środa, 17 czerwca 2015

Debata dotycząca Paktu dla Nauki, czyli wołanie o powszechne szczęście i dobrobyt

Odbyła się wczoraj debata wokół Paktu dla Nauki, przygotowanego przez Obywateli Nauki. W kilku stacjach radiowych miały miejsce rozmowy z przedstawicielami ON, kilka z nich wklejam poniżej. Staram się na bieżąco śledzić to, co się dzieje w okół Paktu i obiektywnie oceniać przebieg tej debaty, bo - będąc krytyczny wobec samego Paktu - liczyłem na jakiś powiew zdrowego rozsądku i twarde stąpanie po ziemi, konkretne postulaty itp. Ale powiem szczerze, że się zawiodłem i coraz mniej podoba mi się ta cała dyskusja. Polega ona na mówieniu o wszystkim na raz, wygłaszaniu wielu pozornie słusznych choć wewnętrznie sprzecznych postulatów, skrajnie różnego kalibru i odmiennej szczegółowości. Każdy ma jakiś pomysł, zwraca uwagę na istotny aspekt lub problem, do każdej idei można znaleźć odpowiedni "dokument" (strategię, mapę drogową itp.) czyli wielostronicowe (=stojące samodzielnie na najkrótszym boku) uzasadnienie przeróżnych pomysłów, dotyczących reformowania Nauki. Podziwiam kreatywność w wyszukiwaniu źródeł złego stanu rzeczy - na jednym z poniższych nagrań dr Marcin Grynberg mówi wprost o przedszkolach... Obstawiam że do końca roku cofniemy się do życia płodowego i, w trosce o dobro nauki, powstanie instrukcja/pakt/mapa drogowa dotyczącą właściwych metod edukacji na tym poziomie, koniecznie ze szczególnym akcentem  na doskonalenie zdolności pracy w grupie... Dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spanó przed sekundą w TOKFM: "[naszym celem jest] uświadomienie w społeczeństwie, że to [=dbanie o sprawy nauki] powinno być celem nas wszystkich". Widzę oczyma wyobraźni te rzesze uświadomionych mas, gdzieś w powiatach pod sklepem... Sorry za ironię, ale już nie daję rady tego słuchać - daję sobie rękę uciąć, że ON na serio chcą zmienić sytuację na lepsze, ale takie postulaty jak powyższe mnie kompletnie obezwładniają.

Tu audycje:



Plus Janiszewski w TOKFM, aktualnie leci - może ten będzie działał:

Wiara w to, że debata w takiej formie, zahaczająca już dosłownie o postulaty w stylu "żeby było fajnie", ma szansę cokolwiek zmienić, jest optymizmem z pogranicza szaleństwa. Cały Pakt jest klasycznym przykładem pchania sznurka - zamiast jedynego postulatu, czyli "płacić ludziom za wykonaną pracę" (5 słów!) ON proponują algorytm z 250 predyktorami (dosłownie!), zapisany na 100 stronach, regulujący wszystkie dziedziny życia, (od przedszkola!) który ma - napędzany naszymi pobożnymi życzeniami i naszą wiarą w słuszność proponowanych rozwiązań (co do których mam wiele wątpliwości) - prowadzić uczestnika tej gry do nieuchronnego sukcesu, a kraj ku dobrobytowi. Jeśli mamy ingerować w szkolnictwo podstawowe, to proponuję zajęcia dotyczące filozofii Ockhama i Akaikego... Moim zdaniem idea tego Paktu jest błędna, bo pchanie sznurka nie działa - znacznie łatwiej go ciągnąć. Kierowanie strumienia pieniędzy do ludzi odnoszących sukces (=publikacje, odkrycia, patenty itp), ale też bezwzględne zakręcanie finansowania nieudacznikom, jest milion razy tańsze i rozwiązuje 95% problemów od ręki i nikomu nie trzeba tłumaczyć czy ma współpracować, jak być innowacyjnym, ani jak często chodzić do biblioteki.

michał żmihorski

45 komentarzy:

  1. W Polsce finansuje się nierentowne kopalnie, niewydolne ekonomicznie gospodarstwa rolne, wysokie zarobki lekarzy, zabawki żołnierzyków, przywileje emerytalne służb mundurowych i wiele innych niezmiernie ważnych spraw. Skąd zdziwienie, że osoby pracujące na uczelniach chcą więcej pieniędzy nawet jeśli niewiele robią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma zdziwienia, jest tylko komentarz, że po prostu tej forsy więcej nie będzie...

      Usuń
    2. No właśnie. Trzeba koncentrować się na zmianach systemowych, nie wymagających pieniędzy (a wręcz przynoszących oszczędności).

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. tekst Michała Żmihorskiego jest kolejnym dowodem na konieczność opracowania zasad oceny jakości pracy naukowej odrębnych dla każdej dziedziny nauki, a nawet dla konkretnych dyscyplin; obecnie nie wiadomo czy zarzuty typu "Kierowanie strumienia pieniędzy do ludzi odnoszących sukces (=publikacje, odkrycia, patenty itp), ale też bezwzględne zakręcanie finansowania nieudacznikom, jest milion razy tańsze i rozwiązuje 95% problemów od ręki i nikomu nie trzeba tłumaczyć czy ma współpracować, jak być innowacyjnym, ani jak często chodzić do biblioteki." wynikają z faktycznej bylejakości pracy naukowej większości spośród nas, czy może z podejścia typu: skoro gimnastyczka artystyczna nie jest w stanie podnieść ciężaru takiego jak zawodowy ciężarowiec, to znaczy że jest marnym sportowcem?; nie wątpię, że rzetelne i sprawiedliwe zasady oceny wykażą, iż w każdej dyscyplinie nauki pracuje sporo osób, które nie mają odpowiednich predyspozycji i kompetencji do prowadzenia badań; ale gdybyśmy przeprowadzili rzetelne i sprawiedliwe badania jakości pracy dydaktycznej to także okazałoby się, że wielu badaczy, nawet sławnych, nie potrafi kształcić; pora wyciągnąć z tego wnioski - skoro wyższa uczelnia ma prowadzić sensowne badania i jednocześnie kształcić na wysokim poziomie, to musi zatrudniać i sprawnych badaczy i sprawnych nauczycieli; o ile można wyobrazić sobie sytuację, w której konkretna osoba ma odpowiednie predyspozycje i kompetencje zarówno do kształcenia jak i do badań, o tyle nie jest racjonalne oczekiwanie, że będzie miała wystarczająco dużo czasu na nowatorskie badania i na prowadzenie kształcenia metodami aktywizującymi (bo wykład to raczej namiastka kształcenia) - czyli jeżeli chcemy dobrze uczyć i sensownie badać, musimy stworzyć dwie ścieżki kariery na uczelni: badawczą (mało zajęć ze studentami, rozliczanie z osiągnięć naukowych) i dydaktyczną (więcej zajęć ale brak obowiązku pracy naukowej, najwyżej działania popularyzatorski i współpraca z otoczeniem zewnętrznym); oczekiwanie, że znajdziemy i zatrudnimy na uczelniach wystarczająco dużo osób, które będą zarówno świetnymi badaczami jak i skutecznymi nauczycielami nie jest racjonalne; zasada "dwa w jednym" sprawadza się głównie w przypadku szamponu do mycia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widzę, aby ten aspekt (ścieżka dydaktyczna kariery) stanowił problem strukturalny. Uczelnia, mając dużo studentów, może przecież tworzyć etaty czysto dydaktyczne, są nawet znacznie tańsze niż etaty naukowe. Doktorzy-wykładowcy mogą być w minimum kadrowym, Jedyne co rząd (algorytmem i minimami) wymaga "naukowego" na kierunku licencjackim to 3 samodzielnych, a na magisterskim 6 (czasem i oni mogą być "naukowcami" tylko z nazwy). Nie wydaje mi się to liczbą zawyżoną.

      Problemem jest natomiast to, o czym wspomina dr Żmihorski. Brak sensownej oceny, a nawet zapłaty, za pracę naukową. Dotacja podstawowa jest w 100% dydaktyczna. Nawet granty nie mają rozliczenia merytorycznego. Co ja mówię "rozliczenia", toż nawet nie ma listy informacyjnej, listy zakończonych grantów z zestawieniem: kierownik/ suma przepuszczonych pieniędzy/ efekty (publikacje, patenty, inne byle konkretne).

      Usuń
    2. Skąd ta informacja, że etaty dydaktyczne są tańsze. Pensja na etatach dydaktycznych jest porównywalna z pensją adiunkta, a starszy wykładowca z wysługą lat może być nawet droższy niż młody adiunkt. Na moim (topowym, pierwsza czwórka) uniwersytecie pensje są na praktycznie wszystkich stanowiskach w pobliżu dolnej granicy widełek, więc mowa o jakiś tańszych etatach dydaktycznych to bajka. Dodatkowo, w wyniku niżu demograficznego tworzenie etatów dydaktycznych rodzi strach przed brakami w pensum dla naukowych, powstaje więc stresująca atmosfera (czy do końca uzasadniona, to nie jest do końca jasne). Jak są braki w pensum to nasz rektor nie godzi się na zatrudnianie młodych pracowników, ogranicza to też liczbę doktorantów, którzy mają przecież minima dydaktyczne. Dziekani nie są więc zainteresowani tworzeniem takich etatów dydaktycznych i u nas są na nich tylko osoby, które z powodów losowych lub przepisów kodeksu pracy nie kwalifikują się do zwolnień.
      A co do drugiej części wypowiedzi to w pełni zgoda. Ale u nas funkcjonuje już sensowny system oceny pracowników, jawne rankingi itp. Tylko w sytuacji gdy dotacja wypełnia fundusz płac na granicy dolnych widełek to możliwości dofinansowania najlepszych są minimalne, głównie nagrody (ich wysokość jest w większości przypadków symboliczna).
      A brak jawnych rozliczeń grantów to skandal.

      Usuń
    3. Zgoda, że adiunkt dostaje to samo co wykładowca. Natomiast, po pierwsze, obaj są tańsi od samodzielnych, a po drugie wykładowcy robią o 50% więcej roboty dydaktycznej za te same pieniądze. W tym sensie są (dość wyraźnie) tańsi. A to, że większość rektorów siaą inercji (a może w interesie korporacji profesorskiej) nie preferuje etatów dydaktycznych - to fakt empiryczny, zgadzam się. Zresztą, będąc zwolennikiem NAUKI na uczelniach, specjalnie nad tą tendencją rektorów (wbrew mechanizmom ekonomicznym, menedżer by tu inaczej działał) nie boleję.

      Usuń
    4. Nie do końca tak jest z tym przeliczaniem godzin na kasę, bo naukowo-dydaktyczni mają płacone nie tylko za dydaktykę. Z tego co pamiętam, to 75% etatu to dydaktyka, a 25% nauka. A etaty czysto naukowe są u nas płacone wyłącznie ze statutowych, a nie z budżetu, no a te statutowe trzeba wypracować publikacjami. Nie widzę więc większego uzasadnienia dla mnożenia etatów dydaktycznych.

      Usuń
    5. Gdyby tak było jak Pan pisze - nie byłoby tak źle. Niestety, naukowo-dydaktyczni płaceni są też tylko z dotacji dydaktycznej. Nie ma żadnego 25%. Skąd ta liczba? Czyli naukowo-dydaktyczni MUSZĄ robić naukę (głównie za to są rozliczani, pod groźbą utraty pracy) za darmo. Etaty naukowe mogą być płatne z BSt, ale to są bardzo małe pieniądze, zatem i nieliczne etaty (kosztem cięcia innych, czasem potrzebnych, wydatków). Zwykle oznacza to, że wydział cienko przędzie (niedobór studentów), przy niezłej produkcji naukowej. Nota bene: BSt nie zależy aż tak bardzo od liczby publikacji. Zależy od ilości pracowników naukowo-dydaktycznych z wagą zależną od kategorii (więc korelacja z dorobkiem jest, ale słaba, w ramach tej samej kategorii korelacji - nie ma). .

      Usuń
    6. Podpisując deklarację podatkową do ulg za prawa autorskie jest tam wyszczególniona pozycja dotycząca właśnie takiej ulgi z tytułu prac naukowych. To wskazuje, że dotacja budżetowa za etat naukowo-dydaktyczny opłaca nie tylko prowadzenie zajęć, ale i pracę naukową. Tak więc na etacie dydaktycznym dostaje się pensję tylko za prowadzenie dydaktyki, a na naukowo-dydaktycznym i za jedno i za drugie (i tam są chyba te proporcje 75 do 25). Ci drudzy więc za tą samą kasę mają i jedne i drugie obowiązki, no i rozlicza się ich głównie z nauki, a dydaktyczni poza pensum nie muszą się niczym wykazywać. Dlatego nikt z kierownictwa nie lubi tworzenia takich etatów.

      Usuń
    7. Ależ Pan uparty... Proszę się wczytać w treść tej deklaracji ("badania naukowe niezbędne do prowadzenia procesu dydaktycznego"). Ale przede wszystkim: proszę odszukać "Planowanie w układzie zadaniowym na rok 2015" (budżęt państwa) i zobaczyć (od str. 29), że "szkolnictwo wyższe" (czyli pieniądze na nasze pensje) to dydaktyka w sensie czystym.

      A kierownictwo na pewno woli mieć pracownika, który za tę samą pensję ma dwie duże kategorie obowiązków, a nie tylko jedną. Tu pełna zgoda.

      Usuń
    8. Ważne dopowiedzenie: obecne kierownictwo (dziekan, rektor) nie lubi etatów dydaktycznych, bo zapewne popełnia ten sam błąd, co Pan - myślą, że za badaniami płyną jakieś poważniejsze pieniądze. Menedżer wolałby etaty czysto dydaktyczne (plus zdobywcy licznych grantów).

      Usuń
  4. Wszystko fajnie, problem polega na tym, że w wielu wypadkach gorsze wyniki naukowe nie wynikają z nieróbstwa, a raczej skromnych zasobów finansowych. Stwórzmy ludziom godziwe warunki do pracy to później możemy ich z tej pracy rozliczać. Np. piszę teraz artykuł, który wyślę do czasopisma z listy filadelfijskiej. Koszt zakupu najnowszej literatury (przy założeniu, że mam już spore zbiory biblioteczne), korekta językowa, dostęp do baz z czasopismami naukowymi (biblioteki nie mają dostępu do wszystkich baz) wynosi dla mnie ok 1200-1500 zł. Wyjazd na najbliższą prestiżową konferencję - 2000 zł. Moja pensja to 1700 zł. Mój pracodawca nie zapewnia mi ani zwrotu kosztów poniesionych na zakup książek, dostęp do baz, ani nie dokłada się do wyjazdu konferencyjnego. Można łatwo policzyć ile jestem w stanie napisać rocznie artykułów na "światowym poziomie". Tak, wiem- są granty. Jeden mi się skończył i nie wiem kiedy dostanę kolejny. Ale bardzo łatwo jest rzucić hasłem - "nieroby"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chwileczkę, za dostęp do baz i literaturę raczej nie płacisz z własnej kieszeni - to jest najczęściej dostępne już w niemal każdej jednostce. Oczywiście czasem jakaś nowa książka bywa przydatna, podobnie jak wyjazd na konferencję - ale bez przesady.
      Poza tym sprawa bardziej ogólna - nie da się stworzyć ludziom warunków, bo nie ma forsy, jeśli ma być choć trochę lepiej to najpierw trzeba wywalić znaczną część ekipy. Nie ma innej drogi po prostu. Niestety, jest to niepopularne i brzmi nieprzyjemnie, ale jeżeli większość zatrudnionych latami się obija, to co innego można zrobić?

      Usuń
    2. Pisze Pan z perspektywy osoby reprezentującej określoną dziedzinę nauki nie biorąc pod uwagę tego, że badacze z innych dziedzin mogą mieć odmienne doświadczenia. W mojej dziedzinie akurat kluczowa jest znajomość najnowszej literatury. Mój instytut jest tak niedofinansowany, że na moją prośbę zakupiona została tylko jedna książka. Do napisania artykułu, który zostanie przyjęty do wiodącego czasopisma, muszę kupić ok 4-5 nowych książek. Jeśli chodzi o bazy danych, to nie wszystkie czasopisma znajdują się w naszych bazach. Zależy też na jakim uniwersytecie się pracuje. Muszę zatem zapłacić albo za konkretne artykuły (średnio od 15-30 euro za 1 artykuł) albo wykupić dostęp do wszystkich numerów danego czasopisma. Jeśli chodzi o konferencje, to 1 ważna konferencja w roku to absolutne minimum. Jeśli jest grant, to jest trochę lżej, ale konkurencja jest tak dużą, że nie zawsze się udaje. Przypominam, że np. obecny współczynnik sukcesu w NCN to 15%.

      Usuń
    3. Co tam protesty, Forum Akademickie publikuje szokujące informacje o patologiach grantowych i nie tylko:

      www.forumakademickie.pl/fa/2015/06/bez-odzewu/

      Zauważyliście, że nikt z decydentów nie skomentował informacji podanych w artykule Polityki z maja br. ?

      Usuń
    4. Z całym szacunkiem, ale nie róbcie z siebie śmiesznych, bezradnych istot. Nie potraficie napisać listu do autorów poszczególnych artykułów, czy rozdziałów w książkach z prośbą o pdf lub odbitkę?? To przecież jest skuteczne w 95% przypadków i z reguły minimalizuje koszty, zamiast kupowania tekstów w wydawnictwach.
      Pozdrawiam
      P

      Usuń
    5. I znowu... Czy myśli Pan, że tego nie robię? Oczywiście że tak, ale nie każdy odpowiada. Zarzuca mi Pan bezradność, ale proszę wybaczyć, pomimo kiepskich środków wykonuję swoją pracę dobrze ciągle kombinując jak zdobyć najnowsze źródła. I celem mojego postu było zwrócenie uwagi na REALIA. Trudno jest robić dobrą naukę, jeśli non stop muszę "żebrać" u autorów o ich książki i artykuły....

      Usuń
  5. Co się stało z moim komentarzem?

    OdpowiedzUsuń
  6. O czym wy ludzie mówicie, nauka polska wymaga radykalnych posunięć. wiele postulatów proponowanych przez prof. Karpińskiego jest słusznych i mam nadzieję, że jak dostanie się do sejmu to coś w tym kierunku zrobi a nie tak jak większość profesorów zapomni o "szarakach". Moim zdaniem trzeba radykalnych działań, bez nich to będzie tylko pozoranctwo. Odgórnie Ministerstwo powinno wydać decyzję, że na każdym wydziale należy przeprowadzić ocenę pracowniczą. Po o cenie 30% najgorszych pracowników, ocenionych najniżej pod względem publikacyjnym, powinno dostać natychmiast wypowiedzenia. Zwolnione etaty przekazać osobom ocenionym najlepiej (np. 30% ocenionych najlepiej). Działanie powtórzyć po 4-latach. Gwarantuję, że w ciągu tych 4 lat zarówno jakość publikacji jak, liczba zdobytych grantów i poziom uczelni w Polsce podniosła by się znacząco. Proste rozwiązanie a skuteczne.To co teraz się dzieje to jest fikcja. Nie należy liczyć na to, że na uczelniach zaczną być zwalniane nieroby. Jeżeli tego nie załatwi się odgórnie nic się nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no dobrze, ale czy uważasz, że Pakt dla Nauki uwzględnia/wspiera te rozwiązania, o których piszesz? Ja zgadzam się z tym co napisałeś, ale uważam, że Pakt jest zbiorem pobożnych życzeń, dość mocno oderwanych od rzeczywistości i wcale nie wspomaga przedstawionego przez Ciebie scenariusza. Niestety.

      Usuń
    2. Nie czytałem tego dokładnie, bo nie lubię bełkotu, a to jest zwykły bełkot ubrany w piękne słowa, a za tym nic nie idzie. Moim zdaniem moja propozycja rozwiąże większość problemów:
      1. Z uczelni pozbędziemy się nierobów i pływaków,
      2. Najlepsi dostaną możliwość stworzenia własnych grup badawczych,
      3. Rozpocznie się rywalizacja, dzięki temu, że za 4 lata nikt nie będzie się chciał znaleźć w tych ostatnich 30%.
      4. Po czterech latach będziemy mieli silne grupy, które będą decydowały o nauce.
      Proste rozwiązania są najlepsze ale oczywiście im więcej bełkotu tym łatwiej załatwić pod stołem własne interesy. Przykładem może być zniesienie habilitacji. Ułatwienie habilitacji doprowadziło, że hab. dostają osoby z 2 publikacjami z listy !!!! Przy zniesieniu habilitacji profesorami zostawali by ludzie, którzy nie mają wcale publikacji.

      Usuń
  7. "Odgórnie Ministerstwo powinno wydać decyzję, że na każdym wydziale należy przeprowadzić ocenę pracowniczą. Po o cenie 30% najgorszych pracowników, ocenionych najniżej pod względem publikacyjnym, powinno dostać natychmiast wypowiedzenia."
    Racja. Widziałem takie oceny. Po pierwszej ocenie zbiera się gremium, które dokonuje wstępnej analizy i... zmienia zasady oceny pracowniczej [np. zmienia kwestie przyznawania punktów za publikacje]. Po powtórnej ocenie nagle (odpowiednie) osoby, wcześniej ocenione negatywnie, zaczynają mieć oceny pozytywne itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ale to nie jest argument by nie oceniać, lecz by pracować nad zasadami oceny, prawda?

      Usuń
    2. Oczywiście. Ale tego muszą chcieć / do tego muszą dojrzeć władze uczelni/instytutów/innych jednostek. Jeśli Ministerstwo odgórnie wyda decyzję, to uniwersytety to... wypełnią - a sytuacja pozostanie bez większych zmian.

      Usuń
    3. Dlatego kryteria oceny powinno wprowadzić Ministerstwo. Dla pracowników naukowych powinien to być IF i tyle, prosto, łatwo i szybko. Każdy może sprawdzić ile, kto miał prac w ciągu ostatnich np. 5 lat, w przypadku nieprawidłowości lub prób oszukiwania uczelnia powinna dostać karę a rektor odwołany i wyrzucony z pracy. Wiem, że to tylko marzenia i nigdy się nie sprawdzą ale od czego są marzenia.

      Usuń
    4. Panowie! Problem jest o wiele bardziej elementarny i gdzie indziej trzeba szukać rozwiązania. Dotacja podstawowa (z której idą nasze pensje) jest w 100% dydaktyczna, nie ma tam sprzężenia z jakością kadry, wręcz przeciwnie.. Zatem władze uczelni w najmniejszym stopniu nie są dopingowane do utrzymywania kadry o wysokim poziomie naukowym. Odwrotnie: są dopingowane do łatania minimów kadrowych (co faworyzuje... najsłabsze wydziały, ale mające do czegoś tam potrzebne uprawnienia, mgr, dr czy hab). Pakt ON błędnie postuluje wzmocnienie tego trendu (minima kadrowe). Trzeba natomiast żądać, aby dotacja dydaktyczna stała się Naukowo-Dydaktyczną. Aby uczelnia z dobrą kadrą dostała więcej pieniędzy na pensje niż uczelnia ze słabą kadrą. Teraz tak nie jest.

      Usuń
    5. Dokładnie!! W pełni się zgadzam z Pana komentarzem.

      Ps. Jestem panią;)

      Usuń
    6. Panie Janie nie do końca się z Panem zgadzam, a co z liczbą n i osobami którzy nie opublikowali żadnych prac. Gdy na wydziale jest dużo takich osób Wydział dostaje mniej pieniędzy, tak czy nie ?

      Usuń
    7. Moim zdaniem to akurat da się łatwo rozwiązać. Jeśli ktoś jest świetnym dydaktykiem, ale gorszym naukowcem, to niech będzie zatrudniony tylko na etacie dydaktycznym. Z osiągnięć naukowych powinno się rozliczać zatem osoby, które są na etacie naukowym/ badawczym. Nie oczekujmy, żeby każdy był "człowiekiem-orkiestrą".

      Usuń
    8. N i N0 dotyczą tylko i wyłącznie kategoryzacji. Kategoryzacja nie ma nic wspólnego z naszymi wynagrodzeniami.

      Nawet z algorytmem podziału BSt (to są malutkie pieniądze, takie "kieszonkowe", w porównaniu z funduszem płac) ma tylko trochę wspólnego. Mianowicie: w momencie oceny (obliczania kategorii przez KEJN) to się istotnie liczy, ale jeśli na wydziale jest kilku w N0, a mimo to wydział dostał kategorię A (a na A+ i tak nie maił szans), to proszę sobie wyobrazić, że BSt przychodzi "na głowę" (także głowę N0) ważoną kosztochłonnością dziedziny i kategorią.
      Nota bene: to dlatego tych z N0 nie przekwalifikowuje się "z automatu" na etat dydaktyczny. Bo oni generują tyle samo BSt (dla dziekana), co lokomotywa publikacyjna.

      Czy to znaczy, że "opłaca się" trzymać tych z N0. Oczywiście nie (dla rektora), bo zwolnienie "zwalnia" jego pensję. Ale ten sam argument dotyczy tego, kto dużo publikuje. Żaden etat (ponad minimum kadrowe) się nie opłaca.

      System jest tak anty-jakościowy i w ogóle absurdalny, że aż dziw iż nasza nauka jakoś działa. Łatwo to zmienić, tylko trzeba chcieć...

      Usuń
  8. Według Ciebie kryterium to IF, i wystarczy. Czyli np. osoba, która jest pierwszym i korespondencyjnym autorem, ma tyle samo punktów, co osoba 7. z 10. Osoba, która sama napisała artykuł (jedno-autorski), ma tyle samo, co osoba, która jest tylko(?) współautorem (np. 7. z dziesięciu). Itd. To jest piękne dla urzędnika, rzeczywistość bywa trochę bardziej skomplikowana.

    OdpowiedzUsuń
  9. W moich pracach wszyscy mają równy wkład. Nawet jak ktoś zrobił mniej niż inni takie samo ma prawo do tej publikacji. Ja nie dopisuję nikogo za "free". Wiem, że moja propozycja ma wady, ale gwarantuję Ci, że będzie mniej skrzywdzonych przy moim systemie niż przy tym który jest aktualnie. Można też wprowadzić ułamkowy IF i autor korespondencyjny będzie decydował kto ile procent IF dostanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie napisałem, że ktoś jest dopisywany niesłusznie, chociaż bywają takie sytuacje. Ale jak sam piszesz "Można też wprowadzić ułamkowy IF i autor korespondencyjny będzie decydował kto ile procent IF dostanie." - czyli mamy już dwie opcje biorąc tylko IF i obie mają zalety i wady. W tym ułamkowym problem jest taki, że gdy w pracy ma być większa liczba współautorów (a obecnie często jest to konieczne), to zaczyna się "nie-opłacać" współpracować. Itd., itp.
      Reasumując, system punktowy, obecnie stosowany, nie jest tragiczny. Problem, że ludzie go naciągają, a w żadnym razie nie próbują pozbyć się osób, które nie nadają się do nauki - nie do systemu liczenia punktów, a do nauki!

      Usuń
    2. Gdyby pozbyć się całkowitych nierobów już byłby postęp. Na moim wydziale kat. A każdego roku publikowany jest jawny ranking za aktywność naukową (publikacje z czasopism indeksowanych dają 80% wartości). Na 140 ocenianych osób zawsze jest do 30, które mają poniżej 15 punktów (a więc żadnej publikacji z listy Thomsona), większość z nich się powtarza każdego roku. To jest ponad 20% całego składu osobowego. Dla porównania pierwsza piątka "wyrabia" od 180 do 320 punktów tylko z list ISI i monografii.

      Usuń
    3. Czy gdyby wyrzucić 20% tych "nierobów", to mielibyście szansę na A+? Jeśli tak, to warto za tym lobbować (może dziekan połknie haczyk, a rektor to na 100% będzie za: bo budżet mu się znacznie poprawi, i szansa na taki prestiż...), ale jeśli nie ma szansy na A+, to na tej operacji - stracicie, dostaniecie mniejsze BSt! Mniejsze dokładnie o 20%. Dziwne, ale prawdziwe.

      Winą jest słynne 3N (lokomotywy publikacyjne pracują na nierobów). Powinno być: liczą się TYLKO TRZY najlepsze publikacje każdego pracownika. Wtedy liderzy walczą o trzy 45-tki może i wyżej, a ogon wydziału walczy choćby o 15 czy 20, bo jak ma 6-8-8 to mocno zaniża wynik wydziału itp. Jeszcze ważniejszym jest to, o czym pisałem wyżej: w algorytmie podziału BSt publikacje (czy to trzy, czy 3N) się w ogóle nie liczą.

      Usuń
  10. Swoją drogą, ukazały się nowe impakty czasopism.

    OdpowiedzUsuń
  11. W nowej Pauzie Akademickiej interesujący tekst prof. Błockiego
    http://pauza.krakow.pl/302_2015.pdf

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tekst Marcina Kuli poniżej tekstu Błockiego też warty przeczytania.

      Usuń
  12. Zgadzam sie w pełni z diagnozą Michała Żmihorskiego! Gratuluje celnej i moim zdaniem jedynej możliwości uzdrowienia dziś nauki, ale nie możliwej do zrealizowania wobec sprzeczności zbyt dużo interesów.

    OdpowiedzUsuń
  13. Cytowania są ważnym parametrem, ale mają jedną wielką wadę: nie uwzględnia się jakości cytowań (przypomina to więc stary sposób liczenia dorobku jako liczby wszystkich publikacji, powiedzmy "filadelfijskich", bez zważania na ich jakość).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jaką mamy alternatywę? Oceniać dorobek po pracach niefiladelfijskich. No proszę Cie...

      Usuń
    2. Alternatywa jest oczywista: publikacje liczy się z różnymi wagami (np. IF czy punkty ministerialne).

      Analogiczna alternatywa dla cytowań niestety nie jest (jeszcze?) zrealizowana. Każde cytowanie ma tę samą wagę, nawet cytowanie negatywne, nawet cytowania od jakiegoś niewielkiego kręgu "wzajemnej adoracji" publikującego w słabych pismach o bardzo niskim IF. Z drugiej strony pochlebne cytowanie np. od Noblisty jest też tylko jednym malutkim punkcikiem.

      Reasumując: liczba cytowań to parametr wartościowy, ale wymagający dodatkowej wersyfikacji. Na pewno zero jest zerem, ale już 100 czy 500 cytowań można osiągnąć na wiele różnych sposobów, które nie zawsze znaczą zbyt wiele. Na pewno też umieszczanie prac w pismach o wysokim IF jest dodatkowym NIEZALEŻNYM kryterium jakości - bo świadczy o spełnieniu wysokich wymagań recenzentów i wydawców.

      Usuń
    3. Chyba przenieśliście się przypadkowo do innego wątku... :o)
      Ale odpowiem tutaj:
      to wszystko prawda, ale możemy próbować eliminować część z tych wad. Dość łatwo można np. policzyć w ISI różne parametry dla zestawu prac, które cytują daną pracę, albo wszystkie prace konkretnego autora (np. ich sumaryczny impakt, średni impakt, liczbę cytowań itp). Możemy też oddzielić (z grubsza) cytowania krajowe i zagraniczne.

      Oczywiście sama liczba cytowań nie załatwia wszystkiego, ale chciałem zwrócić uwagę, że może być trochę niedowartościowana...

      Usuń