poniedziałek, 10 listopada 2014

prof. Karpiński: Polska nauka na emeryturze


Tekst niezbyt świeży, ale wcześniej był dostępny wyłącznie w części płatnej, a teraz można przeczytać go w całości:

Bardzo ciekawy głos w dyskusji o stanie nauki w Polsce. Prof Karpiński, jako osoba o naprawdę niezłych dokonaniach naukowych (Documents: 54, citations: 3063, h-index:27), pracująca przez szereg lat za granicą, ma mandat do dość bezkompromisowej oceny obecnego systemu. Ciekawsze fragmenty:

"Nadal na życzenie obecnego establishmentu akademickiego i naukowego ponad 70 proc. środków finansowych przyznawanych na poszczególne uczelnie czy na instytuty PAN jest opartych na zasadach odziedziczonych z PRL."
Komentarz: niestety 100% prawdy, nadal nie wpadliśmy na ten dziwny pomysł by środki przyznawać za wykonaną pracę, a to rozwiązuje większość problemów od razu, już w listopadzie tego roku!

"Niezbędna jest terapia szokowa. Aby rozwiązać ten węzeł gordyjski permanentnej niewydolności systemu, trzeba go po prostu przeciąć, trzeba większość państwowych uczelni i instytutów sprywatyzować i zostawić tylko około 30 proc. najlepszych"
Komentarz: dokładnie tak, żadna stopniowa reforma nic nie zmieni, za 50 lat będzie tak samo, a nam potrzebny jest granat, czyli zwolnienie dosłownie wszystkich (!) i budowanie wszystkiego od nowa poprzez zatrudnianie tylko tych pracowitych. Szczególnie w PAN, układy i polityka już tak przerosły ten system, że nie da się go wyprostować.

"Na członków PAN powinni być automatycznie powoływani naukowcy (a nie wybierani – jak dotychczas), którzy osiągną określony poziom naukowej konkurencyjności w świecie, np. w naukach o życiu uzyskają indeks Hirscha 30 i 3000 oryginalnych cytowań. Ilu jest obecnie takich członków PAN np. w wydziale II, którzy osiągnęli taki poziom? 
20 proc. czy mniej? Taki system zagwarantowałby prawdziwą naukową konkurencyjność i polityczną niezależność nowego członka PAN.
Komentarz: właśnie, potrzeba nam obietkywnych kryteriów, a nie uznaniowości, powtarzam to od dawna, ale obecnie rozdający karty w nauce zostaliby pozbawieni władzy, więc na to nigdy nie pójdą. Obecnie wszystko jest subiektywne (przyznawanie grantów, stypendiów, tytułów, stanowisk) i w tym systemie zawsze - z definicji - będzie dochodziło do nadużyć. Po prostu ustalmy twarde kryteria i płaćmy ludziom za ich pracę. Tylko tyle

michał żmihorski 

53 komentarze:

  1. Ale tak właśnie i wszyscy wokół wiedzą, pomimo propagandy centralnej !
    Setki milardów dla wąskiej grupy 'zasłużonych', inni wegetują. Ostatnio czytałam super-skrajne recenzje mojego wniosku z utajnionymi nazwiskami recenzentów, którzy nia maja odwagi się podpisać. Od maksymalnej oceny po minimalną, od super pochwał po stwierdzenie, że mój dorobek jest beznadzielny. Oto Polska właśnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Prof. Karpiński, reprezentant skrajnie neoliberalnego podejścia do nauki, obecnie w Kongresie Nowej Prawicy z Gowinem pod rękę. Na całym świecie neoliberalizm się kompromituje, a tu kol. Żmihorski reklamuje nam postać, która w dużej mierze odpowiada za obecny system (był sekretarzem stanu w ministerstwie i nadzorował NCN). Ciągle biadolący, że tak mało się udało sprywatyzować w nauce i rozdać kolesiom. Tylko kasa, kasa i kasa. To dzięki niemu i jego kolegom biotechnologia i biologia molekularna zawłaszcza większość pieniędzy w polskiej nauce i ciągle mu mało. Wysokie osiągnięcia w nauce nie zawsze oznaczają patent na mądrość jak powinna funkcjonować nauka w całym swoim spektrum. Poza tym, w tych wypowiedziach po prostu mija się z prawdą, obecnie na pewno już nie 70% pieniędzy w nauce jest rozdzielanych wg zasad rzekomo odziedziczonych po PRL-u (ale fakt, chciał całkowicie zlikwidować dotacje statutowe i pozbawić 80% badaczy jakichkolwiek funduszy na badania). Uznaniowość już dawno nie jest głównym kryterium ocen i awansów, o czym boleśnie się przekonuje wielu biadolących na tym blogu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecież recenzje "espertów" NCN są uzaniowe i uznaniowość to jedyne kryterium dostania grantu w Polsce !

    OdpowiedzUsuń
  4. Komentujmy to, co pisze prof Karpiński niezależnie od tego kogo lubi/nie lubi politycznie itp - damy radę?? Był w PO, PR, KNP, cholera wie co będzie dalej, ale to mnie nie interesuje - moim zdaniem właśnie idealnie ocenia obecny stan nauki z jego uznaniowością na każdym kroku, przerostem administracyjnym i zarządzaniem przez starą kadrę, która już nie ma powera by ciągnąć do przodu...
    I bardzo dobrze, że chciał pozbawić 80% badaczy funduszy, większość badaczy nie robi nic, lub prawie nic, a nie można ich wyrzucić, bo są chronieni przez prawo pracy... 100% pieniędzy powinno iść za wykonaną pracą, a nie za siedzenie na krześle. W CBE PAN rekordziści pracując na etacie nie mieli żadnej (!) publikacji przez 9 lat - sprawdź w Scopusie. To jest nasz główny problem moim zdaniem. Jak się ich wyśle na zieloną trawkę to i kasa na pozostałych będzie konkretna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michale, patrzysz przez pryzmat tego co jest w PAN, a tam zawsze tolerowano nierobów. Kiedyś nawet powstał taki raport, w którym wyraźnie pokazywano, że pracownicy PAN mają kilkakrotnie mniejszą wydajność niż na uniwersytetach, chociaż praca naukowa jest ich jedynym obowiązkiem. W uniwersytetach nie jest już tak łatwo, zwłaszcza na kierunkach przyrodniczych, gdzie praktycznie na wszystkich znanych mi uczelniach z pierwszej dziesiątki istnieją parametryczne systemy rankingowe, pieniądze są dzielone też wg rankingów (od doktorantów po profesurę) i zaczęły funkcjonować rotacje słabo się spisujących (już tylko parę procent pracowników jest na mianowaniu, reszta na umowach).
      A co do polityki, to nie jest kwestia czy się kogoś lubi czy nie. Polityka wpływa istotnie na sposób rozumienia świata. Moim zdaniem neoliberalizm jest obecnie najgorszym rakiem toczącym świat i pomysły prof. Karpińskiego są dla mnie nie do przyjęcia. W tym sensie możesz mnie wyzwać od lewicowca, chociaż nigdy bym nie zagłosował w Polsce na partie, które obecnie uważają się za lewicowe.

      Usuń
    2. tak, to prawda - ja mam głównie doświadczenia z PAN, ale też znam kilka zakładów środowiskowych na UW (licencjat, magisterka) i w sumie nie wiem gdzie jest więcej nierobów. Chociaż faktem jest, że większość pracowników na UW prowadzi jakieś zajęcia (najczęściej dość marne merytorycznie).
      A gdzie przepraszam ten neoliberalizm tak szaleje, bo nie bardzo to widzę? Gdzie na przykład u nas dostrzegasz tego raka liberalizmu skoro wszystko co się dzieje w nauce jest kontrolowane i zarządzane przez władzę centralną? Pytam poważnie, to nie jest ironia.
      pozdrowienia

      Usuń
    3. "..pieniądze są dzielone też wg rankingów.." To ja żyję na innej planecie. Daję największy roczny dorobek w mojej dziedzinie i nie mam NIC (pomijająć śmiech samodzielnych z mojej naiwności).

      Usuń
    4. niestety zgadzam się z przedmówcą - czy się stoi czy się leży... Możesz zrobić 8 prac rocznie, możesz nie zrobić żadnej przez 8 lat, kasę dostajesz tę samą, takie są realja

      Usuń
    5. A gdzie kol. z 7:24 pracuje? A Ty Michale to mnie rozbawiłeś z tym centralnym zarządzaniem nauką. Nauką zarządzają teraz grupy, które przejęły kontrolę nad instytucjami decydującymi o rozdawaniu najważniejszego dobra czyli mamony. Z tego co przychodzi centralnie tzn. z dotacji statutowej osoby na moim wydziale (kat. A), które są w pierwszej piątce rankingu mają rocznie 12-25 tyś. na całą swoją działalność (ranking jest robiony wg. publikacji z listy filadelfijskiej za minimum 20 pkt.; wasze Annales Zoologici naszym autorom nie dają ani złotówki).

      Usuń
    6. dokładnie tak i to jest właśnie centralne zarządzanie kasą - myślałeś, że Komorowski będzie przydzielał granty??? Jest budżet centralny i ten kto się do niego dopcha (a więc przytoczone przez Ciebie grupy) ma wszystko i decyduje o wszystkim. Nie widzę tu sprzeczności, ani tym bardziej nic zabawnego ;-)

      Usuń
    7. A to w takim razie kto ma ta kasą zarządzać? Krasnoludki. Finansowanie idzie z budżetu, czyli z naszych podatków, a więc instytucje budżetowe to dzielą. Tak jest na całym świecie. Tylko w wielu krajach istnieją jeszcze fundacje, które dzielą kasę spoza budżetu (w biologii np. Fundacja E. Mayra, fundacja National Geographic). Możesz mieć pretensje do państwa, że buduje system podatkowy nie sprzyjający tworzeniu alternatywy finansowej, albo do milionerów, że nie chcą łożyć na naukę bo to za mała reklama, albo do przemysłu, że nie jest zainteresowany innowacjami tworzonymi w Polsce bo taniej kupić już gotowe rozwiązania. Jak wiesz Fundacja Nauki Polskiej też nie stworzyła sobie bazy finansowej spoza budżetu, było to klasyczne uwłaszczenie się na pieniądzach centralnych. Fundacja Polityki to działa poza systemem centralnym, ale jej zakres i wpływ jest marginalny. W żadnym kraju politycy nie pozwolą, żeby finanse budżetowe były dzielone poza centralną kontrolą, to podstawowa zasada ekonomii politycznej. A jak widać z polskiej praktyki, nawet jak da się w zarządzaniu tymi finansami spory udział samemu środowisku, to i tak większość jest niezadowolona bo kliki, niejasne zasady, brak transparentności, złe systemy odwoławcze itp. Z czystej ciekawości spytam się komu Michale dałbyś tę kasę do dzielenia?

      Usuń
    8. wszystko co napisałeś/aś powyżej jest prawdą (nawiasem mówiąc, chociaż jakiegoś Nicku używaj, bo nie wiem czy gadam z jedną osobą czy ciągle z inną ;-))
      Nie, nie krasnoludki, tylko właściciel jednostki naukowej/uniwerku. Jeśli uniwersytet stanie się płatny (tzn. już jest płatny, tylko płacimy za niego akcyzą, kupując wódkę) to wtedy grupa zarządzająca kasą tego uniwerku będzie 100 razy lepiej optymalizować wydatki (nieroby pójdą od razu tam gdzie ich miejsce => na zieloną trawkę) niż robi to urzędnik do spółki z rektorem. I poziom naukowy wzrośnie od razu 10-krotnie. O tym pisze m.in. Karpiński

      Usuń
    9. Dotacje statutowe to niestety patologia do kwadratu. Na naszym wydziale kierownicy śmieją się z pracowitych, piszących wnioski o granty i publikacje z wysokim IF. Oni i tak zawsze dostają kasę an "podtrzymanie potencjału" czyli środki statutowe z ministerstwa nauki. Czy wyobrażacie sobie sytuację, w której kierownik nie chcąc dać niczego z tych dotacji dla pracowników (pomimo, że to na nich dostaje pieniądze), pod koniec roku rozliczeniowego, gdy musiał rozliczyć statutowe, dał kilkanaście tysięcy dla znajomego tłumacza za tumaczenie prostego artykułu ? Mam nadzieję, ze czyta ten blog od czasu do czasu Sz.P. Minister.

      Usuń
    10. no właśnie - dobry przykład! I tak jest wszędzie, na mniejszą lub większą skalę. Jedyny ratunek to spiąć na sztywno kasę i pracę - ustawowo, przepisami, żeby nie było uznaniowego rozdziału, a najlepiej zrobić to prywatyzacją, jak pisze Karpiński... no ale zaraz obrońcy państwowej nauki mnie zlinczują...

      Usuń
    11. MIchal, niestety, niezaleznie od tego kto dzieli te pieniadze, zawsze pozostana one panstwowymi. Zawsze pozostanie ten sam system, ze czy sie stoi czy sie lezy... Koniec znasz. Na naszym wydziale zaczelismy wprowadzac system obiektywnej oceny pracy naukowej. Efekt? Wszyscy, poczynajac od najmlodszych biologow molekularnych po najstarszych rzucili sie biadolac jaki ten system bedzie niesprawiedliwy i jak doprowadzi do rozwoju wyscigu szczurow. Paradoksalnie, wiekszosc z tych osob otrzymuje granty i jako-tako publikuje. Efekt - klika chowa wsobnie klike. Podczas rady wydzialu zanim ktokolwiek podniesie reke, najpierw patrzy jak glosuje szef lub byly szef, promotor etc. Rozwiazanie dla tej sytuacji jests dosc proste. Zakaz zatrudnienia w instytucji, w ktorej otrzymano doktorat. To juz w znacznym stopniu uzdrowi sytuacje. Kolejny punkt - przyznawanie kasy badaczom, nie instytucjom. Jesli badacze beda bogaci, to i instytucja bedzie bogata. W tej chwili czesciowo juz tak jest. Kasa jest rozdzielana na podstawie oceny parametrycznej, ale jest dzielona na instytucje. Tak jest zas ona dzielona wg widzi-mi-sie kierownictwa. Bo ono "widzi wieksze cele". A faktem jest, ze w wiekszosci wydzialow/jednostek PAN, z niewielkimi wyjatkami, kierownikami zostaja ludzie, ktorzy nie publikuja, nie zdobywaja kasy na badania. Uznaja, ze ze statutow da sie zyc pod warunkiem, ze sami beda rozdziac kase. I kolko sie kreci. Tym, ktorzy jako-tako funkcjonuja nie zalezy na wladzy, bo kase maja, a ambicje wieksze niz statuty. Wiec tak, rewolucja jest potrzebna. Z kontrola NIKu od poziomu ministerstwa do rektora/dziekana/kierownika katedry.

      Usuń
    12. 100% prawdy. Policzyliście ile państwowych pieniędzy zmarnowało (to delikatne słowo) państwo dając kase nie badaczom, ale jednostkom i wydziałom ? Biliony złotych od lat są marnotrawione, przy aprobacji kierowników. Szefowie których znam nie mając co zrobić z tymi środkami, zamiast wspierać naukę wśród podwładnych szukają, na ile konferencji można pojechać po swiecie, aby wydać publiczną kasę co do grosza na koniec roku ! I dział nauki na to pozwala, a nawet zachęca bo nic nie może się zmarnować (wtedy zwrot do ministerstwa) ! w tym samym czasie naukowiec-podwładny komu zalezy na rzetelnej nauce zamawia za własną pensję komponent biochemiczny bo wie, że to jedyna droga, aby zakończyć badania i opublikować dobrą pracę. Pamiętam rozmowę z władzami, kilka osób, głównie pracownicy dziekanatu - i prawie nagana, że ośmielam się w ogóle prosić o jakieś pieniądze.

      Usuń
    13. No i koledzy z PAN-u tylko utwierdzają resztę, że jest to twór patologiczny i pomysł jej likwidacji był słuszny. Mimo wszystko, uniwerki działają dużo bardziej efektywnie i bez patologii. Ciekawe, że jednak na niektórych wydziałach udało się stworzyć systemy wolne od tych wszystkich rzeczy, o których piszecie. Na Wydziale Biologii we Wrocławiu system jest tak klarowny i prosty, że aż dziwne jak to się udało zrobić. Rankingi są w zasadzie jawne, podział pieniędzy ściśle według wartości publikacji (tylko impaktowane od 20 punktów), w większości katedr i zakładów pieniądze idą bezpośrednio do pracowników (tylko w paru jednostkach laboratoryjnych jest wspólna kasa, ale też tam prawie wszystkie publikacje mają tych samych autorów, tylko w różnych konfiguracjach). Oczywiście dziekan i kierownicy jednostek zostawiają część pieniędzy w rezerwie, bo mamy dwa etaty płacone ze statutowych (dla osób z topu rankingu, które z powodów zdrowotnych musiały być zwolnione z dydaktyki), a częściowo statutowe opłacają też doktorantów i koszty obsługi budynków. Ale kiedy pod koniec roku okazuje się, że dziekan nie wydał całości rezerwy, to pozostałość jest dzielona na jednostki wg podstawowego algorytmu. Wszyscy już się tak przyzwyczaili do klarowności tego systemu, że nikt nie próbuje kombinować, bo nie ma jak. Wszystko więc w ludziach. Strategia ewolucyjnie stabilna pokazuje, że jak się uda zmontować legalistyczną większość, to potem żaden cwaniak nie jest w stanie tego rozwalić (jakby kierownicy chcieli robić widzi-mi-się to dziekan może kierować finanse bezpośrednio do pracowników).

      Usuń
    14. Dobrze, ze wspomniales o wydawaniu ststutow do konca roku. Zwracanie niewydanych pieniedzy ze statutow do ministerstwa to mit na resorach! Wmawia sie to wszystkim aby wydawali pieniadze i nie oszczedzali. Okazuje sie, ze niewydane pieniadze (zawsze ich troche jest) buduja rezerwe dziekana/kierownika/uczelni/instytutu. Wiem to od ksiegowej, ktora niekoniecznie lubi swojego szefa. NIestetty, pieniadze, ktore moglbym wydac w nastepnym roku musze spedzac na pierdoly. Za rok, po dodaniu do tego co dostane dalyby komputer dla doktoranta lub sfinansowaly jego konferencje. Tak idzie na papier do drukarki. Powod jest prosty - nie chce dokladac do budzetu krewnych i znajomych dziekanatu. Moze czyta to ktos, kto moglby to wiarygodnie zweryfikowac?

      Usuń
    15. Jest w tym dużo prawdy a propos wydawania statutowych. Powiem Wam więcej, władze wymuszają na pracowniku, który nie podpisał deklaracji "przynalezności" do wydziału tenże podpis, w sytuacji gdy kasę dostaje kierownik na liczbę wszystkich pracowników naukowych, a pracownicy nic z tej puli nie dostają na badania. To przecież oszukiwanie państwa przez kierowników, którzy biorąc środki na wszystkich pracowników naukowcyh, trzymają je tylko dla siebie. Szkoda, że nie ma odważnego dziennikarza śledczego, który by się tym zajął...

      Usuń
    16. Co do Wydziału Biologii we Wrocławiu - zazdroszczę, naprawde zazdroszczę. U nas oszukiwanie budżetu państwa przez kierowników (bo to jest oszukiwanie, skoro dostaje środki na cały zespół, a daje nielicznym) to niestety codzienność. Pieniądze daje się tylko wybranym, pomimo, że sami nic nie publikują. Mógłbyś publikować nawet w Nature czy Science, a i tak kasa z dotacji statutowych idzie w całości do kierownika. Ci , którzy naprawdę pracują naukowo ( i zagrażają) są powoli spychani na margines.

      Usuń
    17. Odnośnie wywalania wszystkich - 60% moich obowiązków służbowych na Uniwersytecie to dydaktyka, 30% nauka, a 10% obowiązki organizacyjne. Głównym zadaniem Uniwersytetów jest edukacja, a nie badania naukowe. Choć oczywiście nie można być dobrym dydaktykiem bez prowadzenia własnych badań.
      Na moim Wydziale środki statutowe są dzielone na Zakłady według jawnego algorytmu uwzględniającego przede wszystkim publikacje naukowe.
      A ja jako ten zły kierownik Zakładu nigdy nie odmawiam nikomu kto chce Zakładowe środki sensownie wydać. A czasami płacę z własnej kieszeni za wydatki, które ze względu na PZP albo inne ograniczenia nie jestem pokryć z pieniędzy uczelniach.
      Tak jak wszędzie - są patologie i jest normalność. Ale jak to zazwyczaj bywa najgłośniej krzyczą Ci rzeczywiście lub wirtualnie skrzywdzeni.

      Usuń
    18. Więc jesteś po stronie lepszych kierowników, którzy są "gatunkiem" zanikającym. Jednak brak najbardziej istotnego zdania - ten algorytm biorący pod uwagę publikacje z katedr i zakładów powoduje, że całą kasę i tak dostaje kierownik ! Nie ważne, że kierownik nic nie napisał/napisała przez lata i 100% prac piszą asystenci i adiunkci. Czy to nie jest patologia jedyna w swoim rodzaju w skali światowej ? U nas tak własnie jest, kierownik ukrywa ile dostał w danym roku za publikacje innych, sam decyduje co zrobić z kasą, najczęściej wydaje na niepotrzebne konferencje, a pracownicy głoduję na koniec miesiąca, ponieważ musieli sami sposorować swoje publikacje ! Oto rzeczywistość w RP, nie propaganda sukcesu...

      Usuń
  5. Michał, w moim kręgu od lat osoby, które są wyłącznie dopisywane, niezgodnie z zasadami etyki, do publikacji doktorantów, wyjeżdząją na sute konferencje nic nie wnoszące do nauki z dotacji statutowych. Natomiast ja, dający istotny dorobek dla całego wydziału płacę sama za np. dobre publikacje. BTW Michał: jeżeli uważasz za słuszne wstaw proszę post i link o reverse Robin Hood na główną stronę, w mojej opinii warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no niestety, zależność młodych naukowców od szefów/kierowników jest co najmniej chora w PL...
      poproszę o linka tego Robin Hooda!

      Usuń
    2. "...artykuł w brytyjskim The Guardian na temat European Research Council (taka mega forma NCN) i rozdawania euro głównie do wiodących już ośrodków europejskich. Tak jak w kraju - mamy "odwrotną formę RobinHoooda" - słabi będa coraz słabsi bo tak zaplanował system, wzbogacą się wyłącznie bogaci..."

      http://www.theguardian.com/higher-education-network/2014/nov/07/european-research-funding-horizon-2020

      Usuń
    3. ok dzięki, rzucę okiem i spróbuję to wrzucić jako osobny post, może jutro, ok?

      Usuń
    4. Ok, to dobry pomysł. The Guardian wskazuje na rozdawanie miliardów euro dla tych najlepszych, z wypaczona ideą utylitaryzmu.

      Usuń
  6. Hirsh jest wyjątkowo złym parametrem, ponieważ wysoki H jest często wynikiem autocytowania i cytowania w słabych czasopismach, przez uczniów, doktorantów, spółdzielców. Impact factor jest dużo lepszy, bo w dobrych czasopismach są mądrzy redaktorzy. Ale każdy taki parametr ma poważne wady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a do tego promuje wieloautorstwo dla wieloautorstwa, ponieważ prace wieloautorskie są częściej cytowane przez sam fakt - każdy kogoś zna, kogoś cytował, pisał z kimś itp., to tworzy nieformalną siec zależności oparta o relacje socjalne zamiast o przepływ informacji

      Usuń
  7. przeczytałem tekst - tezy może i słuszne, ale generalnie trochę w tym zgrzyta.
    Np. nie zgodziłbym sie "że większość wszystkich doktoratów, habilitacji i profesur ostatnich 25 lat jest zrobionych i otrzymanych przede wszystkim na podstawie publikacji i punktów przyznanych w ramach kategorii B."
    Albo dziedziny reprezentowane na blogu są wyjątkiem, albo w ostatnim 5-10-leciu znacznie sie poprawilo, ale znane mi habilitacje w większości opieraly się na pracach z czasopism z listy A. Oficjalna możliwość robienia doktoratów z pęczka prac pojawiła sie chyba dopiero przy zmianach w 2011 r. Tak więc takie generalizacje są chyba tylko populistyczne i tyle. Michał lubi analizy - jak dotąd CK pozostawialo także informacje o zakończonych przewodach - można przejrzeć i policzyć prace z listy A, B, książki i inne monografie itd, z podziałem na habilitacje zakończone sukcesem i nie, i zależnie od dziedzin. Zreszta to mógłby być temat na licencjat z naukometriii.
    Cytaty: "(...) "Taki system zagwarantowałby prawdziwą naukową konkurencyjność i polityczną niezależność nowego członka PAN."
    oraz
    (...) W państwowych uczelniach kandydat na rektora powinien być desygnowany przez rząd,...."

    Raczej to spójne nie jest (polityczna niezależność i nominacja rządowa) i szczegolnie ten drugi pomysł ma daleko idące implikacje.
    Poza tym, jesli uczelnia ma być sprywatyzowana i ogólnie pojęta konkurencyjność i innowacyjnośc stanowić podstawę jej działalności (jak to wynika z artykułu) to chyba nijak ma się do tego pomysł desygnowania rektora przez rząd.
    Poza tym" trzeba większość państwowych uczelni i instytutów sprywatyzować" - nie bardzo widzę jak sensownie sprywatyzować instytuty naukowe od badań podstawowych, a i wyjaśnione to nie jest - czy mają pójść w robienie różnych ekspertyz odpuszczajac naukę, czy też dalej zajmować się nauką, za pieniądze podatnika, tyle że np. po zwolnieniu wszystkich i zatrudnieniu od nowa (jak chca niektorzy)? (tylko czy to drugie to jest prywatyzacja?).
    Można ponarzekać, jak jest źle, ale lepiej po prostu zmieniać co się da.
    pozdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowe habilitacje pokazane w internecie nie powalają na kolana. Ja wole po staremu, kiedy kolokwium było rozmową nauce, a nie parametrach. Ale wykazywane parametry nie cieszą.Teraz recenzje są niemal jednakowe, o tych parametrach, a brakuje dyskusji o nauce. Niestety recenzje w nowym systemie są w zasadzie po prostu plagiatami i autoplagiatami pisanymi systemem copy-paste ...Te zmiany sa smutne.

      Usuń
    2. Taaak, oczywiście "rozmową o nauce". Byłoby wspaniale, gdyby to była prawda. Niestety, w większości przypadków, kolokwia owe były doskonałą okazją do psychicznego i naukowego unicestwienia kandydatów. Sam bardzo dobrze pamiętam, jakie bezsensowne te "rozmowy o nauce były". Cieszę się, że przynajmniej w tej kwestii została sprawa uporządkowana i nie musimy polegać na ocenach tych najczęściej żenujących komisji. W Polsce z resztą zamiast najbardziej wszyscy lubią rozmawiać o nauce. W moim poprzednim instytucie całe dnie rozmawiano o nauce, ale wymiernych naukowych efektów z tego nie było widać.

      Usuń
    3. Ja wole po staremu, może dlatego, że chyba od stalinizmu CK próbowała scentralizować i uporządkować, zlikwidować wykład habilitacyjny. A wykład habilitacyjny fajny jest, bo teraz tyle powstaje dobrej i nowoczesnej nauki. Natomiast czytanie identycznych formułek nudne ( zwłaszcza kiedy są uzasadnieniem marnych parametrów). Pisane to niby prawniczym językiem. W sumie po roku nowego okazało się, że "wkład do nauki" i "paragrafowy wkład do nauki" to nie to samo. I najsmutniejsze jest to, że nie uzasadnia się powszechnej akceptacji marnych parametrów, tym że prawdziwy "wkład do nauki" jest tak naprawdę znaczący. Smutne zastosowanie bezstresowego wychowania w praktyce. Teraz to, studenta nie wolno pytać, ucznia nie wolno pytać, habilitanta nie wolno pytać. Student i habilitant ma prawo do dobrej oceny, bo ma parametry ( a jak są smutne to copy-paste odpowiedniej formułki).

      Usuń
    4. Myślę, że w odniesieniu do habilitacji jest dużo pomieszania z poplątaniem. Jest idea, są przepisy i jest wreszcie wykonanie przepisów, tylko że każde idzie w inna stronę. Od strony funkcjonalnej habilitacja daje prawo do większej samodzielności badawczej; możesz mieć swoich doktorantów itp. A więc przepisy powinny sprawdzać, czy habilitant jest naukowo dojrzały by móc założyć i kierować własną grupą badawczą. Nie wiem jak ma się do tego tzw. osiągnięcie naukowe - tutaj bardziej chodzi o wykazanie się samodzielnością, czyli po doktoracie musisz dostać grant na zasadach konkursowych, wypromować magistranta/ów czy choćby licencjusza, rozliczyć grant publikacjami w których jest się autorem pierwszym czy choćby korespondencyjnym (!). To byłby dowód samodzielności. Teraz mamy zbiór publikacji monotematycznych; co właściwie znaczy wszystko i nic, bo każdy zbiór można spiąć wspólnym tytułem. Przepisy zatem swoje a idea swoje. A wykonanie? No cóż, w skład komisji poza przewodniczącym z ck wchodzą dwaj recenzenci spoza jednostki i jeden z jednostki, sekretarz z jednostki, członek z jednostki i członek z poza jednostki. Z prostej arytmetyki widać, że nawet jeśli dwaj recenzenci spoza jednostki i członek spoza jednostki są przeciw a recenzent, sekretarz i członek z jednostki za (a jak mogłoby być inaczej) to mamy pat, który rozstrzyga przewodniczący, mający notabene obok sekretarza najmniejszą wiedzę o problemie (rada ck jest bardzo mała). No i przewodniczący przepuszcza jeśli recenzje wszystkich trzech recenzentów nie były negatywne. Ale dlaczego sekretarz ma głos to już tego nie rozumiem zupełnie. Przecież z założenia członkowie komisji spoza jednostki powinni mieć przewagę w głosowaniu bo są bardziej bezstronni i rolą ck jest dobierać ich w ten sposób by nie było mowy o zmowie. A zatem na skutek wadliwych przepisów przepycha się habilitacje.

      Usuń
    5. Do poprzedniego postu.
      Kwestię wadliwych przepisów można by to rozwiązać choćby wprowadzając zasadę, że przynajmniej dwie recenzje muszą być pozytywne.

      Usuń
    6. Nie zapominajcie, ze to Rada Wydzialu nadaje stopień, a nie komisja! Jednym z ciekawszych przykładów jest przyznana habilitacja z dwoma negatywnymi recenzjami. Ale jest to zgodne z prawem, a decyzja należy do RW.

      Usuń
    7. Ale RW głosuje zgodnie z rekomendacją komisji. Nie słyszałem o przypadku odrzucenia przez RW decyzji CK. Nie bez powodu określa się RW jako maszynka do głosowania. To tak jakby powiedzieć, że Prezydent RP nadaje tytuł profesora - owszem, ale wiadomo, że rola prezydenta ogranicza się do podpisu. Kiedyś habilitacje były nijakie, mogły być dobre albo kiepskie, z powodów bardziej towarzyskich niż naukowych; dzisiaj habilitacje są nijakie, ponieważ wprowadzono bubel prawny - zawsze kurna jakieś furtki, które sprowadzają przepis do absurdu.

      Usuń
    8. Niedawno, w działce eco-evo, dwóch zewnętrznych recenzentów opiniowało wniosek negatywnie (+ jeden członek komisji na głosowaniu), a trzeci recenzent z macierzystej jednostki habilitanta dał recenzję pozytywną i wniosek przeszedł..

      Usuń
    9. "Nie słyszałem o przypadku odrzucenia przez RW decyzji CK."-Urbanik znakomity prawnik, znakomite recenzje, znakomite publikacje po angielsku. RW Prawa i Administracji zagłosowała przeciw, bo ... według rady habilitant miał wykazał znakomite wyniki badań dwóch zagadnień.

      Usuń
    10. W USA (tenure), Niemczech habilitacje nadaje samodzielnie rada jednostki. Decentralizacja nie jest taka straszna. Z samorządem było tak samo .... Mazowiecki był krytykowany, za decentralizacje ... bo samorządowcy w kiepskich gminach wszystko rozkradna.

      Usuń
    11. Brałem udział w posiedzeniu komisji, gdzie kandydat przedstawiał skromny ilościowo dorobek, ale niezły parametrycznie (suma punktów nieco powyżej dolnej działki wyznaczonej przez wydział). Z oceny merytorycznej przedstawionej przez recenzentów wynikało, że w większości publikacji (wszystkie wieloautorskie) udział pracy kandydata był grubo poniżej 50% (raczej 20%). Jeden z recenzentów głosował na nie, jeden miał początkowo wątpliwości podobne do pierwszego recenzenta, ale komisja go przekonała, że kandydat ma dobre cechy menedżerskie, skoro udało mu się namówić takie szerokie grono do współpracy. W sumie habilitacja przeszła za umiejętności organizacyjne, tylko pierwszy recenzent do końca nie dał się przekonać bo twierdził, że nie jest w ogóle w stanie ocenić wkładu merytorycznego kandydata. Przypuszczam, że wkrótce pozostali współautorzy tych publikacji wyhabilitują się na tym samym dorobku.
      Nie chcę oceniać końcowego wyniku, ale takie też mogą być dylematy polskiej habilitacji.

      Usuń
    12. A ja patrząc na komisje habilitacyjne mam wrażenie, że mądrzy profesorowie zachowują się głupio. Habilitacje jest wyróżnieniem, które nadaje się za wybitny dorobek. Dorobek oceniają wybitni specjaliści. Obecnie zaś wybitni specjaliści oceniają nie dorobek, a przepisy prawne, których nie rozumieją, bo nie są prawnikami. Efekt jest taki, że kłócimy się nad sensem jakiś paragrafów, których nie rozumiemy. Znamy te prawnicze dyskusje, "Moim zdaniem, habilitant powinien wykazać dorobek np. popularyzatorski, a nie wykazał, bo to co robił w ogrodzie botanicznym, było popularyzacją ogrodu, a nie nauki ... a przepis wymaga ... " .

      Usuń
  8. Od jednostek PAN-u wymaga sie jednak wiecej niz od uczelni i to skutkuje. Prawie wszystkie sa kategorii A, z uczelniami jest chyba gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  9. "Na członków PAN powinni być automatycznie powoływani naukowcy (a nie wybierani – jak dotychczas), którzy osiągną określony poziom naukowej konkurencyjności w świecie, np. w naukach o życiu uzyskają indeks Hirscha 30 i 3000 oryginalnych cytowań."

    To się Pan Prof. Karpiński rozmarzył. Mnie osobiście wystarczyło by, żeby przynajmniej nie byli karani.
    Przykład: prof. dr hab. Józef Banaszak, członek Komitetu Ochrony Przyrody PAN. Documents: 4, H index = 1 (!), prawomocnie skazany za umyślne przestępstwo karne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Członkostwo komitetu nie jest jednoznaczne z byciem członkiem PAN. Do komitetów są wybierani badacze z różnych ośrodków i tylko nieliczni z nich staną się członkami PAN. Co nie umniejsza faktu, że wspomniana osoba prof. Banaszaka nie tylko nie powinna być członkiem PAN-u, ale w ogóle nie powinna pracować na uczelni, o przymusowym odosobnieniu nie wspominając.

      Usuń
  10. Anonimowy z 11 listopada 2014 14:19-najchetnie tego który nie jest z mafi jego kumpli too by przepytał i powiedział że mimo dorbku no niestety nie jestem zadowolony z odpowiedzi , za do swoich bez dorobku powiedział by: zadowala mnie pana odpwiedzić. Leśne dziadki to nasze rady wydziałów- nawet bardziej leśne niż te pajace z PKW

    OdpowiedzUsuń
  11. Czy można jakoś wyliczyć ile pieniędzy dostaje jednostka kategorii A za publikacje z listy ministerialnej? Czasopisma z punktacją 30+
    Ile powinien dostać autor?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieniądze przychodzą na wydziały za całość punktacji, w której czasopisma mają znaczący, ale niejedyny udział (a w zależności od mocy wydziału do 3n wchodzą różne publikacje, od najwyżej punktowanych do coraz słabiej; w mojej jednostce kat. A do 3n wchodzą wszystkie publikacje od 15 pkt. wzwyż i jeszcze niewielka pula za 9-10 pkt.). Jest to dość skomplikowany algorytm. Potem na koniec każda kategoria ma wyliczoną kwotę za 1 punkt i otrzymuje kasę wg wzoru: liczba punktów x kwota za punkt. Ile w tej chwili wart jest jeden punkt w kategorii A nie pamiętam.
      Ile powinien dostać autor? To już jest w gestii jednostki. Najpierw haracz zabiera rektor, potem dziekani, potem dyrektorzy instytutów itd., a to co pozostaje idzie do finalnych jednostek (katedr, zakładów itp.) i te finalne jednostki dzielą (lub nie) kasę między pracowników. U nas część jednostek nie dzieli między pracowników (głównie jednostki laboratoryjne) i kasę trzyma szef, część dzieli wg punktów wypracowanych przez pracowników, ale tylko za publikacje od 20 punktów (a więc mimo, że zarabiają też publikacje 9-15 punktowe to kasę można dostać tylko za te od 20 pkt.). Ale nie ma jednego schematu podziału, ani w Polsce, ani na konkretnych uczelniach.

      Usuń
    2. Przydałoby się jednak trochę więcej jawności w tej kwestii. Dzisiaj Ci, którzy zarządzają pieniędzmi, czy to większymi czy mniejszymi, rzadko jeśli w ogóle konsultują swoje decyzje z podwładnymi; nawet nie informują ich podstawowych liczbach - ile skąd i na co. Wygląda to tak, że jeśli kierownik jest na tej posadzie przez kilkanaście lat to już zaczyna traktować to jak swoje. Przez kilka lat słowa nie powie a jak go zapytasz to obraza majestatu.

      Usuń
    3. Dokładnie tak ! I nie jest to żadna łaska, tą są publiczne pieniądze i dostęp do informacji o nich jest publicznie jawny ! jest orzeczenie, w którym NSA orzeka, że dziekan pełni funkcje publiczne i ma obowiązek udzielenia informacji na pytanie np. o dokumenty z postepowania administracyjnego. To samo dotyczy zapytania o przydział środków na wydziale. Mamy do tego pełne prawo. Dlaczego nie publikuje się oficjalnie tych informacji ? NIK mógłby się tym zainteresować.

      Usuń
    4. Na moim wydziale kwoty przyznane jednostkom są jawne, można również dowiedzieć się ile z tego idzie do rezerwy dziekańskiej. W jednostkach, w których kasa jest dzielona na pracowników też wszystko jest jawne, każdy może sprawdzić czy punkty i przydzielona kwota się zgadzają. Ale tak naprawdę to są symboliczne kwoty w porównaniu z grantami np. osoby z pierwszej piątki rankingu wydziałowego (kat. A) otrzymują rocznie 10-20 tyś. złotych i to pod warunkiem, że część kasy idzie na zakup aparatury, bo wtedy nie ma narzutu rektorskiego. Jak się nie kupuje aparatury, to rektor zabiera 40% od każdej przyznanej złotówki w ramach narzutu, dlatego my chętnie oddajemy należną nam część na zakupy aparatury typu mikroskopy, komputery itp.
      Tak więc pieniądze statutowe nawet w jednostkach kategorii A to kwoty nie powalające na kolana. Osoba, która dostaje grant ma kasę wielokrotnie przekraczającą cały budżet katedry. Nawet najlepsi doktoranci dostający kasę na badania naukowe w ramach stypendiów mają więcej rocznie niż pracownicy z topu rankingu wydziałowego, którzy nie mają grantów.

      Usuń
    5. Może i są to małe pieniądze, ale na te pieniądze pracują wszystkie osoby a nie kierownik i transparentność jest w interesie wszystkich, wszystkich poza kierownikiem. Poza tym te kilkanaście tysięcy to nie jest w sumie taka mała kasa. Wiele osób skarżyło się tutaj, że musi kupować za swoją kasę najpotrzebniejsze rzeczy. Wreszcie nie jest dobrze gdy pracownik czuje się jak nastolatek z prośba do starych po parę złotych bo chce gdzieś wyskoczyć z kolegami. Dzisiaj jest tak, że każdy gra dla siebie; po co mam myśleć o wydziale, zakładzie skoro on daje mi tylko "dach nad głową".

      Usuń
    6. "Dzisiaj jest tak, że każdy gra dla siebie; po co mam myśleć o wydziale, zakładzie skoro on daje mi tylko "dach nad głową"

      Taka wypowiedź w większości krajów dyskwalifikowała by twoją osobę jako kandydata do pracy naukowej.

      "Poza tym te kilkanaście tysięcy to nie jest w sumie taka mała kasa"

      Taką kasę dostają osoby mające 3-5 prac na liście filadelfijskiej rocznie za minimum 20 punktów każda. I nawet te osoby często finansują do 50% kosztów z prywatnej kasy (mój szef choć jest na topie listy, z własnej kasy wydaje nawet 70% wartości swych badań).

      Wiem, że to jest chora sytuacja, ale w "normalnych" jednostkach nawet profesura dopłaca spore kwoty do swoich badań (ile % ogółu uczonych dostaje granty?) Była pani minister uważa, że tylko idiota by pracował za 6000 zł na rękę, a profesor zwyczajny na moim wydziale, z 30-letnim stażem pracy i dodatkiem funkcyjnym, dostaje 4500 miesięcznie na rękę więc chyba cały nasz wydział to idioci.

      Usuń