wtorek, 28 lipca 2015

Światowy ranking uniwersytetów

Polskie najlepsze jednostki są w piątej setce. Najlepsza polska jednostka spadła z 419 miejsca w roku 2014 na 451 obecnie. W zeszłym roku najlepszy był Uniwersytet Warszawski (poszedł w dół o 43 miejsca), w tym roku Jagielloński (poszedł do góry o 28). Średnio każda polska uczelnia spadła o 16 miejsc w dół.

Tutaj ranking:

Pierwsza trójka to oczywiście trzy prywatne uniwersytety z USA:

W Europie Polskę wyprzedzają: UK, Szwajcaria, Francja, Rosja, Szwecja, Dania, Niemcy, Belgia, Holandia, Austria, Norwegia, Finlandia, Włochy, Hiszpania, Irlandia, Portugalia, Czechy, Grecja, ale jesteśmy lepsi niż np. Estonia, Litwa, Bułgaria i Rumunia.

Co to znaczy, że Harvard jest najlepszy? Na przykład to, że w roku 2015 ma już 65 publikacji w Nature, przy 2400 pracownikach naukowych, a cała Polska ma 10, przy sumarycznej liczbie pracowników naukowych dziesiątki razy większej (sam UJ ma 3800, a UW 3200 naukowych).

michał żmihorski

52 komentarze:

  1. A czy brali pod uwagę liczbę profesorów belwederskich czy tylko noblistów?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli do lipca afiliację Harvard ma 65 artykułów w Nature to zapewne do końca roku będzie ze 130. Jeśli założymy, że podobnie jest z Science to razem będzie z 300 artykułów w topie topów, a pracowników naukowych mają 2400. Wniosek - zdecydowana większość pracowników naukowych nie ma artykułów ani w Science ani w Nature. Zgroza. W imię neo-liberalnej optymalizacji nauki proponuję i doradzam Harvard by zwolnił tych pasożytów...albo się rozwiązali :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakładając to co powiedziałeś powyżej, wynika, ze ok. 10 % pracowników ma rocznie pracę w "topie topów". Zatem, przyjmując uproszczenia, w ciągu 5 lat pracy na tamtym uniwerku, ma się 50% szans opublikowania pracy w Nature lub Science. W ciągu 10 lat pracy, jest to nieomal pewne....
      Ale zaraz zaraz, kto u nas w ogóle patrzy na te rankingi, skoro na rodzimym podwórku najważniejsza jest monografia za 50 pkt.

      Usuń
  3. Wniosek z rankingu w kraju nad Wisłą jest prosty: znalezienie osoby, która ma wtyki w komisji układającej listę rankingową, nie jest zadaniem łatwym.

    OdpowiedzUsuń
  4. A na którym polskim uniwersytecie roczne czesne na studiach wynosi 30 tyś, $? Policzmy, na str. UJ jest podane, że studiuje tam na studiach łącznie ok 48 000 studentów. Pomnóżmy to x 30000 i otrzymamy 1440000000 x 4 = 5760000000 (słownie 5 miliardów 760 milionów złotych (na Harvardzie dochodzą też ogromne pieniądze z donacji i odpisów podatkowych np. organizacja absolwentów ma w swoim statucie przekazywanie części zarobków do uczelni). A mając takie pieniądze można zatrudniać najlepszych. I tyle są warte takie porównania. Ponadto, w tym rankingu wartość naukowa uniwersytetu nie jest głównym czynnikiem ważącym. Bardzo istotne są kwestie jakości studiowania, losy absolwentów po studiach, przywiązanie absolwentów do alma mater itd.

    Nie usprawiedliwiam nędzy polskich uniwersytetów, ale porównywanie się do prywatnych uczelni z topu mających kapitał większy niż niejedno polskie ministerstwo to absurd. Chętnie bym widział zestawienie naszych uniwersytetów na tle krajów o podobnym potencjale.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zawiodłem się - w tym roku, podobnie jak w latach poprzednich, już po kilku godzinach od ukazania się rankingu, Polscy uczeni wykazali wyższość polskiego szkolnictwa wyższego nad Harvardem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawda jest taka, Harvard ma dużo więcej pieniędzy niż Polskie uniwersytety i dlatego może robić topowe badania, ale nawet gdybyśmy mieli/Polskie uniwersytety te pieniądze to nie osiągnęły by nigdy poziomu Harvardu, bo by zmarnowali je na głupoty i na pewno nie zatrudnianie najlepszych naukowców. PO

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie - dajcie polskim uniwersytetom budżet Harvardu, a poznacie nową definicję niegospodarności...

      Usuń
    2. Oj, Panowie PO i MŻ, strasznie marudni się staliście. Może zastartujecie w konkursy na Harvardzie. Nie jest to niemożliwe, grupka Polaków tam pracowała.

      Ale żarty na bok, naprawdę nie widzicie absurdalności takich porównań? My mamy w konstytucji zapisane bezpłatne studia. I tworzy się taki łańcuch przyczynowo-skutkowy. Przy takiej bazie wszelkie inne zabiegi tracą sens. Praca na uczelni jest atrakcyjna tylko dla fanatyków (sądząc po waszych karierach raczej w tej grupie się znajdujecie, ja zresztą też) albo dla przeciętniaków, którzy zniosą pracę za takie małe pieniądze w zamian za ersatz w postaci rytuału, sztucznego splendoru, tytułomanii itd. Dla tej drugiej grupy pompowanie balona jest ważniejsze niż realna praca w nauce, dbanie o prestiż uczelni czy jakieś tam międzynarodowe rankingi. Nie wierzę w żadne polityczne możliwości naprawy nauki w Polsce przy tak niskim finansowaniu, nie zrobi tego żadna opcja, żadne Kukizy, PiSy, lewice (PO już pokazała jak można wszystko spierniczyć). Dlatego bez sensu jest analizowanie tych rankingów.

      Usuń
    3. No dobrze, mamy w konstytucji zapisane, i właśnie dlatego tak wyglądamy (nawiasem mówiąc nie są bezpłatne - tyle że płacimy za nie kupując wódkę, a nie bezpośrednio)... Czy porównanie ma tylko wtedy sens, gdy wykazuje brak różnic? Już na serio gubię się w tych waszych zarzutach - dla mnie normalne jest porównanie dwóch uniwersytetów funkcjonujących w dwóch skrajnie różnych systemach - przecież po to jest robiony cały ten ranking, ogromnym nakładem sił i środków, czyż nie?
      A co do Harvardu - poczekam aż sami mnie zaproszą ;-)

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że popadamy w skrajności. Na tym etapie to nawet nie chodzi o to, że odstajemy od Harvardu, MIT itp. Ten ranking dosyć dobrze pokazuje jak GENERALNIE wygląda polska nauka na wyższych uczelniach w Polsce. Nie mamy żadnego uniwersytetu nawet w pierwszej setce i to jest bolesne. Kłótnie, czy w danym kraju uniwersytety powinny być płatne czy nie, też jest bezcelowe. Nauka zawsze jest płatna w taki czy inny sposób. Problemem jest oczywiście to, w jakiej sytuacji prawno-politycznej funkcjonuje uniwersytet. Dlatego w pewnym sensie, ten ranking odzwierciedla stan danego państwa. Powiedzmy sobie szczerze, na tych najlepszych uniwersytetach nikt nie zatrudnia z namaszczenia (co jest u nas normą, nawet na takim "wielkim" UJ), nieróbstwo ... taki termin tam nie istnieje, a rzeczą zasadniczą jest prowadzenie badań na najwyższym poziomie (a u nas zwolnienie pana Tadzia, który w ramach pracy naukowej ogląda od kilku lat pornole i wałęsa się po pokoju socjalnym jest nierealne). Nieefektywne osoby są po prostu zwalniane. W Polsce może udałoby się wprowadzić jakąś uczelnie do pierwszej setki, gdyby zebrać w jednym miejscu najlepszych naukowców z różnych dziedzin. Chociaż, powiedzmy sobie szczerze - ponieważ jesteśmy wytworem słabych uczelni oraz żyjemy w Polsce, być może nie ma nawet w naszym kraju potencjału na poprawę sytuacji.

      Usuń
    5. "Kłótnie, czy w danym kraju uniwersytety powinny być płatne czy nie, też jest bezcelowe. Nauka zawsze jest płatna w taki czy inny sposób"

      Ta, tylko w czołówce rankingu są same jednostki z bardzo wysokimi opłatami za studia. Poza tym cały czas skupiacie się na naukowej mocy tych z czołówki, a z metodologii CWUR wyraźnie wynika, że część edukacyjna silniej wpływa na pozycję w rankingu niż naukowa (25%, a publikacje tylko 5%). Można więc być słabszym naukowo, ale zyskiwać na lepszej części edukacyjnej. A z analiz polskich uniwersytetów wynika, że my bardziej przegrywamy w tej części edukacyjnej niż naukowej. Mieliśmy kiedyś na wydziale spotkanie z kimś z ministerstwa i ta osoba przedstawiała raport do tego rankingu. Wyraźnie wskazywał on, że w tej części edukacyjnej jesteśmy głębsze dno niż naukowej. Koledzy z PAN-u tego nie dostrzegają, ale właśnie w nakładach finansowych na dydaktykę mamy na uniwersytetach jeszcze gorsze warunki niż w części naukowej. Te najlepsze uniwersytety światowe budują jakość nauczania właśnie przez dochody z czesnego, a my np. mamy na cały rok na obsługę dydaktyki na wydziale kilkanaście tysięcy złotych na całość, czyli mniej niż czesne jednego studenta wiodących jednostek w USA czy Wielkiej Brytanii.

      Usuń
    6. Skoro przedmioty podlegają u nas dziedziczeniu to czego się spodziewacie. Gdy przyszedłem na wydział to zaproponowałem dwa przedmioty, przesiedziałem nad tym kilka tygodni i miała niby być komisja, która to ocenia. Okazało się, że przede wszystkim trzeba rozdać pensum, stąd nie wolno zakładom odbierać ich godzin. No i koło się zamyka - ludzie bez dorobku w danej dziedzinie prowadzą zajęcia lub prowadzone są zajęcia bezsensowne bo dany zakład akurat takie prowadzi a coś prowadzić musi. Ja oczywiście się nie przebiłem, ale skoro mnie też pensum się należy to dostałem po kilkadziesiąt godzin z kilku przedmiotów, o których nic nie wiem. Dostałem to dużo powiedziane, podano mi tytuł zajęć i liczbę godzin - dosłownie :-) Gdy postanowiłem się przygotować i rozpisałem sobie jeden przedmiot, okazało się, że jedna pani postanowiła mówić o tym samym, choć koordynatorowi przedmiotu (profesorowi) nigdy nie przyszło na myśl by zwołać prowadzących i obgadać co i jak; ja nawet nie wiedziałem kto poza mną prowadzi te zajęcia ;-) I to jest czołowy uniwersytet w Polsce, nie chcę nawet wiedzieć jak jest gdzie indziej.

      Usuń
    7. Rany, na serio ciężko się to czyta... Przecież to jest jakiś dom wariatów, jeśli tak wygląda czołowy uniwersytet to dziwię się, że nadal jesteśmy w piątej setce

      Usuń
    8. Anonimy - zrzucanie wszystkiego na czesne nie tłumaczy całego rankingu. Jeżeli czesne jest decydujące to czemu takie uczelnie jak Berkeley, Oxford, Cambridge, UCLA, UCSD, UCSF, UMichigan, UWisconsin mogą konkurować z Harvardem, Stanfordem, MIT mimo, że pobierają 3x mniejsze czesne?

      Moim zdaniem nauka w PL jest na o wiele gorszym poziomie niż edukacja. O ile rankingi uczelni biorą pod uwagę zarówno edukację i badania, to dobrym porównaniem poziomu naukowego jest np. liczba grantów ERC. Polska ma tyle co Cypr i 2x mniej od Węgier czy bankruta Grecji.

      Usuń
    9. "że pobierają 3x mniejsze czesne"

      Te 3x mniejsze czesne to wciąż minimum 35000 zł na łebka, czyli nadal 2x więcej niż cały budżet dydaktyczny mojego wydziału.

      A co do poziomu naukowego to z rankingu CWUR wynika, że UJ ma w kolumnie publikacje pozycję wyższą niż końcowa sumaryczna, a w kolumnie edukacja dno "+367".

      Usuń
    10. Czesne jest elementem drugorzędnym. Np. w Cambridge (mającym istotnie 2x mniejsze czesne niż Harvard) składowa dydaktyczna to tylko 10% budżetu. Decydują pieniądze na naukę (90%). W polskich uczelniach jest dokładnie na odwrót. Nawet w naszych uczelniach "prawie badawczych" budżet dydaktyczny wyraźnie przewyższa budżet naukowy (pomijając już to, że oba są stosunkowo małe). Nawet najlepsze naukowe wydziały UW czy UJ wiążą koniec z końcem nie dlatego, że robią dobrą (jednak) naukę, ale dlatego, że są w stanie ściągnąć z całej Polski studentów (i dobrych i kiepskich, byle jak najwięcej, bo tylko wtedy wydział może się jakoś rozwijać). Ale to prowadzi w prostej linii do podkopywania badawczej misji tych uczelni.

      Usuń
    11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    12. Zgodzę się, że każde pieniądze można zmarnować ale ... gdyby było ich więcej to np. 1. grupy studenckie na zajęciach mogły by być mniejsze co podniosło by jakość dydaktyki oraz zmniejszyło obciążenia dydaktyczne nauczycieli akademickich, 2. uczelnie stać byłoby na zatrudnianie wykwalifikowanych osób, które pomagały by w przygotowywaniu projektów, a tak wszystko trzeba robić samemu, 3. większe środki na badania to jednak większa szansa na współpracę międzynarodową, analizy, zakup odczynników itd, zatrudnianie osób do pracy w laboratoriach itd.

      Usuń
    13. Jesteś idealistą. Te większe środki zgromadzone zostały by w rękach tych samych nieudolnych osób. Wystarczy przypomniec sobie sprawę prof. Wójcika z Instytutu PAN, gdzie z przygotowanie sylabusa wypisywano sobie zlecenia na 50 tys.. Jakby bylo więcej pieniędzy wypisywali by na 100 tys. Taka jest prawda. Krajem rządzą nieudolni ludzie, i tacy sami ludzie rządzą uczelniami. Im nie zależy żeby ludziom było dobrze, grunt żeby samemu się nachapać bo z 4/8 lat nie będzie już okazji.

      Usuń
    14. "A co do poziomu naukowego to z rankingu CWUR wynika, że UJ ma w kolumnie publikacje pozycję wyższą niż końcowa sumaryczna, a w kolumnie edukacja dno "+367"."
      No i to pokazuje, jaką porażką jest system szkolnictwa wyższego w Polsce. Większość finansowania jednostek idzie na dydaktykę, a w rankingach. które uwzględniają jakość kształcenia polskie uniwerki lądują na dnie. Pokazuje to również, że te pieniądze z dotacji są w rzeczywistości marnotrawione.

      Usuń
    15. Dokładnie tak jest. Te wydziały, dzięki którym UJ ma tyle publikacji finansowo ledwie wiążą koniec z końcem (i to tylko dzięki magii nazwy UJ, która przyciąga na te wydziały całkiem sporo studentów). Wydziały bogate liczbą studentów niewiele publikują (tego co jest zauważane na świecie), a i o tych studentów specjalnie nie dbają, bo mają ich i tak w bród. Dziwny system. Płaci się niby za dydaktykę, ale tak naprawdę za liczbę studentów. Maksymalizacja liczby studentów nie może ich w parze z jakością, to trendy sprzężone ujemnie. De facto polski budżet płaci najwięcej za kształcenie wyższe słabszej części populacji, czyli tych, którzy dawniej nawet by nie pomyśleli o studiach wyższych, a i obecnie bardziej myślą o papierku, który im poprawi sytuację na rynku pracy, niż o nabyciu jakichś kompetencji.
      .

      Usuń
    16. kilka lat temu rozmawiałem z prof. z Oxfordu, mówił on, że studenci przynoszą straty uczelni, mimo wysokiego czesnego ich nauczanie na wysokim poziomie jest bardziej kosztowne. Uczelnia ogranicza ich liczbę, a jej utrzymanie jest zapewnione głównie z grantów, darczyńców i wydawnictwa (ponad 100 mln funtów zysku rocznie). Podobnie inne prestiżowe uczelnie mają małą liczbę studentów np. MIT - 10 tys, Harvard 20 tys z czego 2/3 to doktoranci i studenci II stopnia. Dla porównania UW i UJ po 50 tys.Tak więc argument, że te uczelnie opierają swoją pozycje na czesnym jest nietrafiony. I zgadzam się, że w PL każda kasa została by przygarnięta lub roztrwoniona przez "zasłużonych" profesorów.

      Usuń
    17. Przede wszystkim żaden komentator wyżej nie napisał, że czesne jest podstawą budżetu topowych uczelni, więc nie manipulujmy informacjami. Odwrócę problem, co by było gdyby tamte uczelnie były bezpłatne. Jeżeli Oxford narzeka na brak kasy na dydaktykę pomimo wysokiego czesnego, to co by było gdyby w ogóle tych pieniędzy nie było. Taka wasza pokrętna logika. Ja nie twierdzę, że czesne rozwiązało by wszystkie nasze problemy ale, że dochód z czesnego byłby istotnym elementem finansowania, tak jak na tamtych uczelniach. A w ogóle, po co dyskutować na jakikolwiek temat skoro i tak wy wszyscy wiecie, że "zasłużeni" profesorowie wszystko zagarną i rozpieprzą. Po co wy wszyscy frustraci jeszcze pracujecie na uczelniach chyba, że po cichu marzycie żeby w tej grupie uprzywilejowanych zgredów się znaleźć, tylko na razie trudno wam pokonać przeszkody. Ale samym biadoleniem na blogu na pewno ich nie przeskoczycie.

      Usuń
    18. co do manipulacji informacjami: raport finansowy Harvardu http://finance.harvard.edu/files/fad/files/2013fullreport.pdf za rok 2013, mówi że wpływy z czesnego to 19%, przy czym 3% wydatków to stypendia dla studentów. Na Oxfordzie wpływy z czesnego to 20%, http://www.ox.ac.uk/about/organisation/finance-and-funding. Ponadto należy zwrócić uwage, że czesne doktorantów najcześciej płacą ich kierownicy grup z grantów. Jeżeli czesne jest kluczowe, to czemu polskie uczelnie nie są na poziomie niemieckich, holenderskich czy francuskich gdzie nie ma opłat lub są one symboliczne?

      Usuń
    19. Jeżeli uważasz, że 20% w budżecie to mało to gratuluję zwłaszcza, że tam te 20% to grube miliony. Nie ma znaczenia kto płaci za czesne, mój syn na Uniwersytecie Kalifornijskim też miał płacone czesne z grantu promotora (tak a propos nasze uczelnie też pobierają haracz z grantów w postaci narzutu kosztów, dotyczy to też dotacji statutowej, z której u nas rektor zabiera 40%). Ale dla uczelni to nie ma znaczenia kto płaci, ważne aby dostali kasę za każdą osobę. Pamiętaj, że tamte uniwersytety nie mają w ogóle dotacji budżetowej, więc za wszystko płacą z własnego budżetu.

      A dlaczego w Holandii czy w Niemczech nie ma takich opłat - to zajrzyj jaka dotacja budżetowa idzie na naukę i szkolnictwo w tamtych krajach. A we Francji jest już inaczej. Uczelnie publiczne, też bezpłatne, są w rankingu daleko za prywatnymi płatnymi, mają też znacznie niższy prestiż. Sorbona to dzisiaj głównie uczelnia dla imigrantów, o bardzo niskim prestiżu.

      A tak co do poziomu naszych uczelni to już kiedyś pisałem na tym blogu, że w kwestii jakości wykształcenia to jeszcze tak źle ostatnio nie było. W Kalifornii na I roku studiów doktoranckich jest bardzo dużo zajęć tzw. wyrównawczych, ponieważ poziom studiów podstawowych uważają oni za bardzo niski. Kiedy mój syn pokazał im swój indeks z naszego uniwersytetu, został całkowicie zwolniony z tych zajęć gdyż uznano, że zakres przedmiotów jakie miał na naszych studiach wypełnił całkowicie ich programy. Więc w tym totalnym dnie jeszcze coś mamy do zaoferowania (a może mieliśmy, bo nie wiem czy w te ostatnie 5 lat i to nie padło).

      Usuń
    20. Nie twierdzę, że to mało - przytoczyłem te dane, żeby pokazać, że czesne jest istotnym składnikiem budżetów i ale nie jest ich podstawą jak twierdzi arogancki Anonim z 4:01. Nie zgadzam się z tłumaczeniem kiepskiej pozycji polskiej nauki jest brak czesnego na studiach dziennych. Jest wiele bardziej istotnych problemów hamujących rozwój nauki.

      Usuń
  7. Ja pewnie byłbym już na Harvardzie ale za nic nie ma katedry/wydziału, który robi rzeczy, które mnie by interesowały, więc podobnie jak Michał, czekam aż dojrzeją i mnie zaproszą żeby coś takiego zoorganizować ;-) PO

    OdpowiedzUsuń
  8. Polski system szkolnictwa wyższego jest nakierowany tylko na maksymalizację liczby studentów. Za to w rankingach nie punktów nie dają (i słusznie). Zresztą rankingi są bardzo ekstensywne. Tworząc z najlepszych wydziałów warszawskich czy krakowskich (plus to co najlepszego z PAN) dużą uczelnię badawczą uzyskało by się od razu bardzo mocny skok w rankingu, jeśliby komuś na tym akurat zależało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według skróconego opisu wskaźniki "jakości kształcenia" są skorygowane o rozmiar uczelni:

      1) Quality of Education, measured by the number of a university's alumni who have won major international awards, prizes, and medals relative to the university's size [25%]
      2) Alumni Employment, measured by the number of a university's alumni who have held CEO positions at the world's top companies relative to the university's size [25%]

      Dla mnie problem jest inny, wskaźniki 'jakości kształcenia" mają niewiele wspólnego z jakością kształcenia. Oba wskaźniki ocenia zdolność uczelni do przyciągania i szlifowania diamentów. Co więcej ocena jest mocno rozciągnięta w czasie. Na ile noble Einsteina czy majątek Kulczyka są odbiciem bieżącej jakości kształcenia uczelni na których oni studiowali? Moim zdaniem korelacja jest mała więc nie ma co się tym emocjonować, pierwsze trzy składowe bym sobie darował natomiast pozostałe mówią coś o polskiej nauce.

      Usuń
  9. Dziwi mnie tu utyskiwanie ekologicznej młodzieży. "Młodzi , zbuntowani, dobrze publikujący z różnych miast" winni wiedzieć że my mamy największa liczbę habilitacji oraz profesorów belwederskich z hektara. I to świadczy o potędze naszej nauki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano mamy największe zagęszczenie habilitowanych i prof. na hektar, nie da się ukryć.. Zwłaszcza takich, u których "nadrzędną wartością dorobku habilitacyjnego jest jakość poszczególnych publikacji", co ustalono "na podstawie wielostronnej, formalnej i merytorycznej dyskusji"...
      Źródło:
      http://www.staff.amu.edu.pl/~nocbiol/habilitacje/pliki/uzasadnienie/46.pdf

      Usuń
    2. tak się składa, że brałem udział w tej dyskusji i była ona wielostronna, formalna i merytoryczna

      Usuń
    3. Ale o czym jest tu dyskusja ? O tej habilitacji z linku wcześniej. Przecież właściwie, że odwalili tą habilitację. Moja doktorantka ma więcej publikacji i większe osiągnięcia takie jak H/cytowania niż ten niedoszły habilitowany. Habilitację powinno się dostawać za minimum 50 publikacji z ISI (i H>10). Poniżej tej wartości robi się parodia habilitacji. Należy jednak podkreślić, że niedoszły habilitant miał dorobek porównywalny lub dużo większy od innych geniuszy (wystarczy sobie porównać http://www.up.lublin.pl/agrobio-habilit/)

      Usuń
    4. To nie jest "niedoszły habilitowany" - komisja opiniowała negatywnie, ale rada wydziału wybroniła w trakcie "wielostronnej, formalnej i merytorycznej dyskusji" i habilitacja przeszła...

      Usuń
    5. Tutaj pełna racja. Robi się powoli parodia tego tytułu. Dostają go osoby z dorobkiem ledwie 10 -15 publikacji. Jeszcze gdyby były to publikacje z czołowych czasopism, to byłoby to zrozumiałe. A to są często publikacje ledwie przeciętne lub słabe. Wystarczy spojrzeć na stronę CK i ludzi robiących tytuł z prac publikowanych w jakiś tam Ornis Fennica, Pol J Ecol itp. szarej literaturze. Być może rozsądnym byłoby wprowadzenie limitu, że osiągnięciem habilitacyjnym powinny być prace publikowane w czasopismach z górnej ćwiartki/połówki listy ministerstwa lub listy Thompson ISI. Mdli mnie, jak czytam recenzje umieszczone na stronie CK, od tych zachwytów nad "doniosłym", "dojrzałym", "znaczącym" dorobkiem niektórych osób publikujących w szarej literaturze. Moim zdaniem, póki co, system mnoży w tempie wykładniczym bylejakość
      (choć pewnie jest lepiej, niż przepychanie "wybitnych" monografii w języku polskim).

      Usuń
    6. A czy "robi się parodia" nie powinno być przypadkiem zmienione na "stała się parodia"...?
      W pełni się zgadzam w kwestii robienia habilitacji na podstawie prac z samego dołu listy. Ale co z działaniem komisji i rad wydziału?
      W powyższym przykładzie komisja negatywnie opiniowała wniosek, ale rada wybroniła i habilitacja przeszła.
      Tu: http://www.staff.amu.edu.pl/~nocbiol/habilitacje/pliki/uzasadnienie/32.pdf
      dwóch recenzentów jednoznacznie negatywnie ocenia wniosek, trzeci recenzent z macierzystej jednostki dał pozytyw - komisja na tak, głosowanie na RW na tak i hab jest...
      To po co recenzje, po co opinia komisji? Jeśli recenzja zła, to na komisji zrobi się 'merytoryczną i formalną' dyskusję, i będzie ok; jeśli już nawet na komisji nie przejdzie, to zawsze można zrobić 'merytoryczną i formalną' dyskusję na RW - i też przejdzie..

      I tak jest w zasadzie wszędzie - wcześniej Anonimowy z 30 lipca 2015 05:57 dał przykład UAM, (to też jest akurat UAM bo z ciekawości przejrzałem inne postępowania i to było pod ręką), ale na UJ i UW takie same kwiatki są...

      Usuń
    7. Rozumem, że macie dane sprzed reformy i wiecie jaki dorobek mieli habilitanci przed 2012. Rozumiem, że wtedy to habilitacje robili sami geniusze. Co do komisji habilitacyjnych to poczytać sobie o przypadku dra Rudka aby nabrać odrobiny dystansu do recenzji i recenzentów. Przed wprowadzeniem reformy narzekano, że zrobi z rad wydziału maszynki do głosowania. Okazało się, że nie do końca tak jest i może dobrze. Jest ck, są recenzenci i komisja i jest rada wydziału. Skoro są to chyba lepiej by działały a nie tworzyły jakieś fasady. Na wspomnianej RW dyskusja była daleka od prób przepychania; to była wymiana zdań za i przeciw; każdy mógł się wypowiedzieć i zdania były naprawdę podzielone. Ale skąd tutejsi krzykacze mają wiedzieć, łatwiej oceniać nie mając zielonego pojęcia o faktach.

      Usuń
    8. Parodią jest też skład CK - bo jak inaczej nazwac sytuację w której habilitacje recenzują z osoby z 2 cytowaniami i H=1 (WoS).

      Usuń
    9. Potwierdzam. Kto weźmie się w końcu za tą parodię centralnej komisji, przecież powinien istnieć jakiś limit, kto może być przyjęty. Byle dureń co pije wódkę ze wszystkimi, może zostać członkiem CK i decydować o losach innych. Chora sytutacja.

      Usuń
    10. ale te 2 cytowania to chyba jakaś humanistyka, nie?? Nie mówcie, że "science"...

      Usuń
    11. a budżet CK to 5,5 miliona złotych! Śmiech przez łzy...

      Usuń
    12. Panie Michale, proszę sprawdzić Pana prof. Andrzeja Mocka, w CKK chyba od kilku kadencji a na pewno od 3. Ten człowiek decyduje o tym, czy ktoś dostanie habilitację/profesurę czy nie.

      Usuń
    13. o kurde... W sumie 5 prac na Scopus (od 2003 roku), 15 cytacji (od 1 do 4 rocznie), h=2...
      No comments...

      Usuń
    14. No co - przecież to prawdziwy polski profesor :-)).
      Jeśli ktoś mówi, że tytuł doktora, czy doktora habilitowanego zdewaluował się w Polsce, to niech popatrzy sobie właśnie na to co prezentuje populacja profesorów. A przecież jest jeszcze całkiem spora grupa niewidzialnych profesorów. Mają tytuł, ale bazy literatury ich nie wynajdą, gdyż nic nie publikują, za to chętnie zasiedlają rady wydziałów, komisje, komitety itp. ciała.

      Usuń
    15. Bardzo podobny dorobek do prof. A.M. ma sam szef CK, też przecież nie humanista.

      Usuń
  10. Patrząc na całą historię polskiej nauki od 2010 roku, nie odnosicie wrażenia że wszystko zostało z góry ukartowane ? że większość patologii została wpisana w układ ?
    1. utrzymanie habilitacji
    2. drastyczne ograniczenie środków na naukę i badania podstawowe
    3. neoliberalna polityka wkręcania firm do projektów grantów, które de facto są i będę w przyszłości głównymi beneficjentami finansowymi
    4. utrzymanie funkcjonowania systemu totalnie subiektywnych, anonimowych recenzji wniosków NCN/NCBiR
    5. przekazanie pełni władzy decyzyjnej w rozporządzaniu dotacjami statutowymi dla kierowników
    6. stworzenie mechanizmów promujących głównie młodych przed 35 i najstarszych naukowców, z potencjalną możliwością kreowania oligarchii grantobiorców

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, taka teoria spiskowa niczym nie uzasadniona. O poprzednim systemie też mówiono, że to był ukartowany układ. Na pewno myślenie neoliberalne było mocno wpisane w ideę reformy, ale reszta to był już typowy dla Polski skok na kasę. Pewne grupy uzyskały większy wpływ na kształt reformy i robiły ją pod siebie. Część rzeczy była słuszna, innych nie dało się przewalić w wyniku oporu środowiska i trzeba było tworzyć zgniłe kompromisy. Byłem w mniejszości walczącej o zniesienie habilitacji i odniosłem wrażenie w czasie konsultacji i dyskusji, że reformatorom było na rękę, żeby jednak na razie jeszcze habilitacja pozostała. Bardziej walczyła o zniesienie strona rządowa, tworzący reformę niby uważali habilitację za przeżytek, ale na początku uznali, że utrzymanie jej będzie elementem polityki marchewki i kija co pozwoliło lepiej manipulować środowiskiem. Pewnie część rzeczy wymknęło się spod kontroli, Polacy mają duże umiejętności obchodzenia prawa, ale swój cel osiągnęli bo duży strumień pieniędzy poszedł do wybrańców, tak jak pierwotnie zakładano.

      Usuń
  11. Czyli potwierdziłeś, że spisek się udał. Kasę dostali ci, którzy mieli dostać.
    Przy okazji, czy rekordowa w skali świata częstość nowelizacji ustaw i rozporządzeń w szkolnictwie wyższym nie jest zastanawiająca ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz odnieść takie wrażenie, ale o spisku to można mówić jeżeli od początku był jakiś diabelski plan. Ja takiego wrażenia nie miałem. Ministerstwo rzuciło pewien schemat wyjściowy, w toku prac został on mocno zmodyfikowany i dopiero tutaj zauważam elementy tworzenia systemu pod siebie. Należę do tych, którzy uznali całą sprawę za porażkę bo nie zlikwidowano habilitacji, uważałem też, że przekazanie większości władzy decyzyjnej tylko jednostkom kategorii A+ (ignorując fakt, że w jednostkach o niższej kategorii mogą być osoby wybitne) powodowało na starcie nierówności między dziedzinami wysoko i nisko parametrycznymi. Krytykowałem też nadmierną parametryzację wszystkich kryteriów oceny przy prawie całkowitej rezygnację z ocen merytorycznych co pozwoliło działom wysoko parametrycznym już na starcie zmonopolizować kasę i gremia decyzyjne. Uważałem też, że system recenzencki w NCN-ie będzie generował straszne konflikty (i mamy tego przykład na tym blogu), że system odwoławczy jest w zasadzie niekonstytucyjny i daje małe szanse na osiągnięcie sukcesu tym rzeczywiście pokrzywdzonym.

      No i oczywiście uważałem też, że ministerstwo uciekło od głównej przyczyny stanu polskiej nauki tzn. braku jasnych kryteriów polityki kadrowej. Oni uważali, że sam system odsunie tych słabeuszy od finansowania i awansów, a tymczasem system wyraźnie dał fory tym szczególnie uprzywilejowanym, ale pozostawił jednostki z brakiem narzędzi do prowadzenia polityki kadrowej i zgodnie z neoliberalnym schematem mocni i bogaci stali się jeszcze zasobniejsi, a słabsi coraz bardziej z tyłu bez aktywnych narzędzi do robienia zmian. Są wydziały (m. inn. nasz) które bardzo by chciały aktywnej polityki kadrowej w celu poprawienia parametrów, ale w praktyce to droga przez mękę.

      Usuń
    2. Co to znaczy "przekazanie większości władzy decyzyjnej tylko jednostkom kategorii A+"?

      Jakiego typu decyzje są w gestii tych jednostek (w tym momencie trudno mi wymienić nawet jakieś pojedyncze prerogatywy czy kompetencje, a Anonimowy pisze "większość władzy decyzyjnej")?

      Usuń
    3. Masz rację, ten punkt nie znalazł się w końcowym tekście ustawy. Na początku jak były prace nad jej tekstem było zapisane, że członkiem władz NCN mogła być tylko osoba z jednostki najwyższej kategorii. Musiało mi to umknąć.

      Usuń