piątek, 15 maja 2015

Protesty na UW

Ciekawe rzeczy dzieją się ostatnio na Uniwersytecie Warszawskim. O temacie wiem niewiele, więc siłą rzeczy przedstawiam go dość skrótowo - sygnalizuję, licząc na rozwinięcie w komentarzach. Otóż całkiem spora grupa studentów i pracowników protestuje przeciw zmianom w regulaminie studiów UW. Jak usłyszałem dziś w audycji radiowej w RDC w tej audycji:

zmiany budzące największy sprzeciw to:
1. Powiązanie seminarium dyplomowego ze złożeniem pracy dyplomowej oraz opłaca za opóźnienie w złożeniu pracy magisterskiej/licencjackiej - trzeba dopłacić od 20 do 140 zł za miesiąc spóźnienia
2. Dwója dziekańska (plus jakaś dopłata) za niepodejście do dwóch terminów egzaminu.

Rektor UW opisuje to w nastepujący sposób:
„Dwója dziekańska” pojawia się w sytuacji, gdy student nie zapisał się na przedmiot obowiązkowy albo zapisał się na przedmiot, nie zrezygnował z niego i nie zaliczył go bez usprawiedliwienia (np. nie przystąpił do żadnego terminu egzaminacyjnego i nie przedstawił usprawiedliwienia)

tutaj cały list Rektora:

Dnia 11 maja odbyło się posiedzenie Parlamentu Studentów UW, będącego organem samorządu studentów UW, na którym PS przegłosował większością głosów przyjęcie "uchwały nr 25 w sprawie wyrażenia zgody na treść Regulaminu Studiów na Uniwersytecie Warszawskim". Zatem reprezentanci studentów przyjęli nowy Regulamin. Tymczasem nadal trwają protesty i pojawiają się żądania "Demokratyzacji Uniwersytetu"... Tutaj jest opisana cała akcja i obszernie, choć dla mnie często niezrozumiale, wyartykułowane postulaty, listy poparcia itp:

Mój komentarz:
część studentów, pewnie znaczna, to patentowane lenie z wysoką samooceną, nieskłonni do podjęcia jakiegokolwiek wysiłku. Dobranie im się do skóry, a konkretnie do portfela i ściągnięcie od nich przynajmniej części kosztów ich "bezpłatnego" wykształcenia, to nie tylko dobry pomysł, ale psi obowiązek władz uniwersytetu. Jest to pogląd niepopularny, ale popieram nakładanie opłat na tych wszystkich wiecznych studentów-pieniaczy, potrafiących godzinami rozprawiać przy piwie o swoich prawach, a niezdolnych do oddania pracy w terminie. Nie widzę żadnego moralnego prawa do ściągania podatku ze staruszki na Podlasiu, by studentowi europeistyki w Warszawie zorganizować bezpłatne zajęcia, na których ów student nie raczy nawet się pojawić! Uważam, że ten przepis pomoże zdyscyplinować studentów, tym bardziej, że nie są to duże kwoty. 
I uwaga szersza: musimy w końcu zrozumieć, że nie ma "darmowego obiadu", ta cała edukacja i nauka to oczywiście miara naszego rozwoju i atrybut cywilizacji, ale również ogromne obciążenia po stronie podatników. Więc niezbędna jest optymalizacja bilansu zysków i strat.  

michał żmihorski

8 komentarzy:

  1. Dlaczego od razu student europeistyki, student biologii też może nie raczyć ;). Ale poza tym ma Pan 100% racji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Michale, popieram twój komentarz w 100%. Mam większy niż ty kontakt ze studentami i twoja diagnoza i wnioski są słuszne. Cały ten system edukacji stał się już jedną wielką patologią. Przepychamy durniów na siłę bo się boimy utraty pracy z powodu braku pensum, a potem ci najgłupsi z najgłupszych żądają jeszcze więcej darmowych przywilejów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niepodchodzenie do zaliczeń i końcowych egzaminów to teraz reguła. Co roku po egzaminie końcowym przychodzi grupa osób z zaświadczeniami, że nie mogła przyjść bo w tym samym czasie miały egzaminy w Wyższej Szkole Kosmetyki, Masażu, Fizjoterapii itd. Uniwersytet jest na końcu w tej kolejce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Otóż to. Zdobyć mgr dzisiaj, to tak jak 20 lat temu - maturę, albo i mniej! W statystykach Polska jest w czołówce "najlepiej wykształconych". Ale często to nie są ludzie wykształceni, tylko ludzie, którzy zdobyli dyplom na ściąganiu i kombinowaniu! W konkursie na sprzedawcę butów w galerii wymagają już kilku fakultetów i języków... to stoi na głowie. Nie będę porównywać Polski do np. Wielkiej Brytanii, bo będzie argument, że tam mają pieniądze itd. Ale w takim np. Meksyku na studiach jest jakiś niewielki procent młodych. Ale wiedza i umiejętności człowieka robiącego tam licencjat, mogłaby zawstydzić niejednego naszego doktoranta... Ale tam jest selekcja. Ludzie mają silną motywację by studiować. Pracują. Nie robią nikomu łaski ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. "opłaca za opóźnienie w złożeniu pracy magisterskiej/licencjackiej"

    Powyższe wydaje mi się głupim pomysłem szczególnie w przypadku prac eksperymentalnych. Z jednej strony opóźniania nie są tylko kwestią lenistwa studentów ale np problemów z przeprowadzeniem eksperymentów. Z drugiej mocniejszy bat wymuszający terminowość spowoduje, że więcej będzie słabych prac i niedokończonych W sytuacji gdy student i promotor są zgodni, że potrzeba dodatkowego miesiąca albo dwóch w lab aby przebadać jakiś aspekt wtedy praca byłaby pełną, logiczną całością uczelnia mówi dajcie sobie spokój termin jest ważniejszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tego argumentu można używać wszędzie - nie mam publikacji, ale nie poganiajcie mnie, bo to spowoduje, że napiszę słabą pracę...
      Potrzebujesz dwóch dodatkowych miesięcy? Dobrze, ale dlaczego ktoś ma za to płacić, że z promotorem nie potrafiliście tak zaplanować badań, żeby zmieścić się w terminie?

      Usuń
    2. Ależ zawsze było możliwe lekkie przedłużenie (do końca grudnia roku zakończenia studiów) i teraz taka możliwość dalej jest, co zwykle wystarcza na nieplanowane poślizgi (nie jest to płatne). Ponadto, żaden z opiekunów (przy zdrowych zmysłach) nie planuje prac, które ciągną się w nieskończoność - to także nie jest w jego interesie (kwestai rozliczania pensum etc.). Z mojego doświadczenia, z przykrością to stwierdzę, z zasady niezłożenie pracy jest spowodowane opieszałością studentów, którzy ostatnio mają coraz więcej dodatkowych obowiązków - podejmują pracę, wyjeżdżają na staże etc. To wszystko nie pomaga w terminowym ukończeniu pracy....
      M.Zych

      Usuń
  6. "tego argumentu można używać wszędzie - nie mam publikacji, ale nie poganiajcie mnie, bo to spowoduje, że napiszę słabą pracę... "

    Oczywiście, można zejść z tym do absurdu. Byłem kiedyś członkiem zespołu w którym codziennie rano była publiczna spowiedź przed szefem: co zrobiłem wczoraj w lab i co chce robić dzisiaj. Sens tego był nikły, lepiej rozmawiać i oceniać w większych odstępach czasu gdy wyników jest tyle, że można o nich dyskutować. Tak samo jak z oceną dorobku. Można wprowadzić zasadę, że co n miesięcy ma być wysłany/opublikowany paper. Lepiej jednak oceniać co m*n miesięcy, w odstępach które pozwalają zgromadzić jakiś dorobek. Wtedy dużo lepiej widać kto publikuje mało a dobrze, kto dużo i słabo a kto w ogóle słabo i mało.

    "Potrzebujesz dwóch dodatkowych miesięcy?"

    Magisterkę obroniłem w terminie właśnie z tego powodu, że był termin. Promotor mówił, że dobrze byłoby zrobić jeszcze to i tamto ale przekonałem go tym, że jest za mało czasu na to (a zebranych wyników już trochę jest i tworzą w miarę rozsądną całość). Doktorat przeciągnął mi się o prawie rok bo tyle potrzebowałem aby zrobić z niego rozsądną i logiczną całość, nie było bata w postaci ostrego terminu (przedłużenie studiów doktoranckich o 5. rok jest właściwie formalnością). Na podstawie swoich doświadczeń, ale również wielu znajomych, uważam, że lepiej dla poziomu polskiej edukacji jest gdy prace są bronione wtedy kiedy są gotowe a nie wtedy kiedy termin zmusza.

    "potrafiliście tak zaplanować badań, żeby zmieścić się w terminie?"

    Nauka (przynajmniej ta którą się zajmuję) ma to do siebie, że gdy zaczynam jakiś temat nie wiem co z tego wyjdzie. Na początku mam jakiś pomysł i obrany kierunek ale w miarę uzyskiwania wyników wizja często zmienia się dość mocno. Czasami bywa tak, że jakiś pomysł wydaje się ciekawy to jednak rzeczywistość jest inna.

    "Ależ zawsze było możliwe lekkie przedłużenie (do końca grudnia roku zakończenia studiów) i teraz taka możliwość dalej jest, co zwykle wystarcza na nieplanowane poślizgi (nie jest to płatne)"

    Jeśli tak jest to dla mnie nie ma sprawy. W przypadku magisterki, którą robi się dwa semestry rozsądne przedłużenie terminu to 2-3 miesiące czyli zamiast w czerwcu/lipcu obrona we wrześniu. Wśród moich znajomych tak to wyglądało, ludzie którzy faktycznie chcieli się obronić ale badania się przeciągały potrzebowali dodatkowych ~ 2 miesięcy, gdy ktoś nie miał czasu na magisterkę to obrona potrafiła się przeciągać nawet kilka lat. W tym ostatnim przypadku wprowadzenie opłat ma sens (m. in. zmobilizuje studenta aby jednak znalazł czas na dokończenie pracy).

    OdpowiedzUsuń