piątek, 22 września 2017

O reformie szkolnictwa wyższego

Rozwiązania nieco inne, niż w przedstawionej niedawno Ustawie 2.0, proponuje profesor Andrzej Jajszczyk. Przyznam szczerze, że bardzo pasuje mi zarówno diagnoza problemów, jak i proponowane rozwiązania, stawiane przez Autora. Całość tu:
 
Większości (wszystkich?) zabrakło niestety w Ustawie ministra Gowina. Tytułem komentarza, punkty które są mi szczególnie bliskie w propozycji prof Jajszczyka.

1. Kierunki studiów powinny być autorskimi propozycjami uczelni wynikającymi z potrzeb rynku (i przez niego weryfikowanymi), a nie realizacją wyobrażeń ministerstwa.
- jak najbardziej; nie wierzę, że centralnie można rozpoznawać potrzeby rynku itp.

2. Likwidacja habilitacji i profesury tytularnej. 
- wobec wciąż niskiego poziomu habilitacji zdecydowanie tak. Pseudo-majestat profesury prezydenckiej też moglibyśmy sobie w końcu odpuścić i skupić się na nauce.

3. Uczelnie jako atrakcyjne miejsce pracy i studiowania, nie tylko pod względem materialnym, ale też panującej w nich atmosfery. 
- pozornie detal, ale wystarczy wyjechać z Polski (w kierunku N lub W) by zrozumieć, jak to jest ważne i jak poprawia się komfort pracy. U nas w tej dziedzinie mentalność i zwyczaje jak z PRLu. 

4. Wymuszona migracja, czyli zakaz zatrudniania po doktoracie w tej samej jednostce. 
- należy przyznać uczciwie, że dobro nauki jako całości nie zawsze jest tożsame z dobrem (a szczególnie wygodą) poszczególnych naukowców. Wobec wciąż niskich zarobków taka wymuszona migracja może być problemem, i może rodzić konflikt interesów (=po co inwestować w doktoranta skoro zaraz po obronie zniknie), ale ogólnie zwiększenie ruchu w środowisku bardzo by nam się przydało. 

5. Zwiększenie finansowania nie rozwiązuje większości problemów.
- zdecydowanie; polska nauka może wchłonąć dowolną kwotę i ją przejeść, np inwestując w nowe budynki ze szkła i stali (o tym też jest fragment, bardzo trafny: Uniwersytetu w Cambridge nie byłoby stać na taki luksus, a szkołę łowiectwa i marketingu w Rzeszowskiem jak najbardziej...). Co nie znaczy, że finansowanie jest ok.

6. Bony zamiast "bezpłatnych" studiów. 
- bardzo odważna propozycja, z którą zgadzam się całkowicie (pisałem o tym przywołując wypowiedzi Miltona Friedmana). To jednak chyba najmniej realne do wdrożenia w naszym społeczeństwie domagającym się "darmowych" dóbr i usług. Z resztą samo środowisko naukowe byłoby tu głównym hamulcem. 

W każdym razie polecam ten tekst. Będę również wdzięczny za nawiązania do Ustawy 2.0 - czy widzimy jakieś pole wspólne i gdzie konkretnie (nie znam całej ustawy, ma 200 str)? Z czego wynika brak powyższych rozwiązań w ministerialnej propozycji?

Michał Żmihorski

43 komentarze:

  1. myślałem, że wszyscy się już zgadzają z tym, że ideologia M. Friedman jest tak samo skompromitowana jak faszyzm bądź komunizm...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skompromitowana? Pewnie dlatego, że Friedman był pochodzenia żydowskiego? Polaczek jeden...

      Usuń
    2. drodzy dyskutanci, bardzo proszę, trzymajmy się dyskusji dot. konkretnych rozwiązań. Zostawmy samego Friedmana - chętnie przeczytałbym merytoryczną recenzję sformułowanego przez niego zarzutu: że w obecnym systemie biedni składają się na studia dla bogatych. Jak widać, prof Jajszczyk też podniósł ten zarzut. Anonimie z 08:26, potrafisz powiedzieć nam dlaczego nie jest - wg Ciebie - prawdziwy?

      Usuń
  2. Czy migracja pracowników naukowych jest naprawdę konieczna żeby móc robić dobrą naukę? Samej migracji nie krytykuję- daje możliwość nabycia doświadczenia, poszerzenia wiedzy, "nowego" spojrzenia, itd, ale czy konieczność odbycia stażu zagranicznego jest naprawdę istotna w kontekście otrzymania stopnia czy tytułu naukowego? Podstawowym i moim zdaniem jedynym kryterium przyznawania stopni i tytułów naukowych powinny być osiągnięcia naukowe. Jeśli dla kogoś wyjazd zagraniczny do innej placówki naukowej jest niezbędny do przeprowadzenia planowanych badań naukowych to konieczność takiego wyjazdu nie podlega dyskusji. A co z osobami które robią naprawdę dobrą naukę na swoim "podwórku"- mają swój zespół, dobrze wyposażony lab?
    Mają wyjechać dla zasady, tylko po to aby ubiegając się o profesurę mogli sobie odhaczyć, że byli na stażu zagranicznym?

    OdpowiedzUsuń
  3. Friedmanowski monetarystyczny neoliberalizm skutkuje teraz tym, że rządzą ludzie lub partie typu Trump, Orban czy PiS. I nie ma tu nic do tego, jakiego pochodzenia był Friedman. Klęskę tego myślenia ekonomicznego opisują już na całym świecie w najróżniejszych ekonomicznym i politycznych wydawnictwach z najwyższych półek i nie tylko z pozycji lewicowych. Dla mnie propozycje prof. Jajszczyka są oderwane od realiów polskich, właśnie skrajnie neoliberalne (choć sam też jestem za likwidacją habilitacji, ale z innych powodów) i nie zauważającego najważniejszego - wkrótce wskutek polityki neoliberalnej poprzedniej ekipy największym problemem polskiej nauki będzie chroniczny niedobór myślących kandydatów do uprawiania nauki. Każdy kto ma styczność z obecnymi studentami wie o co chodzi. A nie wiem czy przy takim nacjonalistycznym myśleniu jak obecnie będzie nas stać na drenowanie mózgów z innych krajów (w USA wskutek takiej polityki neoliberalnej brakuje miejscowych doktorantów na odpowiednim poziomie wykształcenia, w laboratoriach dominują nazwiska latynoskie, azjatyckie i wschodnio-europejskie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ładna słowna ekwilibrystyka (na moje oko niewiele mająca z rzeczywistością) zręcznie omijająca postawione pytanie: "czy biedni płacą na bogatych w systemie darmowego szkolnictwa?"

      Usuń
    2. Śmieszne pytanie. Nie ma darmowego szkolnictwa, wszyscy płacą podatki. Teoretycznie biedni mniej niż bogaci, ale to w neoliberalnych krajach bogaci migają się od płacenia podatków, bo ten system bardziej temu sprzyja (przykład Trumpa jest wręcz kliniczny). Nie przyszło ci do głowy, że te wspaniałe warunki do pracy w Szwecji jakie masz, to efekt długoletnich socjaldemokratycznych rządów w tym kraju i wysokiej ściągalności podatków od bogatych jakie te rządy wymuszały. Miałem szansę przebywać w Skandynawii zanim tam przybyłeś i nieco poznałem system funkcjonowania nauki w Szwecji (a wtedy studia były tam też bezpłatne).

      Usuń
    3. akurat w Skandynawii było odwrotnie niż piszesz - te kraje zbudowały bogactwo w oparciu o kapitalistyczną gospodarkę i wolny rynek, który z resztą nadal tu w dużej mierze obowiązuje, wbrew ogólnym wyobrażeniom (w każdym miejscu na ziemi herbata robi się słodsza od dosypywania cukru, nie samego mieszania).
      Ale znowu uciekasz przed odpowiedzią na pytanie: czy w obecnym systemie biedni fundują studiowanie bogatym? Moim zdaniem tak, i jest na to wiele dowodów (przedstawiałem je w osobnym wpisie jakiś czas temu, prof. AJ też o nich wspomina). To pytanie wcale nie jest śmieszne, jest tragicznie poważne, szczególnie dla osób uboższych, którym są zabierane ich skromne środki.

      Usuń
    4. Cholera, to ja mam jakieś braki w edukacji historycznej dotyczącej Skandynawii. A spędziłem tam 6 tygodni i cały czas słyszałem, że rządzą socjaldemokraci. A w encyklopedii pisze "Od lat 30. do roku 1991 władzę sprawowali głównie socjaldemokraci z partii SAP". Ale encyklopedie kłamią, kol. Żmihorski ma wiedzę tajemną dla mnie niedostępną.

      Usuń
    5. w encyklopedii "jest napisane" jeśli już.

      Widzę, że nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie, co najlepiej świadczy o merytorycznym zapleczu anty-Miltonowskiego frontu :-)

      Usuń
    6. Zestawiasz drobny błąd stylistyczny (bynajmniej nie merytoryczny, to takie prawo blogów, że można w pośpiechu skaleczyć język) z własną ignorancją. I ty apelujesz o merytoryczną dyskusję. Wstyd. Ale ten blog tym się charakteryzuje, że jak padają argumenty przeciwko głównej linii prowadzącego i brakuje argumentów to zaczynają się złośliwości i hejtowanie. Ciekawe, że życie ciebie nie nauczyło, że chodzenie w zaparte w sporach personalnych może być bolesne, kiedy niezależne gremia stają po stronie niesłusznie zaatakowanego.

      Usuń
    7. Tak apeluję o merytoryczną dyskusję: po raz czwarty proszę Cię o odpowiedź na proste pytanie i podanie jakiejkolwiek argumentacji merytorycznej dotyczącej systemu opłaty za studia. Ty wciąż uciekasz...

      Usuń
    8. Nie uciekam, odpowiedziałem nie wprost, ale skoro to trudne do zrozumienia to odpowiadam łopatologicznie. Kiedy będą płatne studia to w jeszcze gorszej sytuacji będzie biedny, bo wielu nie będzie na nie stać. Bogaty i tak znajdzie kasę na czesne. Jeżeli masz przygotowany argument o stypendiach itp., to od razu odpowiadam. W kraju socjaldemokratycznym takim np. jak była Szwecja to pewnie taki system stypendialny by zaistniał. W kraju neoliberalnym raczej bym na to nie liczył (czym się zakończyły rzekome stypendia dla studentów w Polsce każdy widział, tylko samobójcy by się decydowali je brać). W kraju neoliberalnym biednym się jest dlatego, że się jest, z genetyki, nieudacznictwa, lenistwa itd. (tak twierdzą zwolennicy tej doktryny bo to im wygodne). Bogaty zapłaci za czesne i neoliberalni politycy pomogą mu odpisać to od podatku (chociaż system podatkowy i tak mu pomaga, dlatego Trump płacił mniejsze podatki niż jego sprzątaczka).
      Uważam, że studia i szkolnictwo powinny być bezpłatne. Ale o ile szkolnictwo podstawowe i średnie powinno być powszechne, to studia powinny być selekcyjne. Ale nie finansowo, tylko merytorycznie. Solidne egzaminy wstępne, mniejsza liczba studentów, efektywne egzaminy przedmiotowe odrzucające słabych kandydatów na wszystkich latach studiów. Państwo polskie nie jest aż tak biedne, żeby nie mieć możliwości finansowania studiów w liczbie ok. 30% obecnego stanu liczebnego. Potrafimy marnować duże pieniądze na mniej istotne dla przyszłości rzeczy.

      Usuń
    9. no ale prof Jajszczyk pisał o systemie bonów. O ile znam ten system, to polega on na tym, że każdy może wykorzystać bon na studia (na dowolnej uczelni) lub z niego zrezygnować dostając np. rekompensatę finansową od państwa. Wtedy nic nie trzeba płacić i argumenty powyższe odpadają.

      Warto myśleć o tym by zmienić obecny system, w którym biedni z prowincji płacą na studia bogatych warszawiaków. Masz inny pomysł by ten problem zmniejszyć?

      Usuń
    10. innym systemem jest opodatkowanie wyższego dochodu: jeśli po studiach zarabiam więcej niż średnia krajowa, to od tej "nadwyżki" zarobków mogę zapłacić wyższy podatek, częściowo przynajmniej zwracając koszt swojego studiowania. Też znacznie bardziej sprawiedliwy system, niż "darmowe" powszechne szkolnictwo wyższe.

      Usuń
    11. Ten drugi sposób był wpisany w obecny system stypendialny. Skończyło się na tym, że stypendium wzięło chyba tylko kilkanaście osób. Jaką masz gwarancję, że osoby kończące studia będą pracować w Polsce i tu płacić podatki (mają podpisywać cyrograf, że przez ileś lat nie wolno im wyjechać z kraju?).
      Po co dawać bony do ręki, dać te pieniądze uczelniom na podniesienie jakości nauczania. Jak znam Polaków natychmiast wykorzystają bony do handlowania nimi, zapisywania się na studia tylko dla bonów itp. Wiesz ile moja katedra ma rocznie na obsługę dydaktyki (łącznie 1200 godzin, w tym kilkanaście grup laboratoryjnych)? 370 zł. Państwo stać na danie grantu naukowego za 500 000 zł (w tym kilkadziesiąt tysięcy do kieszeni grantobiorcy), a na obsługę kilkudziesięciu grup studenckich 370 zł. Bon to zamiana jednego pieniądza na drugi, rodzi tylko dodatkowe koszty obsługi bonów (dodatkowe etaty w centrali, system kontroli obiegu bonów, śledzenie szwindli itp.).
      W Malezji może nie ma nauki na najwyższym poziomie, ale państwo od kilku lat bardzo inwestuje w szkolnictwo wyższe. PKB Malezji na głowę jest zbliżone do Polski. Wiesz ile tam zarabia pracownik naukowo-dydaktyczny? Jakie są nakłady na dydaktykę? A studia bezpłatne (przynajmniej tak było parę lat temu jak wizytowałem jeden z uniwersytetów, nie wiem czy tam też nie dorwali sie do władzy neoliberałowie).

      Usuń
  4. W mobilności chodzi o coś więcej niż tylko o stopnie naukowe. Bardzo dobrze objaśnił to we wczorajszej Rzeczpospolitej prof. Leszek Pacholski: http://www.rp.pl/Publicystyka/170929897-Szkolnictwo-wyzsze-Czas-nowych-nomadow.html/?template=restricted#ap-1
    Polecam też mój tekst na ten temat: http://pauza.krakow.pl/385_1_2017.pdf
    Andrzej Jajszczyk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Profesorze, przysłuchiwałem się niedawno dyskusji nad wnioskiem o tytuł dla osoby, która miała bardzo dobry dorobek naukowy (ponadprzeciętny w swojej dziedzinie). Ale dostała negatywną recenzję od osoby, reprezentującej zresztą kompletnie inną dziedzinę biologii (zastanawiam się, kto decyduje o wyborze takiego recenzenta, który zupełnie nie potrafił ocenić merytorycznie dorobku kandydata) z powodu braku tej właśnie mobilności w CV (tylko 7 staży krótkoterminowych) i kierownictwa tylko jednym grantem jeszcze z okresu KBN. W ogóle recenzent nie zauważył, że ta osoba kieruje znanym w całym świecie laboratorium i że to do niego przez kilka lat przyjeżdżali studenci i doktoranci z Brazylii i Korei na staże długoterminowe, gdyż to laboratorium daje bardzo dobrą gwarancję na dalszą karierę tym osobom (obecnie dwie osoby z tych kursantów dostały się na studia doktoranckie i postdoca do USA, trzecia dobra pracę w Korei.
      Sztywne zapisy ustawowe będą blokowały kariery takim osobom, które nie przepadają za turystyką konferencyjną, które mają szansę kontynuowania kariery w swoim laboratorium (w naszej dziedzinie biologii taka kontynuacja to wręcz jest podstawa dobrego rozwoju i trzeba takie wyjątki zauważać).

      Usuń
    2. Właśnie o takie przypadki mi chodziło pisząc wcześniej (anonimowy 10:31, 11:04). Można być na stażu przez 3 miesiące, które naukowo wcale nie będą efektywne. Co więcej, taki wyjazd może okazać się kompletnym niewypałem. No ale to przecież taki prestiż wyjechać za granicę. I jest to tak doniosłe dokonanie naukowe, że znajduje się na liście kryteriów które należy spełnić aby dostać stopień naukowy.
      Przy ocenie dorobku naukowego, duża liczba publikacji które ukazały się w czasopismach z JCR, duża liczba cytowań, wysoki wskaźnik Hirscha świadczą o poziomie naukowej danej osoby. O czym ma świadczyć fakt odbycia 3-miesięcznego stażu zagranicznego?

      Usuń
    3. w ten sposób myśląc, to:
      "duża liczba publikacji które ukazały się w czasopismach z JCR" - może świadczyć, że masz wielu kumpli, którzy Cię dopisali do publikacji [usunąć wymóg]
      "duża liczba cytowań" - może świadczyć, że masz kumpli, którzy Ciebie/Twoich kumpli cytują [usunąć wymóg]
      "wysoki wskaźnik Hirscha" - może świadczyć, że sam siebie cytujesz, albo Twoi kumple często Ciebie cytują [usunąć wymóg]
      I zostaje opinia szefa, czy uzna/nie uzna, że zasługujesz na habilitację...
      Oczywiście wyjazd wyjazdowi nierówny, jeden się uda, inny nie. Ale konieczność odbycia stażu pokazuje, że ustawodawca widzi cel takiego wyjazdu. I sprawia np. że szefom trudniej blokować wyjazd (bo np. jesteś potrzebny do dydaktyki na miejscu). I po to są recenzje, żeby recenzent - który coś się w danej dziedzinie zna - ocenił dorobek, wyjazdy itd.

      Usuń
    4. Jeśli ktoś ma duży dorobek, wysoką liczbę cytowań i wskaźnik Hirscha, bo kumple go dopisują, to naukowo jest słaby i na wyjeździe zagranicznym to wyjdzie (chyba, że jedzie do tych kumpli). Nie chodzi mi o to aby dyskutować w tym miejscu o patologiach, tylko realnie ocenić czy osoba która jest uznanym specjalistą w swojej dziedzinie i o której wiadomo, że jest samodzielna/ny naukowo może nie uzyskać danego tytułu/stopnia, ponieważ nie będzie miała w przebiegu swojej kariery stażu zagranicznego.

      Usuń
    5. Paradoksalnie - wprowadzenie systemu, w którym liczy się tylko sam fakt wyjazdu, będzie paranoją pogłębiającą oderwanie naszej nauki od rzeczywistości. Przecież w nauce nie chodzi o wycieczki, tylko o publikowanie wyników dobrych badań. Jeżeli ktoś potrzebuje wyjeżdżać, żeby być efektywnym, doskonale o tym wie i już to robi. Można korzystać z programów typu "Mobilność Plus", można nawet opłacać sobie dosyć długie pobyty ze zwyczajnych grantów. Można poznawać ludzi na międzynarodowych konferencjach.

      Moim zdaniem, siłowe wypychanie młodych na wyjazdy skończy się obniżeniem ogólnej produktywności naukowej jednostek. Przy aktualnym feudalizmie i sposobie finansowania, najpierw trzeba się przyjrzeć produktywności ogółu pracowników nauki. Należy wprowadzić sensowny system oceny jednostek naukowych i pracujących w nich ludzi. Nawet zastanowić się nad celowością utrzymywania części etatów, zbalansować budżety i poprawić organizację/administrację. Dopiero wtedy będzie można robić dalsze kroki w kierunku umiędzynarodowienia i pogłębiania mobilności młodych naukowców.

      Jak chcecie Państwo zachęcić młodych do powrotu? Ja nie znam nikogo przed 40-tką, kto powrócił z dłuższego pobytu zagranicznego, za który płacił tamtejszy pracodawca. Jedzie się tylko w jedną stronę. Do czego ma się wracać? Nagle pojawią się rozsądne pieniądze na stanowiska dla takich powracająch? Wrócą z lepiej zorganizowanych krajów i będą zdobywać nasze "prestiżowe" "hab." i "prof."? Mamy czasy Scopusa, Web of Knowledge i Google Scholara, teraz każdy może szybko zweryfikować, kto jest kim i dlaczego, więc same stopnie naukowe stają się bezwartościowe. Ważna jest organizacja pracy, wyposażenie, pieniądze i możliwość rozwoju. To musi być zapewnione, żeby ktoś widział sens we wracaniu do Polski.

      Nie jest ważne, czy ktoś z "hab." przed nazwiskiem był długo w innym miejscu. Ważne jest, co osiągnął, co planuje zrobić. Ważne jest, żeby po uzyskaniu tego "hab." miał jeszcze możliwości i potrzebę dalszej pracy. Żeby obracał się w zdrowym środowisku. Tymczasem wszelkie próby reform idą z odwrotnego kierunku: "jak będziemy robić problemy przy uzyskiwaniu hab. i prof., środowisko samo się oczyści i nic nie trzeba będzie reformować". Jak się oczyści i ile to będzie wymagało pokoleń? Jak o mnie chodzi - habilitacje i profesury mogą być rozdawane niczym profesury nadzwyczajne - wszystkim na prawo i na lewo, byle ogół naukowców pracował dobrze. Nigdy nie było i nie będzie tak, że poszczególne doktoraty/habilitacje/ profesury są sobie równe.

      Podobnie widzę temat wyjazdów, czy tak samo wałkowany temat kierownictwa w grantach. Dla mnie liczy się dorobek i poziom naukowy danego człowieka, a nie nazbieranie osiągnięć typu "wycieczka", "mały grant", "nieistotna nagroda", itp. itd. Nie wydaje mi się, żeby cokolwiek z tych rzeczy miało znaczenie. Trzeba wypracować system, gdzie nauka jest ważna, a nie abstrakcyjne osiągnięcia. Wtedy dopiero będzie można rozpatrywać, na ile pozytywnie na nasza naukę wpłynie przymusowa migracja młodych naukowców.

      Usuń
    6. W dużej mierze zgadzam się z powyższą wypowiedzią - od lat piszę o tym, ze w Polsce regulujemy zasady postępowania, zamiast skupiać się na wynikach. Najważniejsze są wyniki, a metody dochodzenia do sukcesu naukowego są wtórne, i u każdego trochę inne. Dla mnie wyjazd był świetny i cieszę się, że mi się udało, namawiam też innych do tego, jednak jestem daleki od zmuszania ustawą do takiego rozwiązania. Nagradzajmy sukcesy naukowe a ludzie sami znajdą różne ścieżki dochodzenia do nich, tego nie musi im mówić ustawodawca.

      Zgadzam się również w kwestii powrotów... Tu niestety wciąż jest przepaść, i nawet nie chodzi o pieniądze, a o mentalność środowiska naukowego w PL.

      Usuń
  5. Oczywiście, że w mobilności chodzi o coś więcej niż o stopnie naukowe. Ale ja patrzę na ten problem z drugiej strony. Czy mobilność powinna być kryterium do przyznania stopnia naukowego?

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę w propozycjach prof. Jaszczyka "światełko w tunelu", jeśli przyjąć za "światło" model nauki uprawiany w krajach anglosaskich (USA i UK to czołółwka nauki światowej). Między wierszami, proponując zniesienie habilitacji i profesury tytularnej sugeruje likwidację Centralnej Komisji ds itd, tworu w dzisiejszej rzeczywistosci "od czapy", reliktu kontroli stalinowskiej nad uczelniami, PAN-em i naukowcami. Czy jestem w błędzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się zlikwiduje habilitację i profesurę tytularną to i CK nie będzie potrzebne, bo ta instytucja nadzorowała procedury nadawania tego stopnia i tytułu naukowego. Ale przy naszej miłości do tytułomanii i hierarchii nie wierzę w to (Polska to w gruncie rzeczy kulturowo azjatycki kraj).

      Usuń
    2. No ale może ci wielcy "mędrcy" z rządu RP (+ Najważniejszy Poseł RP) wpadną na ten trop umiłowanej przez nich "dekomunizacji" i oprócz emerytur UB-eków i patronów ulic zajmą się dekomunizacją instytucji obrastającej w "tłuszczyk" (2,5 tys. PLN/członka/miesiąc) i przeżartej postkomunistycznymi układami tuż pod ich bokiem (CK podlega Premierowi RP). Czyli, krótko mówiąc, zlikwidują to stalinowskie zombie.

      Usuń
    3. @ anonim z g.19:21.,

      Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów Naukowych jest następczynią Centralnej Komisji ds. Kadr Naukowych, a której powstanie datuje się na 1951 r.Jednak trudno nazwać CK jako organ administracji publicznej mianem stalinowskiego zombie.To zwyczajna bzdura.CK istnieje już 65 lat i wiele wskazuje na to, iż jeszcze trochę życia ma przed sobą.Może do 31.05.2019 r., a może znacznie dłużej? Dziś tego nikt nie wie.

      Usuń
    4. niezależnie od nazwy - zobaczcie jak masakrycznie dużo energii tracimy na coś, czego w innych krajach po prostu nie ma! Mamy wymyślone stopnie i komisję która je nadaje, co rodzi ogromną biurokrację, ludzie tracą miliony osobogodzin na zajmowanie się tym, tracimy masę forsy na obsługę tych idiotyzmów. A mogłoby tego po prostu nie być!

      Usuń
    5. @ pan Michał Żmihorski,

      Panie Michale na razie spora rzesza osób ubiega się o stopień naukowy doktora habilitowanego, co widać w postępowaniach kwalifikacyjnych na stronie internetowej CK, a trochę mniej o tytuł naukowy profesora, ale sam system awansów i ścieżki akademickiej nie uległ jeszcze zmianie, i nie wiadomo kiedy, i czy ulegnie.Pomimo tego ludzie trzymają się dotychczasowych zasad, reguł.Niewykluczone, iż część reform wicepremiera Jarosława Gowina wejdzie w życie, ale po dokładnej korekcie PiS, a to oznacza niewiadomą na przyszłość dla środowiska akademickiego.Zobaczymy co się urodzi w nieodległej perspektywie czasowej.

      Usuń
  7. Ten tekst prof. Jajszczyka to taki maly "koncert zyczen". Dla osob o pogladach liberalnych, koncert calkiem OK. Tylko, ze sa to tezy powtarzane przez autora artykulu przez jakies ostatnie 10 lat, w zasadzie w niezmienionej formie. W referencjach autor wymienia 15 pozycji, z czego 10 to jego wczesniejsze artykuly - to chyba prawdziwa skromnosc, przeciez mogliby inni autorzy w ogole sie nie pojawic, natomiast jest nawet jedna pozycja "zachodnia" (wow). Natomiast liberalne tezy gloszone w artykule sa nie do realizacji w naszych warunkach, a przynajmniej nie do szybkiej realizacji. Platforma Obywatelska, ktora jest najblizej liberalizmu, tych tez nie chciala kupic. Tak wiec z jednej strony mozna podziwiac prof. Jajszczyka za konsekwencje, z drugiej strony byc moze prof. Jajszczyk powinien dostrzec, ze rok 2017, to juz nie rok 2007. Ale inna sprawa, ze jak w teatrach ciagle wystawiaja te same przedstawienia to nikomu to nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
  8. Diagnoza powyższa jest OK. Rzeczywiście powtarzam te same tezy od wielu lat, ale nie mam lepszego pomysłu na szkolnictwo wyższe. W dodatku nie są to pomysły oryginalne, bo zaczerpnąłem je z najlepszych uczelni świata. Gdy redaktor tomu poprosił mnie o opinię co należy zrobić, powiedziałem, że mogę co najwyżej podsumować moje wcześniejsze wypowiedzi, co też zrobiłem, i stąd cytowania własnych prac. Ale taki był zamiar i jest to wyraźnie napisane we wstępie. W moich pracach naukowych generalnie nie stosuję tej metody :-). Co do roku 2017 nie zauważyłem, aby najlepsi w świecie,łącznie z uczelniami z krajów tzw. trzeciego świata, które doszlusowują do czołówki, stosowały coś specjalnie nowego. AJ

    OdpowiedzUsuń
  9. Do Anonima z 20:00. Gdy widzę głeboką myśl: "sa nie zrealizowania w naszych warunkach" to pytam: kto ustalił te "warunki" jeśli nie ci, co ich teraz bronią i kontestują ich zmianę? Skończcie już apologeci tzw. "polskiej nauki" z tym robieniem wody z mózgu. Świat idzie do przodu, a miarą "warunków" jest udział w frontier research (np. granty JCR) i innowacyjność gospodarki. Jeśli te "warunki" powodują, że Polska odstaje od tych celów, a odstaje, to należy te "warunki" (bizantyjskość awansów, układy, utrzymywanie leni, towarzystwa wzajemnej adoracji) po prostu zmienić. Jesli nie teraz, to kiedy?

    OdpowiedzUsuń
  10. Panie Profesorze, ale my w Polsce mamy teraz inny klimat. PO jednak nie najlepiej spisalo sie w roli promotora liberalizmu (troche za duzo afer) i te same tezy co kiedys, teraz sa juz zupelnie inaczej przyjmowane (inaczej znaczy tutaj gorzej). Natomiast, jesli moge cos zaproponowac, to wydaje mi sie, ze gdyby napisal Pan kilka artykulow o patentach, to wiele osob przeczytaloby je chetnie. To jest bardzo wazny temat, a prawie nikt sie na tym u nas nie zna. A Pan jest w tych sprawach naprawde wielkim ekspertem. A liberalizm... Chyba moze poczekac. W polityce jest zawsze hustawka opcji. Byc moze warto sprawe przemyslec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Powyzszy komentarz byl skierowany do prof. A.J.

      Usuń
  11. Nie bardzo rozumiem co system bonów miałby zmienić. Są przecież analogiczne ECTS, które na studiach pierwszego stopnia dają bezpłatne studiowanie do wysokości 210 punktów. Bony będą bardziej szanowane od punktów, wniosą jakieś pieniądze do uczelni, zwiększą dostęp do studiów?

    W dokumencie pada "większa determinacja". Jeśli chcecie większą determinację u studentów, na których wiele osób tutaj (słusznie!) narzeka, to wystarczy otworzyć drzwi tym, którzy bardziej docenią szansę jaką otrzymali na uczelni. Na przykład ludziom, którzy nie zostali wepchnięci na uczelnię przez (co najmniej umiarkowanie) zamożnych rodziców, lecz bez ich pomocy muszą utrzymywać się w obcym mieście by zdobyć wykształcenie. Aktualnie studia dzienne są zamknięte dla mniej zamożnych i/lub nieposiadających rodziny w wielkim mieście, ponieważ:
    - indywidualny tok nie przysługuje z powodu pracy (absurd),
    - stypendium socjalne maleje do 100-200 zł jeśli student podejmie pracę,
    - stypendium naukowe dla 10% najlepszych studentów to śmieszne kilkaset złotych,
    - pójście na studia niestacjonarne to konieczność dodatkowej płatności za studiowanie, na przykład 'zaoczne studium biologii' to 18,5 tys zł za 5 lat zajęć raz na dwa tygodnie (!), oczywiście jest to wyższa kwota niż możliwe stypendia.

    Finalnie ci, którzy są na tyle uparci by wejść oknami, gdy nie da się drzwiami (czyli ci co idą na studia niestacjonarne), są karani "za pochodzenie" potrójnie: płacą dodatkowo za studia (blisko tyle co za wynajem pokoju w dużym mieście), otrzymują gorszej jakości studia (realnie mniej niż połowę stacjonarnego wymiaru godzinowego, do tego brak możliwości konsultacji, a także brak wyboru modułów i specjalizacji), mają mniej czasu na naukę (zdeterminowany student niestacjonarny po prostu musi zarwać te kilkadziesiąt nocy na podręcznikach). Tu nie trzeba szukać kwadratowych jaj, wystarczy udostępnić indywidualny tok. Chociaż może to są kwadratowe jaja dla prodziekana ds. studenckich, który mówi że powinniśmy się cieszyć, że studia niestacjonarne w ogóle istnieją - z takim podejściem faktycznie może być tragedią jakiekolwiek dostosowywanie się do studentów, zabieganie o tych bardziej zdeterminowanych czy w ogóle traktowanie ich jako dorosłych ludzi, którzy mogą pracować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miałby zmienić to, że ten kto nie korzysta z edukacji (najczęściej ktoś z uboższej rodziny, żyjącej na prowincji, kto musi pracować zamiast się uczyć itp), nie funduje jej tym, którzy korzystają (praktycznie wszystkie dzieci z tzw "bogatych domów") bo może swój bon odsprzedać państwu.

      Usuń
    2. Gotowy przepis na jeszcze większe zamknięcie edukacji dla mniej zamożnych. Wręczanie nagrody za rezygnację z edukacji wyższej, w wysokości chociażby tych wspomnianych 18,5 tys zł, poskutkuje... większą ilością rezygnacji z edukacji wyższej. Chyba że o to chodzi w całej 'zabawie', żeby darmowe uczelnie były bez mniej zamożnych i wyłącznie dla tych z 'bogatych domów', ale wtedy czemu po prostu nie wprowadzić płatności za luksus studiowania wzorem USA/UK?

      Usuń
    3. Oczywiście, że opłaty byłyby lepsze (pod warunkiem zmniejszenie podatków), ale to nierealne do wdrożenia w PL, bo ludzie wszystko chcą mieć "darmowe".

      Co do tych 18.5 tys. - ja traktuję ludzi poważnie, jeśli ktoś woli pieniądze zamiast wykształcenia, to szanuję jego wybór, choć rozumiem, że to może rodzić wynaturzenia (np. ktoś zdolny ale biedny nie pójdzie na studia, bo potrzebuje tych 18 tys). Nie jest to system idealny, ale nadal lepszy niż obecny z jeszcze większymi wynaturzeniami, w którym ten biedny nie idzie na studia ale nie dostaje 18 tys zwrotu. Wobec prawdziwości twierdzenia, że 18000 > 0 dalsze udowadnianie niesprawiedliwości obecnego uważam za zbyteczne.

      Usuń
    4. ok, jednak nie wskazuję co by było lepsze, tu trzeba uważać - ale twierdzę, że jakaś forma opłat bezpośrednich za wyższą edukację byłaby zdrowsza dla uniwersytetów i sprawiedliwsza, szczególnie dla tych, którzy nie korzystają z niej.

      Usuń
  12. Wątek czytam z nadzieją, że chodzi o poprawienie 'social mobility' poprzez wyrównanie szans edukacyjnych, a tu kończy się na płaceniu osobom 'underpriviledged', żeby nie studiowały :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nieodbieranie komuś uboższemu pieniędzy pod przymusem, żeby fundował lepiej uposażonym studia, z pewnością można zaliczyć do wyrównywania szans.

      Usuń
    2. Oraz pomysł z bonami nie bardzo pomoże w przypadku ukrytych kosztów studiowania.
      Zgadzam się natomiast co to podstawowej kwestii - że szkolnictwo wyższe w rzeczywistości nie jest darmowe. Jak i z ideą np. wyższych podatków dla dobrze zarabiających osób po studiach.

      Usuń