wtorek, 23 czerwca 2015

Te drobne cechy czyniące nasze jednostki prawdziwie polskimi...

dyrektor sklepu Społem zbiera informację zwrotną od klienta
Na studiach działałem trochę w kierunku wprowadzenia systemu oceny wykładowców, bo okropnie mnie denerwowało, że na Wydziale Biologii UW wykładowcy myliła się ciągle mewa z rybitwą i uczył studentów jak to mewa popielata lata z antarktydy do arktyki. Uczyli nas również, że bobry robią straszne szkody wyjadając wszystkie ryby w stawach itp. Nie wiem jak jest teraz i na ile jest efektywne (chociaż 15 lat później specjalista od mew nadal edukuje kolejne pokolenia), ale wtedy idea feedbacku była pomysłem z kosmosu, przyjmowanym w najlepszym razie z chłodną rezerwą i zdziwieniem. I wtedy nic z tego nie wyszło. Wiem, że w jednostkach PAN próby zainicjowania ankiety/sondażu, umożliwiającego wskazanie słabych punktów celem usprawnienia funkcjonowania jednostki, również nie odnosiły sukcesu. Generalnie wydaje się, że w odpowiedzi na pomysł zbierania informacji zwrotnej od ludzi, dla mnie najzupełniej naturalny i oczywisty, kierownictwo przeciera oczy ze zdumienia i pyta: ale po co? Przecież nie po to jestem profesorem/kierownikiem/dziekanem, żeby mi student/podwładny zwracał uwagę, że coś nie działa tak, jak powinno! (w domyśle: nie podoba się, to do widzenia). Czy nie mielibyśmy żadnych uwag do działania MNiSW? OSF? NCN? PAN??

Wczoraj na Uniwersytecie, tu w Uppsali, byłem świadkiem takiej sceny: podchodzi profesor (ma kilka artykułów w Ecology Letters i TREE) do studenta i pyta, czy uzupełnił już formularz oceny zajęć. Student odpowiada, że jeszcze nie, na co profesor prosi go żeby to koniecznie uzupełnił, bo dla niego to bardzo ważne, żeby dostać feedback i ocenę od studentów. Od razu wiem, że nie jestem w Polsce... Co dwa miesiące mamy tu zebrania departamentu, na których omawia się strategię, informuje pracowników jakie są pomysły, zmiany merytoryczne i techniczne. Pytali nas ostatnio czy ustawienie stołów w lunch-roomie nam odpowiada (!) - osoby z PL w pierwszej kolejności czują podstęp, że może szukają jelenia do noszenia tych stołów, czy coś w tym stylu, bo już nie raz uczestniczyłem w podobnej imprezie... Ale nie! Po każdym większym spotkaniu (np. warsztatach, konferencji) jest rozsyłana ankieta z prośbą by ocenić jak było (dosłownie: it would be great if you could answer some questions to help us with the planning of the next symposium), co było złe, co warto poprawić itp.

To jest jedna z tych wielu prostych i szybkich zmian podnoszących jakość nauki w Polsce, które polskie jednostki mogłyby wprowadzić bez żadnej dodatkowej legislacji, pozwolenia z ministerstwa i dodatkowego finansowania, po prostu z poniedziałku na wtorek - gdyby tylko chciały. Niestety nie chcą.

michał żmihorski 
A tu fragment tej ankiety po ostatnim sympozjum


35 komentarzy:

  1. A propos oceny wykładowców przez studentów - tu nastąpił postęp, bo ankiety są do wypełnienia po każdym semestrze w USOSie i studenci o tym wiedzą. I wypełniają. Albo nie wypełniają. Albo wypełniają Ci, którzy jednocześnie zaznaczają, że na wykłady głównie nie chodzili, ale wydaje im się, że prowadzący nie był do nich dobrze przygotowany... Albo ankiety wypełnia kilka osób tylko choć w zajęciach uczestniczy duże kilkadziesiąt. Każdy kij ma dwa końce... Pytanie czy obecni studenci dorośli do wypełniania ankiet. Ja tego nie wiem (póki co mam dobre oceny)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też cenna uwaga, choć mam wrażenie, że odpowiednio układając ankietę, jakąś informację możemy jednak uzyskać. Nawet nie chodzi o ocenę, tylko o wypunktowanie co nie działa i jak to zmienić - nawet jeśli 80% takich ankiet będzie wymyślona, to pozostałe mogą podpowiedzieć rozsądne rozwiązania.

      Usuń
    2. U nas na wydziale matematyki te ankietki powstały i działają od lat (od kiedy byłem studentem). Mogą być bardzo użytecznym narzędziem, ale to nie znaczy, że nie wymaga to pewnego wysiłku z obu stron. Jako wykładowca wiem, że jak trafi się semestr, kiedy nie mam czasu prosić kilka razy studentów o wypełnienie ankiety, to mam max. 10% odpowiedzi. Ale jak im o tym parę razy przypomnę, to może to być 20, czy nawet 30%. Pozostałe 70% rzeczywiście pewnie nie interesuje się uniwersytetem i moimi zajęciami, żeby coś kliknąć, ale to nie problem, bo ja chcę wiedzieć co myślą Ci, którym zależy. Poza tym trzeba zdawać sobie sprawę, że studenci wiedzą, że nie ma automatycznego przełożenia tych ankiet na ocenę pracownika. Dopiero od kilku lat wyniki tych ocen stanowią jakiś element oceny okresowej i nie jest to element najistotniejszy (studenci zwykle chcieliby móc "zwolnić" słabych wykładowców, co jest z wielu powodów niemożliwe). W związku z tym tu jest istotne co mówi wykładowca. Jeśli ja mówię studentom, że bardzo jestem ciekaw co myślą, i że proszę szczególnie o wypełnianie pola z uwagami, to zwykle kilka ciekawych uwag się trafi.

      Usuń
  2. Moje doświadczenie z tymi ankietami było takie, że wypełniały je tylko osoby którym wstawiłem pałę. Gdyby wypełnienie ankiety było obowiązkowe dla wszystkich i to przed zaliczeniem to miałoby to sens. Wtedy oceniano by prowadzącego a nie jego ocenę. Wypełnienie takiej ankiety wymaga jednak o piszącego pewnego zaangażowanie, chęci poprawy systemu, poczucia współodpowiedzialności, a tego zdecydowanej większości studentów zupełnie brakuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. > Co dwa miesiące mamy tu zebrania departamentu, na których omawia się strategię, informuje pracowników jakie są pomysły, zmiany merytoryczne i techniczne.

    Oj, mnie narząd do piastowania, inicjowania i zasiadania już od krajowych zabrań boli. Kiedyś byłem z krótką wizytą na szwedzkim uniwersytecie i każda próba umawiania się z kimś na spotkanie wyglądała tak: "dobrze, spotkajmy się o 15 bo do 14.30 mamy zebranie X, a o 16.15 zaczynamy zabranie Y.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak bywa, chociaż na te spotkania nie trzeba chodzić - ja rzadko akurat tam bywam. Chodzi mi o samą zasadę, że nie pracujemy na plantacji bawełny tylko mamy możliwość współdecydowania o wielu sprawach.

      Usuń
  4. U nas każdy student po zakończonych zajęciach dokonuje oceny przedmiotu wraz z osobą/osobami prowadzącymi. Nie wiem czy jest to obowiązkowe, ale patrząc na ilość ocen - większość studentów wystawia takową. Tak więc na koniec semestru każdy przedmiot/prowadzący, na każdym kierunku studiów ma wystawioną notę. Dodatkowo studenci mają możliwość komentowania przedmiotu. Niestety mało osób to robi, a jeśli już, to z racji anonimowości ankiety, komentarze są... powiedziałbym "mało przydatne". A szkoda, bo feedback, o jakim piszesz Michale, bywa bardzo użyteczny. Dodatkowo ocena jaką otrzymuje prowadzący jest wykorzystywana w ocenie okresowej pracownika. Co prawda ilość punktów jakie można za takową ocenę zdobyć/stracić nie jest wielka, ale przynajmniej pojawia się w ocenie okresowej. Jednocześnie po skończonych zajęciach można śmiało zapytać studentów o ich odczucia, plus i minusy zajęć, ich aktualność i atrakcyjność, itd. Takie bezpośrednie rozmowy mogą czasem być bardziej pomocne.
    Moje ogólne odczucie jest takie: możliwości oceny pracowników istnieją (zresztą nie wiem czy każda uczelnia mająca system USOS tego nie praktykuje?), a problemem jest raczej wykorzystanie tych ocen. A to już kwestia osobista - czy ktoś chce skorzystać czy nie ;) Czy w Szwecji istnieją regulacje w zakresie: wynik ankiety - reakcja prowadzącego? Innymi słowy: czy jak ktoś jest "źle oceniany" to musi się zmienić czy chce? ;)

    Pozdrawiam,
    Michał Ciach

    OdpowiedzUsuń
  5. Takie oceny mają sens na kierunkach, gdzie jest selekcja wstępna kandydatów. Ciężko oczekiwać sensownych ankiet od ludzi branych na studia z łapanki. Ciekawi mnie również, czy istnieje jakiś związek między liczbą chętnych studentów na jedno miejsce, a średnią oceną wykładowców na kierunku.
    Tak jak napisał Michał - te uwagi są w większości mało konstruktywne (np: "wykład zbyt wcześnie rano"), ale przyznam, że były też takie, które sobie wziąłem do serca i pozmieniałem parę rzeczy w swoich wykładach.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ankiety mają też duży minus - znam pracownika naukowego, wspaniałego człowieka, który lubił studentów i nie uciekał od kontaktu z nimi. Poświęcał im swój prywatny czas. Był jednak wymagający. Spora część "studentów z przypadku", która oblewała egzaminy obsmarowała go w ankietach za to, że nie chciał obniżać progu jak inni i facet wyleciał z pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ok, jeżeli jest to prawda, to widzimy że ze wszystkiego można zrobić niewłaściwy użytek. Równie dobrze można przytoczyć przykład jak niebezpieczna jest geometria, bo ktoś podobno nadział się na ekierkę...
      Z resztą sama ocena pracowników jest tylko jednym z przykładów wymiany informacji w obrębie instytucji naukowych. Ciekawsza i może bardziej pożyteczna byłaby ocena np. działania administracji, albo kierownictwa jednostki.

      Usuń
    2. Powinien odwołać się do sądu pracy.
      Ankietyzacja studentów jest generalnie czymś pozytywnym, ale nie zwalnia pracodawcy z obowiązku krytycznego podejścia do jej wyników, bo wiadomo że nie wszystkim studentom zależy na realnym wykształceniu. Czasem bardziej liczą się ulgi, stypendia i pieniądze od rodziców. A z kolei władzom uczelni może zależeć na studentach.
      Zacytuję fragment opinii, którą otrzymałem niedawno od Ministerstwa, dotyczącej wykorzystania wyników ankietyzacji studentów:
      "W przypadku uzasadnionej wątpliwości co do wiarygodności uzyskanej opinii studentów, obowiązujące w uczelni wewnętrzne przepisy powinny przewidywać możliwość wystąpienia o jej sprostowanie albo weryfikację."

      Usuń
    3. Hahaha ... ocena działania administracji. Od razu powinno się podstawić pod wszystkie instytuty autobus, albo jakiegoś "Stara" z naczepą i wywieźć ich wszystkich na komunalne wysypisko śmieci.

      Usuń
  7. Skoro studenci mogą oceniać wykładowców, naukowi oceniani są z dorobku przez przełożonych, to jak oceniani są pracownicy techniczni, a szczególnie administracja i księgowość? W sieci znalazłem formularze ocen pracowników wszystkich rodzajów dostępne na niektórych uczelniach (ale nie znalazłem dla jednostek PAN i JBR, może źle szukałem). Formularze te są w miarę jednolite, ale chyba są wypełniane jedynie w części przez pracowników (ocenianych) i w innych częściach wyłącznie przez przełożonych. Czy gdzieś funkcjonuje jakaś mierzalna i ujednolicona forma oceny pracowników poza-naukowych, i czy gdzieś w ocenie takiej ujmuje się opinię wyrażoną przez współpracowników naukowych? Czy istnieje zależność (prawna) przedłużenia kontraktu / awansu / premii od efektywności pracy pracowników poza-naukowych (analogicznie jak u naukowych)? Czy istnieją rankingi roczne efektywności pracy pracowników poza-naukowych (analogiczne do rankingów pracowników naukowych), z oceną i jej konsekwencjami?

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak wybitnie uzdolniony absolwent ocenia polskie środowisko naukowe. Bardzo smutne...

    http://www.wykop.pl/ramka/2615589/polak-rozwiklal-zagadke-ktora-trapi-naukowcow-od-40-lat/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo interesujący teks, szczególnie fragment "Wie Pani, że tu nie ma czegoś takiego, jak nadanie tytułu profesora. Profesora uczelnia wybiera na podstawie konkursu. Tytuł zostaje naukowcowi nadany na okres 5-6 lat, czyli tyle ile zakłada jednak kadencja profesorska. Jeśli ktoś chce utrzymać tytuł i stanowisko, musi cały czas rozwijać i siebie, i innych – swoich studentów, doktorantów. W Polsce jak ktoś osiągnie profesurę, to jego działalność zaczyna się ograniczać do pławieniu się we własnej doskonałości. Koniec rozwoju, początek patrzenia na wszystkich z góry. Niezwykle demoralizujący tytuł naukowy."

      Na tym właśnie polega różnica między naszym krajem a tymi bardziej cywilizowanymi, nie w ilości ankiet i nasiadówek.

      Usuń
    2. Chłopak nie wie o czym mówi, pomylił Junior-Professora (coś jakby assistant professor lub u nas adiunkt bez habilitacji) z Professor ordinarius. Zresztą wystarczy sobie poczytać w wikipedii o stopniach/tytułach akademickich w Niemczech : https://en.wikipedia.org/wiki/Academic_ranks_in_Germany
      Zresztą jaki tak naprawdę poziom naukowy reprezentują Niemcy, biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców i pkb? Wypadają bardzo, ale to bardzo blado. Prawda jest raczej taka, że naukę na świecie tworzy kilkaset uczelni, rozmieszczonych głównie w kilku krajach.

      Usuń
    3. No tak, Niemcy zajmują zaledwie 4 miejsce na świecie w rankingu SCImago (http://www.scimagojr.com/ , za USA, Chinami i UK). Cieniasy. Anonimie, coś mi się wydaje sam nie wiesz o czym mówisz, ;-) a może bronisz swoich profesorskich przywilejów?

      Usuń
    4. ... nawet trzecie, jeśli wysortujesz wg H-index

      Usuń
    5. "coś mi się wydaje sam nie wiesz o czym mówisz, ;-) a może bronisz swoich profesorskich przywilejów"

      Kolego, Anonimowy z 6:01 zwrócił uwagę na nieścisłość w wypowiedzi naszego młodego rodaka (w Niemczech też są tytularni profesorowie i nie jest łatwo nim zostać, a junior profesorem w Polsce nie wiem czy nie jest równie trudno czy łatwo zostać jak w Niemczech - doktorat + wygrana w konkursie). Zwrócił też uwagę na pozycję nauki niemieckiej w odniesieniu do mocy kraju (PKB i demografia), a ty rzucasz rankingiem z zupełnie innej beczki i jeszcze dodajesz hejterski komentarz. Niemcy są potęgą gospodarczą i ich nauka, a przede wszystkim stosunek do ludzi nauki to inny kosmos niż w Polsce. Jednak jeżeli przyjmiemy pozycję ich nauki w stosunku do PKB i demografii to wypadają gorzej niż inne kraje z czołówki. Podawano już na tym forum, że pozycja Polski w rankingu SCImago wygląda dużo lepiej, niż sądzą to narzekacze z tego forum, a jeżeli przyjąć wskaźnik PKB i demografię (a w Polsce jeszcze warto pamiętać, że procent PKB jaki przeznaczamy na naukę jest jednym z najniższych w cywilizowanym świecie) stawia nasz kraj dokładnie na pozycji wynikającej z wartości PKB. Czyli moc naszej nauki jest dokładnie odzwierciedleniem nakładów, a w Niemczech jest poniżej pozycji wynikającej z nakładów. Ja wiem, że mała to pociecha bo w wartościach bezwzględnych Niemcy na biją na głowę, ale to właśnie na tym forum ilekroć pada propozycja żeby dopompować do naszej nauki pieniędzy na cywilizowanym poziomie (chociaż na procencie PKB jak w Niemczech) to natychmiast pojawiają się komentarze, że nie warto bo my to dno i wodorosty i będzie to marnowaniem kasy. Miałem przyjemność przebywać w trzech ośrodkach w Niemczech i proszę sobie wyobrazić, że pracowali tam też ludzie, których dorobek hejterzy z tego forum uznali by za beznadziejny. Natomiast potwierdzam, że ostatnio dużo robią w tym kierunku, żeby zmienić ten stan na lepszy, między innymi istotnie wspomagając finansowo najlepszych ludzi i ośrodki. No i tam nie przyszło by im na myśl, że można zatrudniać doktoranta za 0 Euro. Przede wszystkim prawo nie pozwala tam na niewolnictwo.

      Usuń
  9. W przykładzie ankiety dot. ułożenia stołów najbardziej podoba mi się wskazanie po co jest ta ankieta (by lepiej zaplanować kolejne sympozjum).

    Nie wiem kto i z jakimi intencjami układa ankiety, które wypełniają moi studenci, ale mam czasem wrażenie, że pytania są dosyć przypadkowe.
    Przykładowo pytanie (wydział MIM UW) 'Czy była możliwość prowadzenia notatek lub dostęp do przygotowanych materiałów?' wygląda na pozornie na sensowne, ale właściwie jaką pełni rolę?
    Jeżeli ktoś ma średnio 6 punktów w skali 0-7 to dobrze czy źle? Dostanie nagrodę dziekana, ponieważ pozwala na prowadzenie notatek czy też zostanie zwolniony ponieważ nie udostępnia materiałów (i bardzo szybko zmazuje tablicę).

    Myślę, że więcej osób (i studentów i prowadzących) doceniłoby ankiety gdyby z tych ankiet można było wyciągać jakiś rozwojowy feedback, a w tej chwili to można co najwyżej zrobić ranking prowadzących.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kolejny skandal w Polskiej Nauce, czy możemy my-naukowcy zaprotestować przeciwko temu co się dzieje w kraju ?

    http://telewizjarepublika.pl/pionier-badan-nad-grafenem-pozbawiony-stanowiska-resort-gospodarki-zastapil-go-swoim-kandydatem,20987.html?fb_comment_id=717661911690647_718014368322068#f771be8a1697a

    OdpowiedzUsuń
  11. Bądźmy jednak ściśli - to nie jest skandal w Polskiej Nauce, tylko kolejna afera w tym skompromitowanym rządzie. Zawsze traktowałem Piechocińskiego jako niegroźnego idiotę, ale to jest PO prostu zwykła świnia, chcąca za wszelką cenę utrzymać się przy korycie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Uczelnie w Polsce wyzyskują pracowników, na poziomie niewolniczym. Przykład, nakaz wykonywania obowiązków dydaktycznych za darmo, w ramach pensum, czyli nauczanie studentów zagranicznych bez dodatkowego wynagrodzenia przez asystentów i wykładowców. Tacy studenci płacą wysokie czesne (3-40 tys.), cała kasa trafia do decydentów. Samodzielni pracownicy naukowi (profesorowie) oczywiście dostają dodatkowe wynagrodzenie. Przykład nowego niewolnictwa akademickiego. Konieczna kontrola inspekcji pracy, ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego. Dlaczego Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) nie zajmie stanowiska w tej sprawie ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak w ramach pensum to co to za niewolnictwo? Masz godziny do wyrobienia i co Cie obchodzi czy to Polak czy Chińczyk? Jakie tutaj darmo? Coś się kolega delikatnie to ujmując zapędził :-) Może mają procent odpalić?

      Usuń
    2. Precyzując: to grupa zagranicznych studentów na wydziale anglojęzycznym, czyli niedługo każą pracownikowi prowadzić dydaktykę w dowolnym języku, bo taki wydział wymyślą. Niech się nauczy za swoje pieniądze niemieckiego, a może chińskiego. Oczywiście nie posługują się żadnym z tych języków.

      Usuń
    3. Halo tu ziemia :-)

      Usuń
  13. Tak właśnie myślą decydenci. Rzucić pracownikom im np. chińskich studentów, płacących dużą kasę, niech się wykładowcy nauczą również chińskiego, a potem może dialektu mandaryńskiego ? Typowy przykład obciążania wykładowców, któremu przyświeca jeden jedyny cel: zebrać jak najwięcej kasy z zagranicznych dla tych właśnie decydentów. Szary pracownik nie zobaczy nawet złotówki tego, niech się nauczy chińskiego i niech dalej wegetuje...

    Kolego (koleżanko) - problem polega na tym, że profesorowie ( i inni samodzielni), którzy prowadzą zajęcia z zagranicznymi studentami dostają znacznie większy dodatek godzinowy za dydaktykę dla zagranicznych !!! ale oczywiście niesamodzielni mogą wegetować, pracując za to samo wynagrodzenie. Typowy przykład totalnej dyskryminacji, który powinien być pokazywany na szkoleniach dla łamania kodeksu pracy.

    OdpowiedzUsuń
  14. To teraz wyobraź sobie kuriozalną sytuację (która może się zdarzyć w polskiej, absurdalnej rzeczywistości akademickiej): dziekan pewnego dnia oświadcza, że pracownicy muszą nauczyć się hiszpańskiego, bo wkrótce przyjeżdża grupa tychże. Nie widzisz analogii ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, sytuacja jest tak kuriozalna, że trzeba mieć naprawdę chorą wyobraźnie by ją sobie wyobrazić. ODPUŚĆ, jak można w ogóle wypisywać takie brednie. Michale, mam nadzieję, że wykazujesz ten wpis, ale wraz z poprzednimi. To co ten człowiek wypisuje, jest uwłaczające zdrowemu rozsądkowi :-)

      Usuń
  15. Do anonimowego 05:38. Naprawdę nie widzisz nieścisłości w sytuacji, gdy profesor lub adiunkt z habilitacją ma zwiększone wynagrodzenie bo naucza studentów w j. angielskim, a młody wykładowca, który naucza tych samych studentów (!) ma gołą podstawową pensję ? Naprawdę nie sądzisz, że coś jest nie tak, czy tylko udajesz ?

    OdpowiedzUsuń
  16. Najlepszy artykuł jaki czytałam od kilkunastu lat. Tak cwaniacy decydenci, załatwili nas i zniszczyli polską naukę. Ku przestrodze dla takich jak ja:

    http://janfazlagic.innpoland.pl/118403,mala-grecja-system-finansowania-nauki-polskiej#comments-118403

    "Oto opinia (nie moja) anonimowego pracownika nauki: „Nie da się ukryć, że różnica w podejściu i sposobie traktowania różnych grup zatrudnionych na uczelniach, wywołuje narastające negatywne emocje i napięcia. Wywołuje też olbrzymie poczucie niesprawiedliwości dziejowej. Profesorowie, którzy teraz przechodzą na emeryturę, a którzy w niektórych przypadkach w swoim naukowym życiu nie wyszli z działalnością badawczą i publikacyjną poza zeszyty naukowe drukowane w rodzimej uczelni, których nikt nie chciał czytać, mogą liczyć na świadczenie emerytalne w wysokości nawet 4000-5000 zł (w zależności od płci i dodatkowych funkcji – dziekańskich, rektorskich itd.). Większość z nich miała też szczęście finansowo skorzystać na boomie edukacyjnym i dzięki wieloetatowości, dziesiątkom wypromowanych magistrów, a także dzięki innym związanym z dydaktyką możliwościom, mogła odłożyć na starość niezły grosz".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To coś kolego mało artykułów czytasz :-)

      Usuń
    2. No właśnie, i to ma być główny problem polskiej nauki? Pracuję na dużym wydziale kategorii A i większość profesorów mojego wydziału, również w okresie czasu wymienionym w tym artykule, nie pracowała na więcej niż dwa etaty, a ponad 50% tylko na jednym etacie. Tymczasem koleś wrzuca do jednego wora całe pokolenie, które rzekomo nachapało się strasznej kasy i będzie teraz pławić się w luksusach na zasłużonej emeryturze. Wiem, że takie przypadki bywały, znam takie osoby, ale wszystkie są spoza nauk przyrodniczych. Takie uogólnianie to klasyczny przykład demagogii, czyżby chodziło o załapanie się na jakiś intratny stołek polityczny?

      Usuń
  17. Szok, przeczytajcie ostatnie wpisy na blogu habilitanta, habilitant2012. Cała prawda o postępowaniach habilitacyjnych i jak można zniszczyć dobrego naukowca. Jeszcze łudzicie się, że wszystko jest uczciwe i według zasad ?

    OdpowiedzUsuń
  18. "List ten kończy się frazą “Niniejsze pismo proszę traktować jako poufne, ponieważ nikt z nas nie chce procesować się z R.Rudkiem.”

    Miał on poważne problemy z głową - w młodości spadł głową na rury metalowe z dość wysoka i miał poważne zaburzenia mentalne z dłuższym pobytem w szpitalu - sam to mówił.

    Myśle, że powinieneś też wiedzieć, że R.Rudek jest bardzo inteligentnym, niezwykle przebiegłym, cwanym i sprytnym gejem.

    R.Rudek jest zakałą polskiej nauki. Dla takich ludzi nie powinno być miejsca ani [w] informatyce ani w naukach technicznych.
    Będę upowszechniał wiedzę o tym wśród kolegów, żeby się ten osobnik gdzieś nie przeźlizgnął przez nieporozumienie."

    OdpowiedzUsuń