muszą prowadzić listę rozrodu chomików i dokumentować każdą transakcję, jak również każde urodzenie żywe i zgon chomika, w odpowiednich księgach. Karmy dla chomików muszą mieć od dziś atest odpowiedniego laboratorium - nie można przecież pozwolić, by chomik jadł to, co mu daje niewykształcony w tym kierunku właściciel. Dalej - warunki przetrzymywania chomików: koniec ze zbyt małymi klatkami ustawionymi w zbyt zacienionym miejscu - od teraz właściciel musi przedstawić projekt klatki przed otrzymaniem zgody na zakup chomika, a inspektor ma prawo skontrolować sposób trzymania chomików przez właścicieli (od 7:00 rano do 21:00 z wyłączeniem niedziel) i nałożyć mandat na nieprzestrzegających wytycznych ministerstwa (do ściągnięcia ze strony ministerstwa poradnik "Chów chomików" w pdf, 350 stron) lub zarekwirować zwierzę, gdy właściciel okaże się trwale niekompetentny.

I teraz zastanówmy się - jakie skutki dla chomików przyniesie wprowadzenie takich przepisów? Zwróćmy najpierw uwagę, że wszystkie powyższe postulaty są ze wszech miar słuszne, pożyteczne, mądre i stworzone w dobrej wierze, przez ludzi szczerze oddanych chomikom (część z nich nawet uznaje chomiki za istoty równe ludziom i domaga się dla nich praw obywatelskich). Mamy więc właściwe przepisy, mamy środki, ludzi, know-how, itd. Jaki będzie efekt wprowadzenia tych przepisów? Chyba nikt myślący nie ma wątpliwości, że całkowicie zniknie hodowla chomików. Nikt nie będzie chciał hodować chomika, jeśli ta hodowla jest tak problematyczna. Chyba żaden hodowca chomika nie trzyma zwierzątka po to, by je męczyć; przeciwnie - trzyma je z sympatii dla niego i dba o nie. Ale obstawienie tej relacji przepisami, potencjalnymi karami i nakazami potrafi nawet chomikowych geeków zmusić do wywalenia chomika na łące i niekupowania kolejnych.

Druga refleksja dotyczy już bezpośrednio drzew. Protestujący obrońcy przyrody mówią, że pozostawienie właścicielowi nieruchomości decyzji dotyczącej wycinki spowoduje "rzeź drzew". Najbardziej prawdopodobny (wg nich) scenariusz jest następujący: obudziwszy się na sylwestrowym kacu pierwszego stycznia właściciel łapie za piłę i wycina wszystkie drzewa na swojej działce. Bo mu wolno. Wnioskują więc, by mu nie było wolno. Widzę tutaj dwa błędy logiczne, które upośledzają cały ten protest (i wiele podobnych):
1. Człowiek chce wycinać drzewa. Przeciwnie, człowiek sadzi dużo drzew w miejscach które zasiedla, dla własnej przyjemności. Jeśli buduje dom w lesie (rzadko, bo nie wolno) to oczywiście musi część wyciąć, ale w wielu miejscach osiedla ludzkie powodują wzrost liczby drzew (wizualizacja poniżej).
2. Obecnie ich nie wycina, bo nie wolno (tych starszych). Tymczasem wiele wskazuje na to, że jest dokładnie odwrotnie - ponieważ wiadomo, że na wycięcie starszych drzew potrzebne jest pozwolenie, ludzie wycinali je zanim osiągnęły ten wiek, by uniknąć późniejszych kłopotów. Czyli restrykcje powodują - odwrotnie do zamierzeń, a podobnie jak z chomikiem - bardziej intensywne wycinanie drzew. Sam znam trzy takie przypadki z najbliższej okolicy: na pustej działce był nalot brzozy, drzewa rosły, śpiewała nawet w nich wilga, gniazdowała sroka. Ale jak urosły za bardzo, to przyjechał właściciel i wyciął wszystkie, i potem działka znowu kilka lat stała pusta. Wyciął, bo wiedział, że jak urośnie mu las, to nie będzie mógł tam nic zrobić. 

Zamiarem tego wpisu jest pokazanie, że prawo nie działa tak, jak chcieliby jego twórcy, bo zawsze wchodzi w interakcję z rzeczywistością. Zrozumienie tego jest bardzo ważne - legislacją nie zdołamy pchać rzeki pod górę, dlatego przyrodnicy nie powinni tak ślepo wierzyć w prawo (zabrońmy niszczyć przyrodę = odniesiemy sukces). Powinniśmy raczej myśleć plastycznie i dopasowywać nasze działania ochroniarskie do realiów, i z tej perspektywy oceniać nowe przepisy, bo być może ich efekt wcale nie będzie zgodny z dosłownym zapisem. Jednym słowem: myślmy szerzej. Przeraża mnie to, że nasze środowisko ma tak szczelne klapki na oczach.

A na koniec porównanie: dzielnica Białołęka w NE części Wwy, gdzie mieszkam - w roku 1945 i 2006. Porównajcie proszę liczbę drzew, odpowiadając sobie na pytanie czy tak bardzo trzeba ludzi przekonywać o niewycinaniu drzew na swoich posesjach:
1945
2006

Michał Żmihorski

PS jeszcze z roku 2016, bo pojawiły się podejrzenia, że wszystko wycieli przez 10 lat ;-)

niedziela, 25 grudnia 2016

Czy Nauka potrzebuje Państwa?



Nauka była wymieniana przez Miltona Friedmana (amerykański ekonomista, laureat nagrody Nobla) jako forma aktywności człowieka, której powstanie i ewolucja są procesami spontanicznymi – zachodzą bez intencyjnego planowania ze strony władz. Nauka jest zatem naturalną aktywnością człowieka, a stawianie pytań dotyczących nieznanego – naszą wewnętrzną potrzebą. Konsekwencją tego naturalnego rodowodu nauki jest spontaniczny porządek, który w tej dziedzinie pojawia się samoistnie, bez wydającego dyspozycje ministra: wymiana informacji między naukowcami, weryfikacja teorii i dokonań naukowców, hierarchia, instytucje, ścieżka kariery, itp. Friedman, obok nauki, do takich zjawisk zalicza język – twór nieprawdopodobnie złożony, który powstał, udoskonalił się i spełnia kluczową funkcję dla rozwoju całego gatunku ludzkiego, bez jakiegokolwiek intencyjnego planowania i regulowania (nie ma przecież Ministerstwa Języka, które decyduje, co jest czasownikiem, i chyba nikt nie wierzy, że jakiekolwiek ministerstwo potrafiłoby coś takiego jak język zaprojektować).
Przyjmując choćby chwilowo teorię spontaniczności nauki, spójrzmy na współczesnych naukowców w Polsce, Nie ma wątpliwości, że nie znajdziemy tu zbyt wielu wyznawców tej teorii. Przeciwnie, znaczna większość jest przekonana o przewodniej roli Państwa w funkcjonowaniu nauki, gdzie dobrze kierowane, roztropne i odpowiednio finansowane Ministerstwo Nauki z przybudówkami, wydaje się być osią systemu i warunkiem sine qua non rozwoju tej dziedziny. By przekonać się, że tak właśnie jest, wystarczy przejrzeć recepty na poprawę sytuacji w nauce konstruowane przez większe grupy naukowców (np. w Pakcie dla Nauki, autorstwa Obywateli Nauki): przede wszystkim więcej finansowania, uregulowanie zasad i uszczegółowienie legislacji, powołanie dodatkowych instytucji porządkujących system i kontrolujących jego składowe, stworzenie przez odpowiednie ciała naukowo-urzędnicze długoterminowych wizji rozwoju i koncepcji zarządzania nauką w Polsce, inicjowanie nowych kierunków, itd. Napisanie na profilu ON na facebooku czegoś o zmniejszeniu roli Państwa automatycznie uruchamia falę silnej krytyki, co kilkukrotnie testowałem empirycznie.
Dlaczego takie postawy dominują wśród naukowców? Moim zdaniem dlatego, że znacznie przeceniamy znaczenie Państwa (rozumianego tu jako sieć instytucji budżetowych regulujących i finansujących) dla nauki. Nie dziwi mnie to przecenianie, gdyż na pierwszy rzut oka, całe nasze naukowe życie zawdzięczamy instytucjom i kierującym nimi urzędnikom – oni nas kształcą, egzaminują, zatrudniają, dając pensje i granty, pracujemy w budynkach państwowych i na państwowym sprzęcie, grupujemy się w państwowych jednostkach, podlegamy państwowym rankingom i zdobywamy państwowe stopnie i tytuły. Zamiarem tego wpisu jest uderzenie młotkiem w tej ładny obrazek i próba pokazania, jak niewielki w istocie jest udział instytucji państwowych w funkcjonowaniu nauki. Konkrety:

1.     Zacznijmy od materialnych drobiazgów. Wszystkie narzędzia, których używamy w pracy, od najprostszych przedmiotów w rodzaju ołówka czy kartki papieru, poprzez nieco bardziej skomplikowane lornetki, laptopy, GPSy, aż do najbardziej zaawansowanych maszyn w stylu mikroskopów i  sekwenatorów – wszystko to jest wytworem prywatnych firm i to w zdecydowanej większości zagranicznych. Laptop lub monitor, na którym drogi Czytelniku czytasz z przerażeniem te słowa, został wyprodukowany z drugiej strony globusa, w Chinach. Więc w tej dziedzinie Państwo nie zapewnia de facto żadnego wsparcia, bo po prostu korzystamy z owoców rynku.
2.     To samo z oprogramowaniem. Tutaj również korzystamy wyłącznie z produktów oferowanych, odpłatnie lub nie, przez komercyjne firmy; o ile wiem urzędnicy nie opracowali polskiego Microsoft Office’a, czy eRa.
3.     W przypadku komunikacji często korzystamy z usług np. Skype i Gmail, dostarczanych przez komercyjne firmy zewnętrznych, bo nie jesteśmy zadowoleni z jakości działania i pojemności naszych instytutowych skrzynek pocztowych (z resztą działających w oparciu o zagraniczne serwery lub programy obsługujące).
4.     W dziedzinie wymiany informacji w świecie wirtualnym często musimy korzystać z Research Gate jeśli chcemy prezentować swoje dokonania naukowe, zakładamy też profile na faceboooku i w innych komercyjnych mediach, albo prywatne strony na zewnętrznych serwerach, bo strony internetowe większości instytucji są niefunkcjonalne lub w inny sposób upośledzone, nie ma na nich PDFów, nie są uaktualniane latami, trudno je edytować itp.
5.     A na przykład taki detal, jednak ważny, jak usługi lingwistyczne – czy Państwo zapewnia nam np. dobrych państwowych weryfikatorów języka angielskiego? Nie, również w tej dziedzinie musimy samodzielnie znaleźć taką osobę i jej zapłacić.
6.     A może mamy sprawne państwowe wsparcie z zakresu analizy danych, albo wysokiej jakości państwowe kursy w tej (lub innych) tematyce? Nic z tego - te które znam, są inicjatywami konkretnych osób i znaczna ich część jest przedsięwzięciami komercyjnymi. Więc gdy potrzebujemy wsparcia merytorycznego, to musimy sami się o nie zatroszczyć.
7.     A może mamy sprawne i niedrogie usługi, na przykład państwowe laby genetyczne? Czasem mamy (ale tylko jeśli im zapłacimy, więc są de facto częścią rynku użytkując państwowy sprzęt) ale często musimy wysyłać próbki na drugą stronę kuli ziemskiej do Korei, albo do Szwajcarii. Więc tutaj musimy sami kombinować, bo akurat w tej dziedzinie Państwo nie bardzo jest pomocne.
8.     A może agencje rządowe zapewniają nam łatwy dostęp do danych środowiskowych? Wchodzimy na stronę IMGW i po kilku kliknięciach mamy na dysku bazę danych o pogodzie lub stanie rzek? Mamy łatwy dostęp do innych danych państwowych (np. LIDAR, dane kartograficzne, Agencje Rolne)? Możemy łatwo pobrać dane wektorowe pokazujące np. zagrożenie powodziowe, użytkowanie gruntów? Większość tych danych jest cholernie trudno dostępna, wymaga pisania pism i długiego oczekiwania, inne w ogóle nie są dostępne. Na szczęście niektóre dane są dostępne w instytucjach zagranicznych (np. NOAA z USA)
9.     Czy mamy dobre polskie czasopisma, bez których nie możemy promować swoich wyników? Nie – 99% liczącej się działalności wydawniczej, dzięki której istniejemy jako naukowcy, to zagraniczne wydawnictwa komercyjne, a te nieliczne Polskie, nie powstają dzięki urzędnikom i borykają się z poważnymi trudnościami finansowymi. Więc również w tej dziedzinie Państwo nie zapewnia nam nic.
10.  To może chociaż mamy rzetelny państwowy system oceny tych czasopism? Niestety akurat w tej dziedzinie Państwo dostarcza jedynie absurdalny i budzący śmiech Wykaz Czasopism naukowych, według którego kilka publikacji w Sylwanie znacznie przewyższa jedną w Oikosie, dlatego ten wykaz jedynie przeszkadza (bo wpływa na finansowanie) i stosujemy własne – w oparciu o zewnętrzne wskaźniki jakości (IFy itp.) i zdrowy rozsądek.
11.  W takim razie, może urzędnicy zapewniają nam sprawne i aktualne bazy czasopism, dzięki którym możemy wyszukiwać interesujące nas artykuły? A może mamy dobrą polską wirtualną bibliotekę, bez której nie mielibyśmy dostępu do PDFów i książek? Niestety akurat ten obszar wychodzi poza zainteresowanie urzędników i tutaj musimy korzystać z zewnętrznych inicjatyw, takich jak ISI, Google Scholar, Research Gate lub Scopus.
12. To może chociaż centralna władza zapewnia nam jasny i klarowny system oceny jednostek naukowych? Tak się pechowo składa, że niestety system oceny jednostek akurat jest rażąco mało klarowny i opracowywany wstecznie, więc panuje tu wyjątkowy bałagan. Ale możemy korzystać z rankingów zewnętrznych (np. Szanghajskiego, Perspektyw itp.).
13.  To może dostajemy od Państwa wiarygodny system rozwoju kariery naukowej i możemy zaufać stopniom i tytułom, że są nadawane w oparciu o wiedzę i osiągnięcia? Niestety tutaj państwowe instytucje nie sprawdzają się i nikt zdrowy na umyśle nie bierze na serio tych stopni – niejeden profesor nie powinien oglądać Uniwersytetu nawet na zdjęciach, a wielu obecnych kierowników/dziekanów/dyrektorów itd., swoje stanowiska zawdzięcza układom i znajomościom i obejmuje ważne funkcje mimo rażących niekompetencji. Zatem w tej dziedzinie Państwowe regulacje nie są zbyt przydatne i prowadzimy swoje własne prywatne oceny kompetencji.

Ta lista mogłaby być dłuższa i bardziej szczegółowa, ale już tych kilka punktów powinno zachęcać do przemyślenia sprawy. Zwróćcie uwagę, że robiąc Naukę wszystko zawdzięczamy sobie albo zewnętrznym dostawcom usług i narzędzi, a prawie nic nie dostajemy od instytucji państwowych. Przemyślcie proszę następujące pytanie: jaka część Waszej obecnej aktywności naukowej nie byłaby możliwa, gdyby zniknęła cała „opieka” ze strony ministerstwa i pokrewnych instytucji? Myślę, że żadna. Instytucje państwowe i kierujące nimi osoby spełniają dziś jedną rolę: są pośrednikami między zleceniodawcą (podatnikiem), a zleceniobiorcą (nami) usługi o nazwie „Nauka”, odcinając przy okazji troszeczkę z tych środków dla siebie (utrzymanie kilku hektarów biur w centrum miasta i pracujących w nich tysięcy ludzi troszkę kosztuje…). Nie nawołuję do anarchii, nie jestem przeciwnikiem Państwa, nic z tych rzeczy. Nawołuję wyłącznie do refleksji i do spojrzenia na ten system z zewnętrznej perspektywy, chociaż na chwilę. Poświęćcie pięć minut, ale tak dosłownie, i wyobraźcie sobie Naukę nieskrępowaną urzędniczo-prawnymi ramami – może Święta są dobrą okazją do takiego intelektualnego ćwiczenia.

Jako electronic appendix załączam najlepsze życzenia świąteczne ;-)
Michał Żmihorski