wtorek, 22 maja 2012

Habilitacja we Wrocławiu, czyli podróż w czasie...

Poniżej strona BIPu Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie jest pdf z nowym statutem, a szczególnie ciekawie wyglądają § 97 oraz § 141:

http://bip.biuletyn.info.pl/php/strona.php3?bip=bip_uniwr&id_dzi=10&lad=q&akt_numer_zal_szuk=32/2012U&wyk=11

W skrócie: czas liczony do zrobienia habilitacji zostaje wyzerowany i niezależnie od czasu upływającego od doktoratu rok 2013 będzie pierwszym rokiem, od którego dla wszystkich  adiunktów liczony będzie czas do habilitacji.

I jeszcze komentarz: jeżeli to wejdzie faktycznie w życie to będzie porażką systemu gdyż nowa habilitacja miała odfiltrować osoby "słabo zaangażowane" w sprawy naukowe, tymczasem stała się pretekstem dla takich właśnie osób by jeszcze sobie posiedzieć w nauce. Czy to prawnie jest rzeczywiście w porządku ? Zaskakująco proste obejście całej ustawy i wszystkich starań związanych z habilitacją...
Ciekawe też na ile ten sposób radzenia sobie z niewygodną habilitacją będzie stosowany na innych uczelniach?

31 komentarzy:

  1. Tak jak czytam wypowiedzi na tym blogu, to myślę sobie, ze Michał stworzył jakąś bańkę, która zebrała jakieś strasznie nieprzystosowane do otaczającej nas rzeczywistości typy. W znacznej mierze jesteśmy za obiektywnymi metodami oceny, choć niekoniecznie zgadzamy się co do jej kryteriów, cieszyliśmy się, że nowa ustawa zrobi porządek, za który nie potrafili się wziąć kierownicy jednostek oraz, że rzeczona ustawa umożliwi rzetelną ocenę naszych osiągnięć podczas starania się o pieniądze lub podczas awansu.
    A świat wokół jest inny... Reforma nauki i szkolnictwa wyższego to kpina, nowa procedura habilitacyjna to sąd kapturowy, ograniczenie zatrudniania krewnych i znajomych to cios w autonomię. Tak mówi reszta! Może czas wyjść z naszego grajdołka i zacząć widzieć problemy świata zewnętrznego i ich rozwiązania, jaki proponują, bądź co bądź, nasi starsi koledzy, którzy niejedną reformę przetrwali. Czy to nie nasza ulubiona teoria mówi, o utrwaleniu w populacji cech i zachowań, które umożliwiają najlepsze dostosowanie?

    michal

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że Michał Z. podobnie jak niektórzy blogowicze są jednymi z najbardziej znienawidzonych osób przez ludzi ze "starego systemu" ;))

      Usuń
    2. Nie brzmi to fajnie...
      Jak zniknę pewnego dnia bez śladu będziecie wiedzieli kto za tym stoi :o))

      Usuń
    3. Jeszcze do Michała na samej górze - jakie przepraszam rozwiązania proponują nasi "starsi koledzy"? Czy tak naprawdę mamy jakąś alternatywę dla dalekich od perfekcji ale jednak w miarę obiektywnych metod? Czy proponujesz zamiast oceny dorobku w oparciu o ISI ocenę przez głosowanie rady wydziału/instytutu? Zamiast indeksu H wolisz opis cytowalności prozą? Nie bardzo to widzę...

      Usuń
    4. Michal,
      Odpowiedz na swoje pytanie masz w przytoczonym przez siebie fragmencie statutu UWr. Ja akurat nic nie proponuje. Uważam, ze zmiany, które następują idą w dobrym kierunku. Przytoczyłem powyżej opinie, których możesz się nasłuchać na każdej radzie wydziału i przy chyba każdych wyborach do władz uczelnianych, które miały bądź mają miejsce w tym roku.
      michal

      Usuń
    5. ok, jasne, bo już myślałem, że sam zacząłeś nawoływać do powrotu :o))

      Usuń
    6. Tomek Włodarczyk8 czerwca 2012 13:44

      Tego, co intuicyjnie rozumiemy jako reprezentowany przez człowieka poziom naukowy, jest czymś zbyt złożonym, by dało się sprowadzić do prostych wskaźników liczbowych. Są one tylko pewnym przybliżeniem aktywności i jakości pracy naukowej, obarczonym wieloma odchyleniami. W renomowanych czasopismach często pojawiają się słabe artykuły, a cytowalność zależy nie tylko od jakości pracy, ale także od wielu innych czynników. Wieloaspektowa ocena całokształtu pracy jest niezbędna przy awansach i nagrodach w pracy.
      Poza tym, jeśli chodzi o pracowników uczelni, nauczyciel akademicki powinien dysponować dużą wiedzą i odpowiednimi kwalifikacjami intelektualnymi. Autorstwo artykułów naukowych nie zawsze je gwarantuje, a już na pewno nie przekłada się wprost na jakość prowadzonych zajęć dydaktycznych.

      Usuń
  2. Nie sądzę, aby to był przypadek: ustawa została celowo sformułowana w ten sposób, aby można ją było interpretować, tak jak się chce: jedne uczelnie wybrały opcję zerową, inne wprost przeciwnie i na podstawie tego samego aktu prawnego. I to jest dopiero smaczek. Powiedzmy sobie też szczerze, że gdyby system działał tak jak trzeba, to habilitacja nie byłaby do niczego potrzebna. Dla mnie jest to kolejna forma upodlenia człowieka: jeżeli publikujesz, zdobywasz granty, to po co Tobie habilitacja? Według mnie tutaj tkwi geneza patologii. W zdecydowanej większosci przypadków, gdyby adiunkci robili to co do nich należy, i nie byli obarczani całą masą bzdetów przez niewydolnych intelektualnie, dydaktycznie i zyciowo tzw. "samodzielnych" sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. To co dzieje się obecnie na uczelniach to jest porażka: trwają habilitacyjne wyścigi "byle uciec przed nowym" i bardzo czesto samodzielnymi zostają ludzie z dorobkiem, który można określic jako nieystarczający nawet na doktorat. I czemu ma to słuzyć? Ja bardzo dziękuję za takie podnoszenie poziomu.
    Chciałbym też nadmienić, że Miłościwie Nam Panująca Pani Minister zostalaby wylana dawno z hukiem z uczelni, bo robiła habilitację 12 lat... Lem pisał, że zanim zaczniemy zbawiać świat, należy najpierw zacząć do optymalizacji własnych parametrów etycznych i intelektualnych...

    kolega_Michała

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no dobra, ale "po co habilitacja" to jest kolejne pytanie. Jak na razie głównym problemem jest to, że ta cała reforma nauki nie odcedzi skutecznie tych, nazwijmy to delikatnie, "mniej aktywnych"! Jeżeli to faktycznie tak ma wyglądać, że gość bez dorobku, 10 lat po doktoracie teraz dostaje "drugie życie", to mamy jednak kompletną klapę...

      Usuń
  3. Adiunkci są robieni w konia przez kastę profesorską nie od dziś. Niby się ich pogania do robienia habilitacji, ale ... nie tak szybko, ażeby tylko nie zagrozili pozycji "samodziałów". Jak ci ostatni się wykierowniczą, wyprofesorują i wyprodukują maksymalną ilość m3 biogazu w swoje stołki, no to wtedy (dla "ratowania wydziału") dopuszczą kilku "młodych" pięćdziesięciolatków do żłobu profesorskiego, od razu wpychając ich w niewdzięczne urzędnicze stanowiska np. dziekana ds. studentów albo "koordynatora" od KRK (które jednak podłechcą ambicję marginalizowanych do tej pory nieboraków). Widocznie na UWr profesura uznała, ze może pozwolić sobie na trzymanie na stanowisku adiunkta uczelnianych wyrobników przez jeszcze kolejne kilka lat, przymykając oko na ich fuchy (bo, z czegoś trzeba żyć) i tłumacząc, że jeszcze nie dojrzeli ("Pan jest jeszcze szczeniak", usłyszałem od jednego takiego w wieku 44 lat). Dominujący dziś na polskich uczelniach profesor z awansu społecznego, tak wykorzysta system i odwróci kota ogonem, aby spokojnie spijać smietankę (kasę i honory) do siedemdziesiątki i dłużej (dotąd, aż utrzyma kredę na wykładach i ... mocz). W układ ten, jak widać, wpisuje się tzw. reforma szkolnictwa wyższego, a zrobieni w konia "konsultanci" i szczerzy orędownicy wyciągnięcia nauki w Polsce z zapaści, mogą sobie pluc w brodę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja powiedziałbym jeszcze mocniej: dzisiejsi adiunkci (zwłaszcza ci najmłodsi) ponoszą konsekwencje miałkości intelektualnej (tzw. subletalna dawka geniuszu), nieróbstwa i zacofania ogromnej większosci dzisiejszej kadry profesorskiej. Za ich beznadziejny poziom, zachwyt własną osobą mimo braku jakichkolwiek podstaw do tego (np. "bo ja mam nazwisko i dorobek i musi być tak, bo ja tak każę" - to autentyk)i dekady lenistwa dzisiaj ponoszą konsekwencje najmłodsi stażem, którym podnosi się wymagania, nie dając jednocześnie żadnych narzędzi (vide najnowszy konkurs NCN, zamykany za 2 tygodnie, podczas gdy do tej pory nie ma wyników poprzedniego...)

      Usuń
  4. pięknie powiedziane, aj lajk yt, tyle że póki co można się jedynie upić na smutno. A jak się wreszcie pokolenia wymienią i przyszli piękni 50-cio letni dojdą do władzy, to czy będzie im się jeszcze chciało chcieć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to mimo wszystko możliwe. Trzeba się nauczyć mówić "nie" tzw. wielkim profesorom i robić swoje. Oczywiście, trzeba wiedzieć po co jest się w nauce i że postęp w niej polega m. in. na weryfikacji wiedzy np. promotora, a nie na schlebianiu mu. Jeżeli zaś adiunkt jest podnóżkiem tłumaczacym np. streszczenia "genialnych" prac profesora na ang. w lokalnych piśmidłach, lub też zamieszczającym prace (dopisując profesora) w tychże dla ratowania redaktora, który jest kumplem szefa, albo wypełniającym za profesora sylabusy w Usosie, bo "nie znam się na internecie", to oczywiście, po wymęczonej habilitacji, taki gość będzie powielał zachowania pryncypała dołując poziom nauki i edukacji i wystawiając na pośmiewisko naukę w Polsce na forum międzynarodowym.

      Usuń
  5. No to w kontekście przytaczanych powyżej relacji profesor-adiunkt/doktorant proszę teraz ocenić konieczność pisania wszelkich listów poparcia przez tychże profesorów, żeby np. doktorant mógł ubiegać się o stypendium, wyjazd, grant itp. Ja rozumiem, że na zachodzie to normalne ale u nas kadra profesorska i jej nastawienie do "młodszych" są trochę inne niż na zachodzie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie można też wszystkiego zrzucać na despotyzm profesorów. Adiunkci/doktoranci powinni jednak wiedzieć czego chcą od życia, a nie zdawać się na tylko i wyłącznie łaskę bądź niełaskę profesorów. Bycie w tym przypadku odrobinę młodym gniewnym jest wskazane. Nie widzę też nic złego w tym, że adiunkt jest poganiany do pracy przez profesora, o ile robi sensowne rzeczy i dobrze publikuje. Niestety, trzeba przyznać, że są też liczne patologiczne przypadki profesorów którzy "gwiazdorzą", są totalnymi tyranami itp. Najbardziej pamiętny i nieco humorystyczne przypadek, to profesor, który nie umiał (i zapewne dalej nie umie) pisać na komputerze, i który prawie codziennie urządzał swojemu adiunktowi "dyktanda", przynosząc swoje wspaniałe myśli, które ów adiunkt musiał przez bite sześć godzin przelewać do pliku worda. Profesor próbował złagodzić ból istnienia swojego adiunka częstując go landrynkami at libitum, ale był to chyba kiepski sposób, bo po 15tej, kiedy profesor udawał się do domu, adiunkt tylko wzdychał, "no, ...., w koncu mogę porobić coś sensownego".
    Pozdrawiam
    PS

    OdpowiedzUsuń
  7. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz - zależność od profesora (kierownika zakładu, labu, pracowni itp.) jest z założenia różna w różnych dziedzinach. W ekologii, gdzie do robienia fajnych publikacji często wystarcza komputer (plus darmowe oprogramowanie ściągnięte z sieci) zależność od kierownika jest niewielka, bo nie może nam ograniczyć dostępu do narzędzi pracy. Ale już w przypadku takich działek jak genetyka sytuacja jest dużo gorsza, bo bez zgody kierownika/profesora, choćbyśmy bardzo chcieli, nie zrobimy absolutnie NIC...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że kierownik/profesor ma coraz bardziej ograniczone możliwości blokowania aktywności adiunktów. Do uczestniczenia w grantach i projektach wcale nie jest potrzebna pięczatka pryncypała, a nawet jesli, to jest on pod presją Rady Wydziału, Dziekanów i Rektorów, którym zależy na rankingu wydziału/uczelni, czyli na wysokości dotacji i innych bonusach. Scenariusz napisany przez Ciebie dotyczy zamierzchłych czasów, kiedy możliwości finansowania badań ograniczone były głównie do "tematu statutowego". Zapomnijmy o tym, teraz ta dotacja nie dotyczy badań, tylko "kosztów utrzymania infrastruktury", zaś aktywność adiunktów w pozyskiwaniu grantów zewnętrznych jest podstawą rozwoju ich samych i jednostki. I to jest ta jedyna przewaga adiunktów nad kastą profesorów. Trudna i wymagająca? A kto powiedział, że w nauce jest łatwo?

      Usuń
    2. Wszystko się zgadza, jest to stosunkowo nowy powiew świeżego powietrza i już widać zmiany na lepsze np. adiunkci i asystenci stają się coraz bardziej asertywni. Muszą tacy być, bo nie mają czasu (6+2 na habiltację) na pierdoły narzucane im przez habilitowany beton: kto nie jest asertywny, ten nie ma szans, bo go zamęczą. Na większości uczelni mafia profesorska ma się jednak nadal całkiem nieźle...

      Usuń
    3. Ale nadal ma spore! po pierwsze, wydaje mi się, że to "profesor" decyduje kto użytkuje sprzęt danej pracowni/zakładu. Czy mogę korzystać z mikroskopu/sekwenatora/odbiornika telemetrycznego z zakładu "jakiegoś tam" wobec braku zgody kierownika tego zakładu? Nierealne...

      Po drugie, kierownik zakładu/pracowni podpisuje wszystkie wnioski wyjazdowe - bez jego zgody nie wyjadę w teren.

      Usuń
  8. Czyli znowu wszystko sprowadza się do świadomego wyboru promotora/szefa, o którym się wie że nie będzie blokować własnych badań. W końcu nie każdy prof musi mieć doktorantów... Tzn musi ale to jest ich dobra wola czy przyjdą do profesora, przymusu nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  9. No tak, problem w tym, że to się okazuje dopiero po 2-4 latach współpracy, kiedy doktorant się orientuje, że promotor po prostu gra na czas... Niestety, trudno to sprawdzić przed rozpoczęciem współpracy, więc ten świadomy wybór to trochę fikcja

    OdpowiedzUsuń
  10. ale to się widzi po doktorantach właśnie - czy mają granty, jakieś własne projekty, czy są wysyłani na konferencje/staże, czy publikują. Rozważając doktorat u prof X magistrant powinien postarać się dowiedzieć takich "detali" w końcu wybiera jak będzie wyglądało jego kolejne 4-5 lat życia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest takie proste; czasami nawet liczba publikacji, indeks H i liczba grantów mogą dać błędne wyobrażenie o przyszłym promotorze. Robię doktorat u pewnej pani profesor w wielce szanowanym instytucie zajmującym sie szeroko rozumianą biologią srodowiskowa, w miescie na południu Polski. Pani ta jest bardzo znana, ma duzo publikacji, wysoki indeks Hirsha oraz duzo grantow. I tym ogólnie kierowalam sie przy jej wyborze jako promotorki. Jest tylko jedno "ale". Pani ta nie pozwala swoim doktorantom starac sie o pieniądze i granty. No chyba, że jest się mężczyzną, to wtedy jest jej "pupilkiem" i jest skłonna dać namaszczenie na wystąpienie o fundusze na badania. Zresztą, ponoć ta pani profesor nie jest osamotniona w swojej nowoczesnej postawie wobec doktorantow, ale taki to chyba urok tego tego przodującego instytutu.
      Szara mysz

      Usuń
    2. Ok. - dorobek i rozwój naukowy doktorantów/pracowników profesora może być faktycznie wiarygodnym wskaźnikiem nastawienia szefa do swoich pracowników - tu się zgadzam!

      Usuń
    3. Zgroza: święty indeks H może dać błędne wyobrażenie?;)

      Usuń
    4. Bardzo się cieszę, ze rozgrzałem nieco dyskusję od "Adiunkci są robieni w konia...". Mam tylko taką refleksję... Jacy adiunkci tacy profesorowie i na odrwót. Nauka w Polsce (tzw. Polska Nauka jest bzdurą wymyśloną przez poststalinowską nomenklaturę) powinna przejść taką "katharsis", jak "uczeni" z NRD, których z dnia na dzień wywalono po zjednoczeniu, a ośrodki naukowe nasycono normalnie myślącymi kadrami z Zachodu. Poza wyjątkami, jak 2-3 instytuty PAN, o umiędzynarodowieniu (czyli korzystaniu z talentów z innych krajów) nauki w Polsce można tylko marzyć. Jedną z pięknych metafor sytuacji nauki w naszym kochanym kraju przyczytałem w portalu jednego z uniwersytetów (ze środka tabeli). Mianowicie, na wieść, że jeden profesor tegoż uniwersytetu dostąpił zaszczytu zostania członkiem CK, jakiś redaktorzyna wypalił: "Prof. taki i taki pozostał na straży takiej i takiej (od nazwy miasta ok. 200 tys. mieszkańców) nauki". Nic dodać, nic ująć. Prawda?

      Usuń
    5. W odpowiedzi Szarej Myszce:

      Charakterystyka Instytutu jest "sprytnie" ukryta, bo przecież "szanowanych, przodujących instytutow zajmujących się szeroko pojętą biologia środowiskową zlokalizownaych w południowej Polsce" jest pewnie cała masa. Ale ja jestem slabo poinformowany i niestety przychodzi mi na mysl tylko jeden, w ktorym sam pracuję. Wiec na wszelki wypadek powiem, że w tej edycji konkursów grantowych na 10 przyznanych grantów PRELUDIUM doktoranci z tego instytutu dostali 6 - w czym 4 dla kobiet. Sadze, ze raczej nie pasuje to do opinii, ze nie są wspierane dzialania młodych w zdobywaniu funduszy, a już zwłaszzca, ze dyskryminowane są studentki.

      Dodam tez, że wybor promotora to nie malzenstwo, wiec jesli sie okazuje, że wybor byl chybiony to nie trzeba zgody papieża na unieważnienie.

      Usuń
  11. Michał Żmihoski został wybrany członkiem Komitetu Ekologii PAN.

    To wiadomość spóźniona, ale skłonił mine do jej podania zdumiewający wpis na początku tej dyskusji:

    "Michał Z. podobnie jak niektórzy blogowicze są jednymi z najbardziej znienawidzonych osób przez ludzi ze "starego systemu"

    Jeszcze bardziej mnie zdumiało, że Michał, zamiast napisać, że to jakieś nieporozumienie, przyjął pozę męczennika (in spe).

    Wyjaśnienie dla młodych gniewnych: Podstawowy skład Komitetu PAN tworzą, z definicji, "starcy" (profesorowie i habilitowani oraz członkowie PAN). I to właśnie oni, z nieprzymuszonej niczym woli, "dobrali" Michała do składu Komitetu - w którym ma teraz dokładnie taki sam głos jak oni.

    Dodam tez, że zasadniczym powodem dla którego kandydatura Michała zostala zaproponowana (przez gościa wychowanego w starym systemie - akurat go dość dobrze znam) jest to, że Michał prowadzi niniejszego bloga.

    Krótko mówiąc: proponuję spróbować wyzwolić się z mitologiczno-martyrologicznego schematu walki oświeconych młodych z konserwatynym ciemnogrodem "starych". Sądzę, że to już przestała być właściwa perspektywa dla konstruktywnej dyskusji o reformie systemu awansu naukowego, że kryterium "wiekowe" nie stanowi teraz najistotniejszej osi konfliktu interesów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wyjaśniam - nie przyjąłem pozy męczennika, po prostu nie bardzo w to wierzę (chyba podobnie jak przedmówca), a ten mój komentarz o znikaniu bez śladu to przecież żart!
      pozdrawiam,

      Usuń