poniedziałek, 7 marca 2011

i jeszcze o szkolnictwie

http://www.alert24.pl/alert24/1,84880,9214982,Student_nic_nie_umie__Niewazne__Wazne__by_uczelnia.html


szymek

5 komentarzy:

  1. Czołem,

    ok, poczytałem tego trochę i stwierdziłem, że coś od siebie napiszę.

    Sprawa pierwsza - z punktu studenta.
    Zaliczanie przedmiotu komuś kto niczym się nie wykazuje jest nie fair wobec studentów, którzy się do nauki przykładają. Tego typu zachowanie należy potępiać.

    Sprawa druga - z punktu wykładowcy vel prowadzącego zajęcia.
    Jeżeli ja nie zaliczam studentowi, a zrobi to za mnie dziekan, lub ktoś inny przez niego wytypowany - to po jakiego wała wykonuję swoją pracę??? Nie mówiąc o tym, że postępowanie tego typu jest oszustwem.

    Refleksje:
    Słabo mi, kiedy pomyślę sobie, że cały wysiłek jaki wkładam w przygotowanie, a później przeprowadzenie zajęć zostałby następnie spuszczony do kibla. Skoro ktoś nie zaliczył i dodatkowo oblał poprawkę, to jak można go puścić dalej?! Jeżeli są ludzie, którzy na uczelniach tak postępują, to nie szanują swojej pracy, pracy innych oraz pracy studentów.
    Mentalność w Polsce ciągle jeszcze pachnie dawnymi latami a'la PGR, gdzie nieważne co i ile się robi...

    W tej chwili mamy w kraju masę ludzi z mgr, ale co z tego skoro część z nich skończyła studia na zasadzie, "puśćmy tego studenta". Kompletne nieporozumienie.

    Na swojej uczelnie też słyszałem o zaliczeniach "do bólu", czyli kilka poprawek, aż do skutku - czyli aż w końcu studentowi uda się zaliczyć. Masakra, czemu to ma służyć??

    Sprawa trzecia: hipokryzja ministerstwa.
    Ministerstwo twierdzi, że nic na temat przepychania studentów na siłę nie wie. To tak jakbym ja nie wiedział nic na temat tego co się dzieje na mojej klatce schodowej. Dalej nie komentuję.

    Nie dziwi mnie więc stwierdzenie, z którym się często spotykałem, że "łatwiej jest wylecieć w kosmos, niż z uczelni". Jak tak dalej pójdzie to NASA będzie miała w Polsce konkurencję. Ale kogo posadzimy za sterami lub przed konsolą operacyjną misji, skoro uczelnie wyższe produkują i puszczają w świat ludzi mających problemy z dodawaniem i mnożeniem.

    Pozdr,

    Michał Skierczyński

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że nie jest niemożliwy mechanizm odwrotny: jeżeli z uczelni trudno wylecieć to znaczy, że produkuje ona kiepskich magistrów, ma kiepskie notowania na rynku (jakość absolwentów jest brana pod uwagę jako kryterium oceny jednostki), co uruchamia szereg innych procesów, np. taki że jest mało chętnych do studiowania, jednostka musi obniżyć ceny za wieczorowe i zaoczne (bo jak jest kiepska to musi być przynajmniej tania) itp. Więc nie zdziwiłbym się gdyby zabiegi tego typu w dłuższej perspektywie czasowej przynosiły ekonomiczne straty...

    A co do tej konkretnej sprawy to smród na całą Polskę. Jeżeli ta rozmowa była protokołowana lub przynajmniej jest kilku świadków to dziekan powinien polecieć.

    pozdr
    michał żmihorski

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety nie jest to przypadek odosobniony. Może tak dosłownie z nakazem przepychania studentów się nie spotkałam ale wiadomo, że obecnie wylecieć ze studiów prawie się nie da. Jeżeli na pierwszy rok leśnictwa czy biologii przyjmuje się wszystkich albo prawie wszystkich chętnych (nie dla tego, że studia stały się mniej popularne, niż mamy) to potem o każdego studenta jest walka. Utrzymanie jak największej liczby studetów jest w interesie wszystkich, wiadomo student=kasa, niestety. O przeciętnym poziomie prac dyplomowych nie wspomnę. Tylko jaki ma być, jeśli rocznie wypychamy (i to jest dobre słowo) kilkunastu do ponad 20 dyplomantów?
    pzdr
    Dagny Krauze

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam,
    Przepychanie studentow to jeszcze nie jest najwiekszy problem. Bo to zazwyczaj jest niewielka garstka jakis obibokow. Problem zaczyna sie wlasnie na etapie przyjmowania na studia. Bo na wielu kierunkach nie ma zadnej selekcji a i jeszcze we wrzesniu urzadza sie lapanki wsrod absolwentow szkol srednich. Jest to bledne kolo, ktore ciezko jest przerwac w realiach nizu demograficznego i duzej liczby uczelni walczacych o przetrwanie na rynku. Konczy sie to tym, ze na wykladach siedza dresy w kapturach, paniusie maluja sobie palce, a wiedza wiekszosci takich delikwentów ogranicza sie do rozpoznania rosliny od zwierzęcia. Nie mowiac juz o jakiejs podstawowej terminologii z danego kierunku, bo to juz prawie jak nauka jezyka obcego.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Fakt przyjmowania obiboków na studia to jednak wciąż nie przyczyna, ale skutek.
    Przyczyna leży w samej idei wiązania funduszy z liczbą studentów, i problem odnosi się w równej mierze do szkolnictwa wyższego co do edukacji w Polsce w ogóle. Zamyka się szkoły podstawowe i gimnazja tłumacząc to niżem, podczas gdy można by to wykorzystać do poniesienia jakości kształcenia. Podobnie, niż mógłby wnieść pozytywny oddech do uczelni. Ale nasi włodarze podchodzą do edukacji jak do służby zdrowia: pieniądze za pacjentem (całkiem logiczne, bo walutą jest ludzkie zdrowie i każdy pacjent zweryfikuje jakość) - pieniądze za studentem/uczniem (zupełnie nielogiczne - bo walutą jest papier, nie wiedza (przynajmniej na to leci większość studentów)).

    OdpowiedzUsuń