piątek, 9 grudnia 2016

Sny o wdrożeniach

Minister Gowin dużo mówi o współdziałaniu biznesu i nauki. Powstaje (a może już powstał) Pakt dla nauk technicznych (który to już z kolei? jakiś rejestr wszystkich paktów i map drogowych jest potrzebny) mający na celu wskazanie barier i dalszych dróg rozwoju. Powstała niedawno koncepcja doktoratów i habilitacji wdrożeniowych, napisano ustawę o innowacyjności, itp. Generalnie mam wrażenie, że idzie na to masa środków publicznych i energii w Ministerstwie. Zdaje się, że idea jest taka: przymusimy by biznes korzystał z geniuszu naszych naukowców, a staniemy się drugą Japonią. Tu na przykład sprawozdanie z konferencji na ten temat we Wrocławiu:

Czy takie odgórne stymulowanie współpracy biznes-nauka i stymulowanie wdrożeń ma szansę na poprawę sytuacji? Bardzo wątpię, bo odgórnie niewiele można zmienić narzucając rozwiązania wymyślane w ministerialnych gabinetach (a przez to słabo związane z rzeczywistością). Tym bardziej, że po stronie naukowej mamy wciąż środowisko zdominowane przez co najwyżej mierne kadry. Jednak w ramach szerszego komentarza, zacytuję tekst prof. Karpińskiego, który już rok temu pisał na ten temat bardzo trafnie, a dziś przywołał swój tekst na facebooku (tutaj link):

"Pan Minister NiSW i Wicepremier Jarosław Gowin chce naukowo budować polski przemysł technologiczny. Uważa, że „Powstało wiele ośrodków badawczych, mamy infrastrukturę naukową naprawdę na często światowym wręcz poziomie. Z drugiej strony to się nie przełożyło na wdrożenie". Panie Ministrze, nie przełożyło się to na wdrożenia bo powstały budynki i infrastruktura bez zatrudnienia konkurencyjnej kadry naukowo-badawczej. Np w Szwecji w kraju o najwyższym współczynniku wdrożeń innowacji w EU robią to dokładnie na odwrót jak w Polsce. Najpierw zatrudniają konkurencyjnych naukowców z całego świata, generują krytyczną masę naukową i wynalazczą a potem dopiero budują nową infrastrukturę o której decydują już zatrudnieni konkurencyjni naukowcy. W Umea Plant Science Centre (UPSC) ten proces zajął około 15 lat, podobnie we Flamandzkim Instytucie Biotechnologii (VIB) w Gandawie (Gent). Panie Ministrze w Polsce, która jest na ostatnim miejscu we wdrożeniach innowacji w EU nie ma wystarczającej podaży patentów w nowoczesnych technologiach! Podaż patentów i wynalazków np. w 2014 r. jest ponad 27 razy mniejsza niż podaż w Szwecji czy Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii Proszę pamiętać, że mniej więcej co 8 lub co 10 wytworzony patent uzyskuje wdrożenie z sukcesem. 

Panie Ministrze aby zasypać "dolinę śmierci", należy zmienić strukturę zatrudnienia na polskich uczelniach technicznych i nie tylko technicznych. Powszechnie wiadomym jest fakt, że poziom i ilość naukowych publikacji w badaniach podstawowych odzwierciedla poziom i ilość patentów. W UPSC czy VIB zwiększono radykalnie w latach 1995-2005 poziom i jakość publikacji naukowych poprzez zatrudnienie konkurencyjnych naukowców, liderów grup aby dokonać wzrostu podaży patentów i wdrożeń w latach 2005 - 2015. W Polsce 50% naukowców publikuje bardzo słabo lub wcale. Kolejne 35% publikuje przeciętnie a tylko 15% jest konkurencyjnych w Europie i w Świecie. W Szwecji ponad 50% wszystkich naukowców jest konkurencyjna w EU i w Świecie. Panie Ministrze rektorzy już mydlą Panu oczy. Z Rektorami nie zreformuje Pan nauki i szkolnictwa wyższego. Przyjmuje Pan dokładnie taką strategię jak Pańscy poprzednicy. Ta droga prowadzi do słabizny naukowej i wdrożeniowej i utopienia pieniędzy w błocie.
Proszę pamiętać, że patenty i wynalazki powstają w głowach wybitnych naukowców i inżynierów a nie w budynkach i biurach rektorów czy dziekanów..
Pozdrawiam, Prof. Stanisław M. Karpiński"

Trudno się z tym nie zgodzić, bo w polskich jednostkach badawczych wciąż pracuje masa ludzi niekompetentnych, takie osoby dostają duże granty (całkiem niedawno w naszej działce) i z tym zespołem nic się nie uda - wszelkie reformy, wdrożenia, ubiznesowienie nauki zdechnie pochłaniając przy okazji masę forsy. Dlaczego Minister nie bierze się za zmiany kadrowe, dlaczego ten kluczowy problem, będący źródłem większości innych, bardziej szczegółowych, jest pomijany? Coraz bardziej niestety tracę wiarę w pozytywne zmiany, na które liczyłem.

Michał Żmihorski

96 komentarzy:

  1. Jeżeli minister Gowin, nie weźmie się za miernoty, które okupują uczelnie poczynając od sprzątaczek, poprzez administrację a na profesorach kończąc nic się nie polepszy. Choćby rzucił bilion, bilionów dolarów to nic się nie zmieni. Problemem od samego początku są ludzie. Granty dostają słabi naukowcy.
    Nie należy jednak liczyć na to, że coś się zmieni skoro,
    1. Zwykle uczelniami czy wydziałami rządzą słabi naukowcy. Nie będzie im zależało na podniesieniu poziomu, skoro te zmiany mogą dotknąć ich samych. Problem aktualnie nie są mierni adiunkci ale mierni profesorowie i doktorzy habilitowani.
    2. Aktualnie habilitacje rozdawane są na lewo i prawo i niemal każdy kto ma jakiś tam układ i dorobek rzędu 3-5 publikacji z IF, taką habilitację dostaje. Można powiedzieć ok ale w tym wszystkim jest gigantyczny problem.
    W głównej mierze ostatnie habilitacje dostały osoby w wieku 50-60 lat. Tak się dzieje na wielu Wydziałach w Polsce. Po otrzymaniu habilitacji te osoby są nie do ruszenia. Tak więc nie robią nic poza dydaktyką a blokują etaty dla młodych i zdolnych. Przez następne 15-20 lat będą oni okupowali stanowiska na uczelniach, blokując dalszy ich rozwój.
    Nawiązując do punktu pierwszego. Rektor/dziekan ich nie ruszy bo reprezentuje ten sam poziom.
    Nie wiem co w aktualnej sytuacji można zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo, bardzo się zgadzam z powyższą wypowiedzią (BTW: przeleżała w spamie od wczoraj, sorry - nie zauważyłem!). W ogóle uważam, że znacznie poważniejszym problemem jest zalew miernot niż niskie finansowanie nauki (dlaczego tak niewiele osób to dostrzega??). Mając mało kasy, ale dobrych ludzi na pokładzie, można znaleźć dużo dodatkowych źródeł forsy (obecnie jest na serio sporo fundacji, funduszy, konkursów itp) ale mając miernoty, i to na kierowniczych stanowiskach (często z habilitacją!), możemy mieć tu złote klamki i chodniki, a nic się nie zmieni! Ten system jest w stanie wchłonąć budżet armii USA a i tak na koniec wypluje publikację do Zeszytów Wyższej Szkoły Gotowania na Gazie...

      Usuń
    2. Zaczne od tego, ze ja bardzo cenie Pana blog. Ale z powyzsza wypowiedzia kompletnie sie nie zgadzam. Powtorze (do znudzenia), ze glowny problem z polskimi grantami jest taki, ze maja one inna strukture wydatkow niz granty zachodnie, czyli skladnik o nazwie honoraria, ktory wypacza ich charakter. Nikt normalny nie aplikuje po to, aby miec srodki na badania, tylko przede wszystkim po to, aby znaczaco dorobic sobie do pensji. Nie liczy sie cel projektu, wyniki itp. tylko "skok" na kase. I z tego powodu nikt normalny nie stara o granty UE, gdyz tam trzeba sie narobic za w sumie "psie" pieniadze. Oczywiscie sa zawsze jacys hobbysci, co chca sie pokazac, ale ludzie rozpoznawalni moga sobie swietnie funkcjonowac w oparciu o kase krajowa. Dlatego tez normalni ludzie nie beda sobie zawrac glowy wdrozeniami, jesli kasa w honorariach dalej bedzie do wziecia. Zas jesli mialbym kogos zwalniac, to przede wszystkim tych ekspertow z Punktow Kontakowych do grantow UE. Oni sa do niczego niepotrzebni.

      Usuń
    3. dzięki za dobre słowo o blogu!
      w sumie nie wiem w jaki sposób moja wypowiedź jest sprzeczna z Pańską - myślę, że wskazujemy trochę dwa problemy, które są ważne (czy powyżej napisałem coś, co wydaje się Panu błędne?).

      Co do struktury honorariów w grantach - tu faktycznie jest kilka rzeczy postawionych na głowie. Na przykład dochodzi do tego, że realizacja grantu jest postrzegana przez dyrekcję jednostek jako działalność dodatkowa do standardowej działalności naukowej, dochodziło nawet do tego, że wymagano by granty były realizowane poza godzinami pracy! A pensja w grancie jest czymś dodatkowym do pensji - tak jak Pan to opisuje. Sam starałem się o granty w PL głównie po to, by dorobić do pensji (myślę że nie można mieć o to do mnie wielkiej pretensji, bo jako doktorant miałem średnio 800zł/mc/rękę, potem jako adiunkt 2000, więc te parę stów z grantu znaczyły dużo).

      W Szwecji na przykład jest zupełnie inaczej: tam 100% pensji jest opłacane z grantu, który z resztą służy głównie do tego właśnie. Są to oczywiście pensje wyższe (rzędu 12-15000zł/mc na rękę). Więc tam sprawy są postawione jasno, i nie ma absurdalnego konfliktu: grant albo statutowe.

      Usuń
  2. Nie, nie będę tym razem przytaczał wierszyka Janka Brzechwy i żartował typu ciepło/zimno. Sprawa jest zbyt poważna. Pod wypowiedzią Prof. Karpińskiego podpisuję się "dwoma ręcami". Pan Redaktor jest w "innym świecie" i coraz bardziej "łapie się za głowę" (gratuluję i współczuję). Ale też warto, oprócz celnej diagnozy, zobaczyć ważną przyczynę uwiądu innowacyjnego "polskiej nauki". Uwiądu, nie spotykanego w UE (może z wyjątkiem Bułgarii i Rumunii). Miałem to szczęście, że dość wcześnie, bowiem w latach jeszcze ubiegłego wieku byłem powoływany do tzw. ewaluacji projektów aplikowanych do Programów Ramowych UE. Naiwnie wyobrażałem sobie, że po kilkunastu latach uczestnictwa polskich instytucji naukowych w tych programach Polska będzie odzyskiwać przynajmniej 90% włożonych w te programy środków, a składanie wniosków do Programów Ramowych zawita "pod strzechę", czyli obejmie szeroki wachlarz uczelni, instytutów i innowacyjnych firm, i tam też zagoszczą nowości technologiczne, jako produkt tzw. współpracy europejskiej. Fajnie było żyć w tych czasach iluzji. Tymczasem rzeczywistośc okazała się zupełnie inna i jak podają wiarygodne źródła, nauka polska korzystała tylko z 30-40% włożonych do tych programów przez rząd środków, a zamiast zachęcać finasowo beneficjentów, MNiSW np. nie potrafiło wynegocjować przyzwoitego poziomu honorariów za uczestnictwo w projektach tych programów. W efekcie, wskaźnik "odzysku" w Horizon2020 jest jeszce gorszy (statystyki uwzględniajace wielkość kraju, są dla Polski bardzo zawstydzające). Jaki to ma związek z poziomem innowacyjności, o którym pisze prof. Karpiński? Ano podstawowy. To właśnie udział w konsorcjach miedzynarodowych jest najlepszą szkołą tzw. transferu technologii, i na tej bazie, rozwoju własnej innowacyjności naukowej i technologicznej. Nie łudżmy się, bez wymiany idei, synergii pomysłów i warsztatowej współpracy z technologicznymi centrami, pozostaniemy na marginesie ścieżki rozwoju cywilizacyjnego. Ktoś pomyśli: przesada facet z tą Unią. Proszę bardzo wobec tego skorelować poziom innowacji, wzrost indeksów technologicznych z udziałem w programach ramowych (per capita) nowych 13 krajów UE, nie mówiąc juz o krajach "starych". Kolejne rządy polskie, nie wyłączając obecnego, pokpiły tę scieżkę rozwoju i teraz mamy czas "szukania dna w nocniku" dosadnie opisany przez prof. Karpińskiego. Ja nie będę podpowiadał Ministerstwu, co z tym zrobić, bo sądzę, że doskonale to wie. Ja tylko dam przykład dwóch krajów, które będąc na poziomie naszych aspiracji, potrafiły spowodować nie tylko ok. 100% "odzysk" kasy przeznaczonej na Programy Ramowe UE, ale są też w czołówce rankingu innowacyjnosci gospodarki. Mam na myśli Włochy i Hiszpanię. Otóż od bodajże 5 PR rządy tych krajów zlikwidowały (lub bardzo ograniczyły) finansowanie nauki ze środków krajowych, słusznie uznając, że skoro rząd opłaca udział w programach ramowych, to tam należy szukać finansowania pomysłów i projektów. Cóż, Polska jest prawdopodobnie bardzo bogatym krajem, skoro ją stać nie tylko na stratę setek mln euro (tranferowanych m.in. do tych dwóch krajów), ale również na zabawy w tytułomanię, punktomanię, utrzymywanie grantów NCN, czy NCBiR (wiele mln PLN, częściowo dla tzw. "grona przyjaciół"), które nijak nie przekładają się na nowoczesne technologie widoczne na rynku miedzynarodowym. Nie dziwmy się więc, że żyjemy w kraju, w którym biolog molekularny jest uznanym ekspertem od katastrof lotniczych (przecież to Profesor), rząd utrzymuje za grube miliony PLN instytucje (Krajowy Punkt Kontaktowy i sieć RPK) do przentacji dostępnych powszechnie zawartości portali internetowych Komisji Europejskiej, a nie powołuje biur pozyskiwania i obsługi projektów z programów ramowych, minister publikuje wielomiliardowe programy gospodarcze w power point, a lud ustanawia Chrystusa Królem Polski, mimo, że "jak wół" w Nowym Testamencie stoi, że do objęcia królestwa na Ziemi Chrystusa namawiał Szatan. Alleluja i do przodu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z mojej perspektywy, problem z grantami polega na tym, że okropnie nie chciałbym mieć swojego grantu, bo to prawdziwa mordęga prowadzić grant w Polsce. Cała ta biurokratyczna otoczka, zaczynająca się już od samego etapu pisania wniosku, poprzez wszystkie raporty, obsługę w jednostce itp. skutecznie mnie zniechęca. NCN coraz bardziej komplikuje formularze, wymyśla kolejne punkty, zmienia non-stop zasady, a w instytucjach naukowych jest raczej niewielkie wsparcie ze strony administracji. Zbyt cenię swój czas, by pisać grant i go potem obsługiwać, stając się tym samym pracownikiem pół-technicznym. Dziękuję, postoję. Nie wiem ile osób podobnie na to patrzy. Z grantami unijnymi/zewnętrznymi jest podobnie - te wszystkie punkty kontaktowe i biura doskonałości raczej niewiele pomagają na moje oko (natomiast z pewnością sporo kosztują). Z resztą nie rozumiem po co są tworzone nowe punkty kontaktowe, skoro nadal są stare a tych międzynarodowych projektów jest jak na lekarstwo...

      Usuń
  3. Nie moge zgodzic sie z diagnoza prof. S.Karpinskiego. Ta diagnoza zawiera tylko polowe prawdy. Tzn. faktycznie w Polsce funkcjonuje swiat starych lesnych dziadkow, ktorych grupy publikuja niewiele i/lub tylko w zeszytach lokalnch. Ale od powiedzmy 15 lat mmy tez srodowisko mlodych lesnych dziadkow (to ci co przejeli NCN). Oni publikuja sporo i w dobrych czasopismach. Tylko tez nic z tego nie wynika. Gdyz dla nich celem (samym w obie) jest strzelanie punktow i zdobywanie honorariow z grantow. Rzeczy te opisal juz tutaj Anonimowy 9 grudnia 22:05. To mozna byloby rozwiazac poprzez calkowite obciecie honorariow (zostawiajac, jak na Zachodzie, tylko aparature i gole pensje dla postdocow), a jak ktos chcialby dorobic to niech bierze zlecenia bezposrednio od firm lub niech wprowadzi spolke na gielde, jako glowny udzialowiec. Tylko to na razie nie przejdzie. Mlode lesne dziadki na to nie pozwola - uwlaszczyli sie na grantach, to na razie chca sobie troche poszalec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę,że ta wypowiedz Anonima z 10 grudnia 14:56 jest kuriozalna. To jeśli ktoś dużo publikuje i w dobrych czasopismach to źle?? Takie brednie mogły powstać tylko w polskim umyśle. Przewrotnie pytając - co wynika z tego, że okupujesz swoje stanowisko w swojej jednostce? Jesteś typowym przykładem starego leśnego dziadka, który żyje wspomnienami o socjaliźmie. Tak najeżdżacie na NCN? To sobie zobaczcie jak wygląda przydzielanie środkóww na naukę w MNiSW - to jest dopiero bagno. Prawda jest jednak taka, ze od kilku lat pieniądze na badania zostały skanalizowane w kierunku osób, które próbują uprawiać naukę. Oczywiście szara masa nierobów krzyczy jak stado świń w rzeźni, za każdym razem kiedy ich naukowa mierność zostaje zdemaskowana.

      Usuń
    2. Ta wypowiedz powyzej to prawdziwa perelka. Gosc boi sie, ze go odetna od kasy wiec zarzuca innym sianie paniki. Spokojnie Gosciu, napisalem, ze na razie nic sie nie zmieni.

      Usuń
    3. Do 12:21 i nie tylko . W Polsce systemy parametryzacji jednostek, ocen okresowych i do awansów, ocen projektów do NCN itd, itp, są zdominowane przez kryterium punktowe za publikacje. OK, tylko jest to system na dobra sprawę blokujący aktywność projektowo-wdrożeniową. W krajach cywilizowanych odpowiednia ilość publikacji, przyzwoity poziom IF, liczne cytowania są okolicznosciami, nad którymi nikt nie debatuje, bo żaden pracodawca z ambicjami nie zatrudnia słabych naukowców. Tam debatuje sie własnie nad projektami zmieniajacymi rzeczywistość gospodarczą, społeczną, czy inną. W Polsce wiedza i poziom tworzenia takich projektów jest na bardzo niskim poziomie, a system zniechęca do starania się o nie i wręcz usypia twórczych naukowców, którzy spoczęli na laurach indeksu Hirsha i innych wskaźników (wszyscy znamy rózne towarzystwa wzajennej adoracji, typu ja dopisze ciebie, ty dopiszesz mnie). Nabijanie punktów nie zmienia rzeczywistosci (rozumianej np. poprzez wskaźnik innowacyjności). Tą zmieniają zrealizowane projekty i wdrożenia, co bardzo ważne, z wymagajacym systemem oceny wniosków (np. w Horizon2020). Nie przeciwstawiajmy więc sobie wdrożeń i jakosci publikacji. To pierwsze wynika z drugiego, pod warunkiem, ze przestawimy myślenie o nauce z pop "publish or perish", na np. cpop "create project or perish" (bo publikacje i tak musisz mieć).

      Usuń
    4. zgadzam się, że nie ma przeciwieństwa między publikacjami a wdrożeniami - oba komponenty są potrzebne i nawzajem się stymulują. Zwróćcie jednak uwagę na problem wdrożeń, choćby dziedzinę "applied ecology" w naszej działce: totalna pogarda dla nauki w tej kwestii. Można udowadniać, że betonowanie koryt górskich rzek i wycinanie lasów powoduje zagrożenie powodziowe, pokazywać badania, wyniki symulacji itp., a te głąby u władzy to wszystko ignorują i dostają kasę z Unii na zabezpieczenia przeciwpowodziowe, polegające na wycinaniu lasów i betonowaniu koryt... No ręce opadają! Tak samo z innymi tematami (łowiectwo, leśnictwo, gospodarka wodna, rolnictwo - wszędzie). No to po co mamy zacieśniać współpracę nauka - praktyka, skoro sam rząd (=administracja, urzędnicy) robi swoje wbrew nauce i zdrowemu rozsądkowi?

      Usuń
    5. Odpowiedź Anonimowego z 10 grudnia 2016 14:56 bynajmniej nie jest kuriozalna!!!
      To co jest kuriozalne to są wypowiedzi pojawiające się nie tylko na tym blogu, że polską gospodarkę zbawią naukowcy, a przez naukowców rozumie się osoby zdobywające granaty i podliczają swoje SIFy!!!
      Doprawdy trzeba mieć zero krytycyzmu lub nigdy nie wychylić nosa z zaściankowych polskich uczelni, żeby nie rozumieć, że nigdzie nie będzie rozwijającej się gospodarki i Nauki (w odróżnieniu od impaktowej makulatury) BEZ WYKSZTAŁCONEGO SPOŁECZEŃSTWA. A to co leży w tym kraju na cztery łopatki to jest właśnie edukacja pomimo kuriozalnych zapewnień Marka Kwieka, że jest dobrze.
      Oczywiście polskie uczelnie wymagają całkowietego "przeorania" organizacyjnego i kompetencyjnego, a przede wszystkim mentalnościowego. Podstawową misją uczelni jest PRZECHOWYWANIE i rozpowszechnianie wiedzy i kultury czyli szeroko pojęta misja edukacyjna i kulturotwórcza. Dopiero na tej bazie można zacząć tworzenie nowej Wiedzy. Polskie uczelnie wg moich doświadczeń i obserwacji statystycznie dawno utraciły zdolności wywiązywania się z tej misji i stąd wynika konieczność ich głębokiej reformy.

      Te wszystkie dyskusje o SIFach, ścieżce awansu, habilitacjach prufesurach marcowych lub wrześniowych są zwyczajnie śmieszne i świadczą albo o olbrzymim egocentryźmie dyskutantów, albo potwierdzają całkowitą zaściankowość intelektualną plskich domniemanych elYt akademickich na miarę końcówek wszelkich rankingów (edukacyjnych, naukowych, innowacyjności).

      A osobom, które uważają, że Polskę zbawi zatrudnienie na uczelniach wszystkich żyjących jeszcze noblistów (a co bierzemy tylko najlepszych!!) polecam cytat z książki Jerzego Thieme "Szkolnictwo wyższe. Wyzwania XXI wieku. Polska Europa USA" Rozdział 4.5.9. Niekorzystne tendencje (o SW w USA).
      Cytuję:
      "Absolwenci szkół średnich walczą o to, żeby się dostać do najlepszych uniwersytetów wschodniego wybrzeża, w tym na Harvard. Ale nie zdają sobie sprawy z tego, że nauka na poziomie licencjackim w tych uniwersytetach pozostawia bardzo wiele do życzenia. Profesorowie często uczą tego, co lubią lub co ich pasjonuje, a nie tego, co interesuje studentów lub co jest im potrzebne. (...)
      Większość kadry koncentruje się na badaniach, a nie na nauczaniu, gdyż rezultaty badań łatwiej mierzyć i osiągnięcia badawcze prowadzą do awansów, pieniędzy, prestiżu i szacunku."

      Podkreślam: awanse, pieniądze, prestiż to główne tematy dyskusji o "reformie" polskich uczelni, a ich symbolem jest dla wielu akademików stopień, tytuł, ilość grantów, humoris causów i "zasiadania" w ważnych gremiach. Tylko te stopnie i tytuły się bardzo zdewaluowały w odbiorze społęcznym więc zamiast poczucia własnej wartości, misji społecznej i odpowiedzialności środowisko walczy o REGLAMENTACJĘ tychże dóbr bo przecież nie dla psa kiełbasa. Tymczasem edukacja dalej leży na czterech łopatkach, a żeby odkryć Amerykę w XXI wieku trzeba ciągle wyjechać z kraju (tutaj autentycznie chylę czoło przed wartością edukacyjną uwag Autora bloga na temat doktoratów i postdoców w Szwecji - jak widać tłumaczenie polskim akademikom oczywistych oczywistości jest ciągle konieczne).
      Można się obrażać na testy PISA i badania OECD, ale to właśnie w okresie edukacji ponadgimnazjalnej (liceów i studiów) rozwarstwienie między kompetencjami naszych wychowanków i ich rówieśników z całego swiata pogłębia się dramatycznie (badania PIAAC)!!!

      A tak w ogóle to czarno to wszystko widzę bo edukacj uniwersytecka to w tym kraju jedna wielka HUĆPA, coś co trzeba "odfajkować" jak najmniejszym kosztem a potem mamy nauczycieli matematyki dzielących przez zero, itd, itp...

      Usuń
    6. Anonimowy 11 grudnia 2016 13:51. Nie wiem dlaczego sobie ubzdurałeś, że misją naukowców jest edukacja? Oczywiście, że częściowo jest. Ale w jaki sposób mają kształcić społeczeństwo, jeśli nie uprawiają prawdziwej, światowej nauki (sensu: prowadzenie badań). To kolejny pomysł oderwany o rzeczywistośći. Przykład Harvardu jest kompletnie nietrafiony, zważywszy dodatkowo na to, że uczelnia utrzymuje się z prywatnych datków. Zresztą, ten cytowany (profesor) Thieme, to lubuje się głównie belerystyce, i ciężko na poważnie brać jego twórczość, tym bardziej, że przesiaduje głównie w Polsce, a nie w USA.

      Usuń
    7. Panowie, ale rozdmuchujecie fałszywy konflikt między edukacją a nauką, tymczasem to są dwa niezbędne elementy prowadzenia nauki. Edukacja bez nauki będzie tym, co można obserwować u nas, gdzie osoby kompletnie bez dorobku i jakiejkolwiek wiedzy biologicznej dostają możliwość prowadzenia doktoratów. Tymczasem nauka bez edukacji, czyli bez nowego pokolenia (doktorantów, magistrantów itp) przynoszącego nowe spojrzenie i pomagającego starszym kolegom w prowadzeniu badań, też nie ma racji bytu. Więc bez sensu jest chyba przeciwstawianie sobie tych dwóch składowych nauki.

      Usuń
    8. Michale, problem w tym, że ta dychotomia, edukacja czy nauka, zdominowała polską politykę naukową odkąd pamiętam. A jest to dylemat fałszywie postawiony: należałoby się raczej pytać o odpowiedzialność społeczną, ang. accountability, słowo, które posiada hasło w wikipedii angielskiej, ale już nie polskiej, bo u nas tego problemu nikt nie dostrzega. To prawda, że bez nauki na rozsądnym poziomie nie ma edukacji, która wykształci pracowników do czegoś lepszego niż taśma czy montownia. Ale z drugiej strony panujący u nas od zawsze kult nauki czystej, przyrównywany przez złośliwców do brudzenia papieru farbą drukarską, prowadzi do wykształcenia się kasty naukowej magnaterii, która żyje z tego, że drenuje państwowe fundusze na naukę. Nikogo nie wkurza, że kryteria KEJN promują tych, którzy najwięcej gromadzą i wydają, choćby na konferencję na Wyspie Wielkanocnej z żoną/kochanką w jednym hotelowym pokoju? Tymczasem należałoby zapytać, po co nam uczelnie i instytuty badawcze, co one dają społeczeństwu i co zrobić, by ich misja była lepiej dopasowana do tych potrzeb. Na pewno nie potrzebujemy brudzenia papieru bezwartościowymi proceedingsami z konferencji w Pcimiu Dolnym. Na pewno potrzebujemy kadr, które zajmą się innowacjami w przemyśle, ale i podejmowaniem racjonalnych decyzji w administracji czy kształceniem młodzieży w szkołach czy na uczelniach. Światowe publikacje sa tylko środkiem, na pewno nie celem; u nas zaś jest odwrotnie: są one środkiem do zaspokajania życiowych potrzeb kadry akademickiej - i to nie całej, tylko niewielkiej części tej jej cześci, która utrzymuje jakikolwiek kontakt ze światem.

      Usuń
    9. ZK, nie wiem czy masz rację pisząc, że "światowe publikacje są tylko środkiem, nie celem". Publikacja jest zamknięciem etapu prowadzenia badań, podsumowuje i ostatecznie udostępnia światu produkt pracy intelektualnej naukowców, poszerzając tym samym zakres naszej wiedzy w danym temacie - więc z tej perspektywy jest celem, nie środkiem. Poszerzenie naszej wiedzy jest celem nauki.

      Natomiast być może warto przydatność nauki dla praktyki i społeczeństwa, które ją finansuje, postawić jako inny cel. Myślę, że byłoby w tym sporo racji - ja w ten sposób widzę funkcję instytucji naukowych, szczególnie jeśli są finansowane z budżetu: powinny przynosić korzyść społeczeństwu, poprawiając jakość życia ludzi. Tylko totalnie nie kupuję takiego podejścia, że sam fakt, że profesor Igrekowski był łaskaw objąć katedrę na uczelni w mieście X, jest już dla obywateli wystarczającą nagrodą (część naukowców tak chyba definiuje swoją rolę w społeczeństwie - by nadstawiać rękę z pierścieniem do ucałowania). Nie - powinni być wymiernie przydatni, użyczać swojej wiedzy, mniej lub bardziej bezpośrednio, do poprawiania jakości życia ludzi.

      Usuń
  4. Panie Michale, nie wiem, czy Pan zauważył ale Pana blog jeśli chodzi o komentarze ludzi umiera. I nic dziwnego jeśli ciągle Pan kasuje niewygodne komentarze i "bawi" się w cenzurę. Każdy zresztą widzi, że na zasadzie prof. Karpińskiego próbuje Pan za wszelką cenę "wbić się" w nurt i liczy, że ktoś to zauważy i weźmie Pana do jakiejś rady doradczej. PO lubiła takich medialnych d..ków, na szczęście PIS jest oporny biorąc pod uwagę, że prof. Karpińskie dalej jest tam gdzie jest. Kiedyś Pana szanowałem, teraz uważam, że jest Pan zwykłym karierowiczem. Cieszę się, że blog zdycha, pokazuje to, że ludzie nie są tacy głupi i nie dadzą się robić dalej przez cwaniaka.
    A jeśli chodzi o granty NCN nie ma Pan zupełnie racji. Problemem nie jest NCN. Zmiany przepisów NCN zwykle są korzystne. Problemem jest administracja uczelniana i wciąż istniejące przetargi i zamowienia, które już dawno powinny być zniesione, a wciąż niestety mają się dobrze na uczelniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. usuwam komentarze obraźliwe i niemerytoryczne - ta zasada tu obowiązuje od zawsze, przykro mi, że Panu przeszkadza, ale niestety jej nie zmienię.
      Co do moich nadziei na załapanie się, za pomocą bloga, do "jakiejś rady doradczej" (niezbyt to stylistycznie Panu wyszło) to pozostawię bez komentarza - być może tak właśnie jest, nie mogę zaprzeczyć ;-)

      Co do grantów NCN - oczywiście administracja lokalna jest problemem, i ustawa o zamówieniach również, to prawda. Ale zmiany w formularzach grantowych, których dokonuje NCN co kilka miesięcy, stanowią (przynajmniej dla mnie) dość poważny problem. Poza tym, ostatnio otrzymaliśmy grant Preludium (ze mną w roli opiekuna) i tam znowu jest zarzut, że mam tylko 10 publikacji, podczas gdy ja mogę po prostu pokazać tylko 10... W mojej opinii te formularze są na tyle skomplikowane i na tyle często się zmieniają, że sam NCN i jego eksperci nie bardzo potrafią te wnioski oceniać.

      PS. kasuje Pana dwa kolejne posty, bo są identyczne jak powyższy - mam nadzieję, że nie uzna Pan tego za "cenzurę" i chęć załapania się do jakiejś "rady doradczej" ;-)

      Usuń
    2. Do Anonimowy z 10 grudnia 8:23. Odniosę się do tylko do uwagi personalnej do Michała. Otóż faktycznie! Nie ma nic gorszego niż młody, dobry naukowiec, który miał pomysł na potrzebny i, jak na razie, najważniejszy blog w tematyce. Nie zasługuje na szacunek za to, że ma odwagę imieniem i nazwiskiem podpisywać niewygodne dla pewnych grup wypowiedzi! A już najgorsze co mogłoby się przytrafić, to gdyby taki młody, zdolny, zorientowany w polskiej i światowej nauce człowiek trafił do jakiejś rady nadzorczej! Po trzykroć tfu! W radach mają zasiadać "misiewicze" i malkontenci! Bez wykształcenia, kręgosłupa moralnego, ale za to wierni, usłużni i zmieniający poglądy zależnie od sytuacji...

      Usuń
  5. Komentarzy na blogu faktycznie jest mniej niż kilka lat temu, ale mam trochę inną diagnozę przyczyny tego zjawiska. Na pewno przyczyną tego nie jest cenzura i wycinanie niewygodnych komentarzy - ten blog jest jednym z niewielu miejsc, gdzie można powiedzieć co się myśli.
    Nie wiem, czy pamiętacie (można zresztą to sprawdzić) jak ten blog kipiał komentarzami, gdy tworzono NCN - wszyscy byli pełni nadziei, że "wreszcie będzie normalnie". Potem przyszedł szok rezultatów pierwszych konkursów i osłupienie - przecież to nie tak miało być, miało być wreszcie merytorycznie i uczciwie. W tej chwili nikt nie wierzy już w to, aby cokolwiek mogłoby się zmienić w "kierunku normalności". Skoro nie ma na to szans, to po co tracić czas na spalanie się, pisząc posty, nawet najbardziej słuszne, skoro i tak wszyscy (tzn. decyzyjne dziady, obojętnie czy stare, czy młode) mają to w dupie? Lepiej skupić się na swojej robocie i dziergać publikacje.
    Akurat jeżeli chodzi o granty, to mam do całości sprawy stosunek bardzo podobny jak Michał. Miałem cztery granty (wliczając promotorski, jeden KBN, jednego Juventusa i jeden przydzielony przez KBN, ale rozliczany już przez NCN) i końcówka tego ostatniego to była mordęga. Dałem sobie spokój z grantami - za dużo papierkowej, nieefektywnej roboty. W porównaniu do efektów - skórka niewarta wyprawki, nerwy, ciągłe użeranie się z administracją i stres, że coś nie wyjdzie i co wtedy?. Teraz skupiam się na zbieraniu materiałów i publikowaniu tego, co przynosi "normalna" systematyczna praca naukowa. Całkowicie zgadzam się z prof. Karpińskim. Zobaczcie na przykład, jak wygląda proces naboru na stanowiska naukowe. Ostatnio miałem wątpliwość uczestniczyć w tego typu cyrku, który odbył się w G. - masakra, wygrał oczywiście namaszczony zakulisowo kandydat z dużo mniejszym dorobkiem. Przyznam jednak szczerze, że Komisja bardzo się nagimnastykowała intelektualnie, uzasadniając wybór "jedynego słusznego" kandydata. Prawnicy mieli sporą radochę czytając protokół, niemniej sprawa z prawnego punktu widzenia jest trudna i precedensowa, a jej efekt trudno przewidzieć. Cały czas się zastanawiam, czy warto coś z tym zrobić..

    Echinoparyphium

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałem, rządzący znieśli konkursy, więc o co chodzi?

      Usuń
    2. Tylko w służbie cywilnej, na stanowiska naukowe konkursowy tryb naboru pozostał bez zmian. Tzn. na papierze, bo jak jest w praktyce każdy widzi...

      Usuń
  6. Ten gość od młodych leśnych dziadków jest nie do zniesienia. Człowieku jakie pieniądze 40 tys. dla kierownika grantu na trzy lata uważasz za majątek. To jest około 1 tys. zł miesięcznie. Odejmując podatek to jest z 700 PLN. Ale się obłowię. Czy warte to jest uzerania się z administracją ? Ludzie którzy biorą granty z NCN (na pewno te młode leśne dziadki, do których prawdopodobnie się zaliczam i pewnie według twojej opinii równiez Pan Michał) nie biorą grantów dla tych 700-800 zł ale dlatego, żeby zatrudniać młodych i zdolnych, którzy niestety przez takich filozofów jak Ty nie mogą znaleźć zatrudnienia na uczelniach. Czasy kiedy z grantów się brało kokosy minęły, tak jak i staże zagraniczne, gdzie po roku na post-doc można było wybudować dom. Ale dla takich betonów jak ty jest to niezrozumiałe, że ktoś jedzie za granicę, żeby się czegoś nauczyć i bierze grant, żeby zatrudnić młodych i ich czegoś nauczyć. Zdejmij te okulary ciemnoty i popatrz że świat się zmienił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mlodych zdolnych bierze się dla odpisu 20-30% a zwłaszcza dla dodatku do pensji, który jeszcze niedawno, zwłaszcza po krzyżowym podzleceniu badań przez 2 kierowników, dawał drugą pensję bez żadnego stresu.

      Usuń
  7. Gosciu, odpowiem Ci w Twoim jezyku: otoz Ty to jakis cieniak jestes i my nie o takich dyskutujemy. Jak ktos jest mega-ch... to on bierze maestro i jest ustawiony. Ale fakt, warunki sie troche pogorszyly i dlatego jest tyle szumu, zeby zrobic uczelnie badawcze. Zeby nie trzeba sie bylo tlumaczyc przed takimi filozofami, jak ja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy z 18:23 - ani z Ciebie filozof, ani naukowiec, ani nikt przed Tobą się nie tłumaczy. Gdyby padał śnieg, to poleciłbym Ci ulepienie bałwana, miałbyś wówczas dyskutanta na swoim poziomie.

      Usuń
  8. Panie Michale, prosze NIE usuwac powyzszej wypowiedzi (Anonimowy 11:39). Pokazuje ona, jaki jest poziom merytoryczny dyskutantow z kregu mlodych lesnych dziadkow. Ponadto pokazuje ona, ze obecny system szybko nie padnie. NCN zostal przejety przez pewna grupe ludzi i oni oraz ich otoczenie nie zgodza sie na zadne sensowne zmiany. Dlatego prawdopodobnie powolane zostana jakies nowe ciala d/s wdrozen i d/s grantow UE. Ale sumarycznie wszystko bedzie mniej wiecej tak, jak teraz. Czyli zgadzam sie z Pana teza, ze obecnie mamy tylko "sny" min. Gowina o wdrozeniach. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja Panie Michale proszę o NIE usuwanie postów Anonima z 12:23 i jego wcześniejszych wypowiedzi, ponieważ są żywym przykładem bolesnego upadku systemu szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce.

      Usuń
    2. Z przykrością stwierdzam, że powyższa "dyskusja" obu Panów jest na poziomie przedszkolnym. Brakuje tylko głośnego tupnięcia butem w podłogę i wykrzyczenia "jesteś u Pani!". Doradzam nabrać większego dystansu do wypowiedzi innych dyskutantów, zwłaszcza tych z którymi się nie zgadzamy. A może wyjdzie coś z tego konstruktywnego?

      Usuń
  9. Przysłuchuję się tej dyskusji już od pewnego czasu, miałem olać sprawę i nie włączać się do dyskusji, ale człowiek od młodych leśnych dziadków jest po prostu żałosny i aż żal się robi, że tacy ludzie są w nauce polskiej. W swoich dyskusjach nie podaje rzeczowych argumentów, tylko obraża innych. Ocenia ich dorobek nie wiedząc kim są i co osiągneli. Przeszkadzają mu ludzie, którzy coś robią, publikują, dostają granty, ... ciągle źle. Jest w nim sama agresja. Nie wiadomo o co mu chodzi. Z tego co udało mi się wywnioskować jego ideą jest finansowanie badań dla samych badań. Ma ktoś ciekawy pomysł, więc trzeba mu dać kasę. I tak taki człowieczek, będzie dłubał przez 40 lat jeden problem a później pójdzie na emeryturkę bez żadnego efektu. Ale podatnik opłaci jego zabawę.
    Człowiek jest po prostu zazdrosny, że inni publikują, dostają granty, a on .... po prostu nie umie i to go boli. Ale niebezpieczne jest to, że takich zazdrośników jest cała masa na Uczelniach, włączając władze, więc dokonanie jakiejkolwiek zmiany będzie bardzo trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, ze poczul sie Pan zniesmaczony. Ale nie wiem na czym polega agresja z mojej strony, chyba tylko na tym, ze prezentuje poglady nieco inne od obowiazujacym, tj. ze pisze, ze polski system grantowy ma niewiele wspolnego z systemami obowiazujacymi na Zachodzie. Natomiast przypomne, ze to wobec mnie uzyto sformulowania "dla takich betonów jak ty jest to niezrozumiałe", wiec trudno abym byl w takiej sytuacji szczegolnie uprzejmy. Ale... to sa sprawy w sumie drugorzedne. Odnosnie naszego systemu grantowego, to jest to system tylko granto-podobny. Utrzymywanie honorariow dla ludzi na etatach (w przeszlosci mozna bylo pobierac takowe z kilku grantow) tak naprawde kompletnie wypacza/wypaczalo system. Jak to mozna bylo zrobic lepiej? Mamy tutaj p.Michala, ktory pracuje w "zdrowym" systemie szwedzkim i moze nam opowiedziec, jak to wyglada od podszewki. Pojawia sie tutaj p.Szulc pracujacy na stale w USA, ktory moglby tez opwiedziec bardzo dokladnie, jak to tam dziala u nich. Rzecz w tym, ze do tej pory nikogo to w ogole nie interesowalo. Wprowadzono natomiast po "po kryjomu" system, ktory sluzyl pewnej grupie ludzi i odtrabiono sukces. A po kilku latach okazalo sie, ze w statystkach swiatowych jest tylko gorzej, chociaz wydawalo sie, ze to juz niemozliwe. I z mojej strony to tyle. A teraz chetnie poslucham wypowiedzi innych. Odezwe sie znowu dopiero za jakis czas (aby nie byc posadzonym o spamowanie).

      Usuń
    2. Anonimowy12 grudnia 2016 17:47
      +1

      Usuń
  10. W ilu instytucjach poza Polską Pan pracował dłużej niż 1 rok i z ilu z nich uzyskał Pan granty?
    To co Pan pisze jest nie prawdą. W USA, są projekty, z których kierownik może brać pieniądze do kieszeni. Naukowcy mogą być i są konsultantami w firmach. Praca jako konsultant to przynajmniej $200 za godzinę. W grantach ERC są przewidziane wynagrodzenia dla kierownika, jeżeli zadeklaruje 50% pracy to drugie 50% może mieć jako etat na uczelni. Kolejna sprawa, w grantach NCN nie może Pan przekroczyć 100%. Jeżeli w jednym grancie ma Pan 20% to może Pan wziąć tylko 20% z maksymalnie przyznanych na rok środków z tego grantu. Jak Pan jest w 5 projektach to z każdego może Pan wziąć po 20% i wtedy będzie Pan miał 100% i te upragnione przez Pana 40 tys. na 3 lata.
    Ciągle się Pan odwołuje do tego, że z grantów zachodnich nie bierze się wynagrodzenia. Bo naukowcy w Niemczech/Francji/Szwecji itd. zarabiają po 5-8 tys. euro na miesiąc i w ramach ich obowiązków jest m.in. zdobywanie grantów. U nas w ramach tego co płaci państwo jest dydaktyka. Oczywiście jesteśmy rozliczani z badań ale płacone mamy za dydaktykę. Oczywiście biorę sobie wynagrodzenie z grantów, ale wydaje je często na rzeczy, które są mi do tego grantu potrzebne a których uczelnia nie chce kupić bo to np. nie jest urządzenie naukowe i z badań statutowych nie można kupić.
    I proszę mi wierzyć, większość z tych młodych leśnych dziadków, nie bierze grantów dla pieniędzy, dla tego (co tu ktoś wspomniał) 1000 PLN. Jest wiele innych możliwości dorobienia i to znacznie więcej. Ale ludziom takim jak Pan trudno uwierzyć, że można robić coś z pasji. Potrafi Pan liczyć tylko innym, ale to że pracują od rana do nocy, kosztem rodziny, itd. to już Pan nie zauważa.
    A to co niszczy NCN to nie młodzi leśni dziadkowie ale niestety wciąż grupa miernych naukowców, którzy wciąż dostają granty. Wielkim problemem są panele NCN, które okupują mierni naukowcy, przyznając innym miernym naukowcom środki na mierne projekty. Nie potrafią oni wybrać dobrych projektów i to jest powód dla którego Pan pisze, że jest gorzej. Gdyby panele NCN były okupowane właśnie przez tych młodych leśnych dziadków, sytuacja wyglądałaby dużo lepiej. Ostatnio przeczytałem sobie streszczenie pewnego projektu z mojej dziedziny i kilka zdań było niemal podobnych do zdań z mojego projektu (dotyczy to Panelu ST10 (OPUS11). Nie wiem czy to właśnie ta osoba dostała wcześniej do recenzji mój projekt, czy może ktoś z jej otoczenia dostał i jej przekazał, a może była jednym z Panelistów. W każdym bądź razie Kraków trzyma się razem. Takie rzeczy powinny być sprawdzane przez koordynatorów, a granty przepuszczane przez system antyplagiatowy. To jest ten rak, który toczy naukę polską a nie młode leśne dziadki.
    I na prawdę, proszę nie gloryfikować systemu zachodniego. Ludzie wszędzie są tacy sami, i tak samo robią wszystko nie zawsze uczciwie żeby osiągnąć sukces. W jednym z projektów międzynarodowych, który dostałem we współpracy z partnerem zachodnim, osoba która dokonywała wyboru projektów była wcześniej opiekunem naukowym moje zachodniego partnera. Na zachodzie jest tylko jedna różnica, jak ktoś się dopatrzy jakiegoś szwindla to to rozdmucha i ktoś na pewno dostanie po czterech literach, w Polsce zamiecione zostanie to pod dywan.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgodzę się z tym, że w NCN nadal przechodzą granty osób bardzo słabych (i wcale nie młodych), co bardzo psuje cały system i obniża zaufanie do niego. Pisałem o tym na blogu chyba już kilkadziesiąt razy - ale oczywiście wprowadzenie jakichkolwiek sztywnych kryteriów dot. dorobku, lub zwiększenie znaczenia dorobku w ocenie budzi ogromny sprzeciw. W Szwecji, w systemie grantowym liczy się bardzo dorobek i nie ma ograniczenia do 10 publikacji (w NCN ktoś kto ma 10 i ktoś kto ma 100 są oceniani tak samo). Moim zdaniem taki system jest korzystny dla osób rozdających karty - bo zawsze można na kogoś znajomego, ale mniej pracowitego, spojrzeć przychylniejszym okiem, a kogoś nielubianego ale z dorobkiem, łatwo niezauważalnym gestem zepchnąć pod kreskę.

      I zgadzam się z przedmówcą, że młodsze pokolenie ludzi publikujących uzdrowiłoby ten system szybko i znacznie. No ale popatrzmy na strukturę wieku osób zasiadających w różnych radach naukowych, ciałach decyzyjnych, komitetach, wydziałach itp. Tu widzę największy kontrast między Polską a Szwecją.

      Usuń
    2. "Ciągle się Pan odwołuje do tego, że z grantów zachodnich nie bierze się wynagrodzenia. Bo naukowcy w Niemczech/Francji/Szwecji itd. zarabiają po 5-8 tys. euro na miesiąc i w ramach ich obowiązków jest m.in. zdobywanie grantów."

      I sam Pan sobie opowiedział na pytanie, dlaczego nasz system jest tylko grantopodobny. Zdobywanie środków na badania powinno być obowiązkiem służbowym SZEFÓW: kierowników zakładów, katedr; jednocześnie istniejące mechanizmy powinny umożliwić realność starania się o te środki. W rzeczywistości można być kierownikiem 30 lat i granty mieć w największym poważaniu.

      Jeśli w grantach płaci się EKSTRA do kieszeni, to to ekstra staje się celem grantu, a nauka dodatkiem.

      Jeśli w grancie deklaruje Pan 50% swojego czasu pracy, to proszę na uczelni przejść na 50% etatu akademickiego. Wtedy sprawa będzie fair.

      Usuń
  11. Niestety na razie (tj. w ciagu najblizszych dni) nie bede sie tutaj wypowiadal. A to dlatego, ze nie jest moim celem jakiekolwiek zdominowanie tego forum i/lub zarzucenie go moimi wizjami (byc moze jakimis chorymi). Natomiast chetnie przeczytam wypowiedzi innych osob, szczegolnie majacych doswiadczenie praktyczne (podobnie, jak ja), z grantami zachodnimi. Pozdrawiam Wszystkich Dyskutantow

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeżeli poziom innowacyjności jest proporcjonalny do publikowalności w przyzwoitych czasopismach, to sens takich dyskusji jest żaden, bo środowisko naukowe w Polsce jest przyzwyczajone do niesłychanych przywilejów, rozdawania setek lokalnych nagród i grantów, stopni, tytułów, ale nie do podstawowej pracy naukowej. Nie ma znaczenia, czy starzy profesorowie w tych wszystkich gremiach/radach itp., będą sukcesywnie zastępowani przez młodszych profesorów (o lepszym dorobku i ambicjach), bo system jest ciągle ten sam. Zgadzam się z jednym z przedmówców, że nie ma takich pieniędzy, których byśmy nie zmarnowali.

    System oceny efektywności pracy wydziałów/katedr/instytutów i ich pracowników dalej jest zupełnie niejasny i całkowicie uznaniowy. Nawet wiodące jednostki utrzymują w dużej części słabą kadrę, bo nie muszą się z tego rozliczać. W ramach "punktozy" środowisko czyta listę ministerialną po swojemu i często jawnie wręcz ogłasza, że się nią nie przejmuje, bo starzy profesorowie wiedzą lepiej, które czasopisma są lepsze. Podobnie wygląda kwestia oceny ilościowej dorobku danego naukowca. Naprawdę trzeba się nastarać, żeby utracić stanowisko z powodu braku wyników, a to i tak dotyczy tylko długoletnich stanowisk - pracowników z krótkimi umowami czasowymi trudno w ogóle rozliczać.

    Jeżeli środowisko naukowe nie jest odgórnie zobowiązane do pracy naukowej, wykonanie kolejnych kroków w postaci innowacji, patentów, czy choćby przemyślenia, czy nie warto byłoby porzucić budżetową podsadkę na rzecz innego zajęcia (co też przyniesie jakiś zysk społeczeństwu), jest niemożliwe. Dopiero jak się zdefiniuje na nowo postać naukowca, wtedy będzie można dyskutować, dlaczego ten naukowiec nie poprawia sytuacji gospodarczej kraju. Inaczej rozbijamy się o sens jakiejkolwiek aktywności. Trzeba być dziwakiem, żeby się bardzo starać i przepracowywać, jak posada i pensja nie bardzo zależą od wyników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzając się z częścią podnoszonych tutaj przez niektórych uczestników dyskusji kwestii chciałbym podkreślić, że podstawową rolą osób zatrudnionych na Uniwersytetach jest kształcenie, a nie nauka. Choć jak Autor bloga słusznie zauważył jedno jest nierozerwalnie ze sobą związane. Trudno się również zgodzić z tym, że to dydaktycy-naukowcy mają być tymi, którzy zajmują się opracowywaniem wynalazków, patentów i wdrożeniami.

      Usuń
    2. Anonimowy z 07:53. Powtarzasz formułkę stworzoną przez urzędników ministerialnych. Zacznij myśleć samodzielnie.

      Usuń
    3. Problem polega na tym, że u nas role nauczyciela akademickiego i naukowca sa rozumiane jako to samo. Dlatego poza stanowiskami grantowymi mamy praktycznie samych pracowników naukowo-dydaktycznych. Może warto by było niektórych z nich przesunąć na całkowitą dydaktykę, a niektórych na prawie całkowitą naukę? Bez jakichkolwiek dodaktowych kosztów zupełnie zmieniłaby się sytuacja i wszyscy byliby zadowoleni. Tylko wtedy znowu wracamy do problemu obowiązkowej habilitacji... Może młodzi doktorzy powinni przede wszystkim robić naukę, a dopiero po habilitacji robić dydaktykę i kontrolować pracę kolejnych młodych? Opcji jest sporo.

      Wtedy silne naukowo uczelnie mogłyby kształcić silnych naukowo absolwentów, którzy albo zostaliby z grantami wdrożeniowymi na uczelniach/w instytutach, albo ruszyliby w świat przemysłu/biznesu.

      Na razie stoimy w miejscu, gdzie pracownik uczelni przez całą karierę udaje i naukowca, i nauczyciela, co dla wielu nie jest proste do pogodzenia i cierpi na tym cały system kształcenia/nauki.

      Anonimowy z 13 grudnia 2016 01:01

      Usuń
    4. Nie ja po prostu wiem za co mi płaci pracodawca (Państwo). W 60% za działalność dydaktyczną, 35% za naukową i 5% za organizacyjną.

      Usuń
  13. Poziom krytykanctwa na tym blogu jest proporcjonalny do oderwania od rzeczywistości tych co piszą. Większość z nich zapewne nigdy nie kierowała żadną jednostką naukową (nawet zakładem), bo nie ma zielonego pojęcia o systemie finasowania aktywności pracowników na uniwersytetach (nie będę pisał o instytutach PAN, bo nie znam ich tak dobrze jak realia uniwersyteckie).
    Przede wszystkim zacznę od tego, co już kilka osób tu podkreśla. Pracownik uniwersytetu jest w pierwszej kolejności nauczycielem akademickim, a dopiero w drugim pracownikiem naukowym (nieliczni pracujący tylko na etatach naukowych stanowią promile całości). Pensje są więc głównie pensjami nauczycielskimi (na moim wydziale etaty czysto naukowe są płacone ze statutowych). Dotacja statutowa w blisko 80% jest oparta o wartość naukową danej jednostki liczoną głównie za publikacje. Tak więc lepsze jednostki naukowe to te, które mają więcej lepszych publikacji liczonych parametrycznie. Na wszystkich dobrych uniwersytetach (mój jest z pierwszej czwórki rankingu ministerialnego) pieniądze statutowe są dzielone wg tego samego kryterium, tzn. lepsze jednostki dostają wiecej, bo więcej wypracowują. W wielu katedrach i zakładach pracownicy nie publikujacy nie otrzymują ani złotówki chyba, że szef się zlituje i ze swojej rezerwy wysupła parę złotych. Gadanie więc, że statutowe to marnowanie pieniędzy to zwykłe oszczerstwo.
    Na moim wydziale w pierwszej dziesiątce rankingu naukowego (liczonego tylko pblikacjami od 20 pkt. wzwyż) granty ma tylko połowa z nich i bynajmniej nie oni w tym rankigu są na pierwszych miejscach. Natomiast sytuacja finansowa tych osób z grantami jest wiewlokrotnie lepsza niż tych bez grantu, chociaz obie grupy naukowo są na podobnym poziomie (rozrzut punktów wg systemu ministerialnego za rok 2015 był od 100 na miejscu 5. Do 450 na 1., ten prymus nie ma grantu, swój dorobek wypracowuje z finansowania statutowymi).
    c.d.n.
    leśny dziadek

    OdpowiedzUsuń
  14. c.d.
    Porównując efektywność grupy grantowej do tych, którzy z róznych powodów się na grant nie załapali, to grupa bezgrantowców bije na głowę grantobiorców. Pokazują to liczby: grantobiorcy mają u nas od 175 000 do 750 000 zł za projekt. Najwyższa kwota z dotacji statutowej jaka otrzymują rocznie prymusi z listy rankingowej bez grantów to 16 000 do 24 000 złotych. Jak widać, ci bez grantów produkują wielokrotnie więcej punktów za wielkokrotnie mniejsze nakłady. Nazywanie więc pracowników finansowanych ze statutowych nieudacznikami to nadużycie.
    Teraz odniosę się do honorariów z grantów. Biedacy narzekacie, że to tylko 1000 zł miesięcznie. Ale spójrzmy relatywnie. 1000 zł to 1/5 pensji na rękę profesora zwyczajnego i prawie połowa mediany polskiej pensji (która wynosi ok. 2300 zł). Nie są więc to małe pieniądze (choc nie kokosy), ale niesprawiedliwe jest to, że grantobiorcy nawet przy słabszym dorobku mogą na ten dodatek do pensji liczyć, a równi im naukowo badacze żyjący tylko ze statutowych moga liczyć na 0 zł (na zróżnicowanie pensji nie ma szans, bo np. na moim wydziale wszyscy maja pensje przy dolnej granicy widełek bo dotacja na pensje na wiecej nie wystarcza).
    Sam kierowałem 3 grantami i pobierałem honoraria, bo system mi na to pozwalał. Ale podzielam poglądy tych, że w Polsce w systemie grantowym w ogóle nie powinno być honorariów. Obdecnie nie zamierzam się też starać o dalsze granty, bo po doswiadczeniach z poprzednimi doszedłem do wniosku, że wolę być uczonym niż łowcą grantów spędzajacym 70% czasu na użeraniu się z biurokracja związaną z obsługą grantu. Z grantów wyposażyłem katedrę w sprzęt dający komfort moim młodym pracownikom na ładnych pare lat, ale niesmak z systemu mi pozostał.
    Oczywiście, wiem, że zaraz napiszecie iż to wyjatek, że dominuje raczej syf, beztalencia, stare dziadki blokujące kariery młodych itd. Na pewno są takie przykłady, ale na czołowych uniwersytetach na pewno one nie dominują.
    fin
    leśny dziadek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdzam, że posiadanie grantu w polskich realiach może bardzo spowalnić aktywność naukową. Obecnie jestem kierownikiem dużego granut i musiałem zamienić się w sekretarkę, księgową itp., żeby to wszystko w ogóle ruszyło. Ogrom pracy organizacyjnej jest duży. Rodzi to w człowieku spore frustracje. Ale tutaj geneza zjawiska jest oczywista i wszyscy ja znamy - brak kompetencji kadry administracyjnej. Natomiast, nie można moim zdaniem tak kategorycznie oceniać grantobiorców, bo przede wszystkim dostarczają dla jednostek znaczące koszty pośrednie (nie wnikam, gdzie znikają te pieniądze), a efekty grantów uwidaczniają się najczęśćiej już po zakończeniu projektu (na co skrycie, i może naiwnie, liczę). Trzeba dodać, że te koszty pośrednie, to często jedyny zastrzyk finansowy, na jakieś inwestycje.

      Usuń
    2. Ja w ogóle nie krytykowałem grantobiorców tylko zwracałem uwagę na paradoksy naszego systemu. Sprzeciwiam się też tym głosom, że badacze pracujący za wyłącznie statutowe to jakiś gorszy sort. Przykłady z naszego wydziału pokazują, że co najmniej równy lub lepszy od beneficjentów grantowych. Zdobycie grantu to jednak totolotek, a nie jakaś proporcjonalna wartość dodana.
      A u nas koszty pośrednie z grantów idą w całości na pokrycie długów wydziału wynikających ze skomplikowanej historii i przeszłości, więc przeciętny pracownik nie odczuwa ich bezpośredniego dobroczynnego wpływu. Ale w przeszłości (np. KBN-owej) było tak samo, nawet wtedy koszty pośrednie były mniejsze.
      leśny dziadek

      Usuń
    3. Myślę, że warto odróżnić co jest środkiem, a co celem. Granty są środkiem, narzędziem, a celem jest nauka (publikacje, odkrycia, patenty). Jeśli ktoś umie robić naukę (zebrać dane, utrzymać personel, sprzęt) bez grantów, lub ma akurat takie możliwości (bo np. jest zatrudniany w grantach innych osób, jak ja) to dobrze, ale praktyka najczęściej jest taka, że granty są niezbędne by robić własne badania. Trudno mi sobie wyobrazić osobę, która robi własne badania na wysokim poziomie (nie jest odtwórcza) bez jakiegokolwiek pozyskiwania środków z zewnątrz - być może jacyś teoretycy mogą pracować na danych symulowanych itp., ale to zdecydowana mniejszość. Albo w bardzo bogatych jednostkach, gdzie z samej pensji i statutowych dodatków można praktycznie prowadzić własne miniprojekty (np. zatrudniać ludzi) - tak jest w Szwecji. Ale raczej nie w Polsce. W każdym razie naukowcy powinni być oceniani po wynikach, nie po narzędziach jakich używają.

      Zdobycie grantu to nie do końca totolotek - dorobek i projekt są oczywiście brane pod uwagę, jednak wyjaśniają mniejszą część wariancji wyniku niż byśmy (przynajmniej ja) chcieli. Jednak nazywanie tego totolotkiem jest przesadą.

      Usuń
    4. Jest totolotkiem w tym sensie, że przy ograniczonych środkach z np. 5 lub więcej równorzędnych projektów wygra w końcu tylko 1. Piszę to jako osoba, która była w zespołach przyznających granty i przed którą takie dylematy stały. A potem padały oskarżenia, że dostał ten właśnie, który był znajomkiem, albo z zespołu trzymającego władzę, albo był ładniejszy itd. Na tym blogu wiele takich spiskowych teorii padało.

      Usuń
    5. Toczona dyskusja nie dotyczy wdrożeń, tylko po raz kolejny (do znudzenia) wałkowane są różne aspekty dotyczące grantów NCN. Pojawiają się znów głosy ludzi urządzonych w systemie opartym na rozdawanych lekką ręką dotacjach państwowych (badania statutowe). Widzę, że wiele wody jeszcze w Wiśle upłynie, gdy do "środowiska" dotrą podstawowe zależnosci ekonomiczne rządzące gospodarką (i nauką też, bo nuie jest to osobna planeta). A mianowicie, taka prawda, że efektywność badań nie mierzy sie iloscią stopni i tytułów, ani ilością punktów (MNiSW, IF, Hirsh itp). Mówiąc jeszcze bardziej dosadnie: tym nie nakarmi się dzieci, a tylko nieco wyrwie budżetowi na zasadzie fikcji: pieniądze za punkty. Jeżeli nie dojdzie do zmiany świadomosci ludzi odpowiedzialnych za naukę, i tak już zmarginalizowaną na świecie polską naukę czeka finansowa zapaść. Wystarczy, zeby jakiś urzędnik policzył ile z nakładów zwróciło sie we wdrożeniach, i ile polska nauka winna jest budzetowi z powodu straconych transz ładowanych przez rząd np. w Programy Ramowe UE.

      Usuń
    6. Nie wiesz kolego o czym jest ta dyskusja. Jaką lekką ręką są rozdawane statutowe skoro jak byk wyżej pisze, że statutowe otrzymuje się za konkretny dorobek naukowy. To nie jest forum ekonomistów tylko głównie biologów (w znacznej mierze ekologów i tym podobnych), z których większość pracuje w badaniach podstawowych i w nosie ma wdrożenia. Takich badaczy jest na świecie tysiące, również w krajach przodujących w nauce. Już nam próbowano z nauki robić fabrykę i co wyszło? Pisz o efektywności badań na forach politechnicznych, biomedycznych czy ekonomicznych. W naszym świecie efektywność mierzy się m.inn. IF, i-H, cytowalnością wieloletnią itd.

      Usuń
    7. @ Anonimowy13 grudnia 2016 12:42, to prawda, padały takie "spiskowe teorie", ale równocześnie toczyło się chyba kilka śledztw w sprawie spółdzielni przyznających sobie granty... Oczywiście takie dylematy jak opisane przez Ciebie są zawsze i są problemem słabo rozwiązywalnym, ale chyba nie w okół takich przypadków kręciła się cała krytyka

      Usuń
    8. A w odpowiedzi do Anonimowy13 grudnia 2016 14:55
      "If we only did applied research, we would still be making better spears"
      /Gdybyśmy prowadzili tylko badania stosowane, nadal robilibyśmy wyłącznie lepsze dzidy/. George Smoot

      Usuń
    9. Do an. z 15:34. Tak dokładnie, uderz w stół... Tylko, że zważ Kolego, że ekologia stosowana, z szerokim wahlarzem zastosowań np. w ochronie przyrody, jest obszarem wdrożen i innowacji, z której korzystają rządy, instytucje ze sfery praktyki w ochronie środowiska i generalnie, społeczeństwo (nie mam na myśli tego co wyprawia Min. Szyszko). Dobrym przykładem są wdrożeniowe projekty np. w LIFE+, a w innych programach UE ekologia praktyczna jest naogół szeroko reprezentowana. Oczywiście, można pozostawać w "naszym świecie" IF, H itp, ale nie obrażajmy się wobec tego, że kasa na te zabawy jest coraz mniejsza, a przyroda pada łupem różnych decyzyjnych barbarzyńców, którzy mają w nosie Kolegi indeksy. Zresztą, gdziekolwiek na świecie argumentem naukowców, którzy chcą zasygnalizować zagrożenia lub zaproponować praktyczne rozwiazania problemu są konkretne wyniki i wdrozenia, a nie wskaźniki IF, H itp. Przyjemnej zabawy Kolego w "naszym (fikcyjnym) świecie".

      Usuń
    10. Chcesz mnie namówić na badania wdrożeniowe w ekologii stosowanej w kraju, gdzie zarządzają przyrodą barbarzyńcy. To jest dopiero fikcyjny świat.

      Usuń
    11. A wcześniej się starałeś? Wystepowałeś o projekty wdrożeniowe do PR, Life, innych programów (to nie są programy Ministerstwa Środowiska)? Czyżbyś w fikcji decyzji MŚ (niestety jest to rzeczywistość) znalazł alibi dla swojej zabawy w fikcyjne indeksy?

      Usuń
    12. Nie rozumiesz mnie. Ja robię to co robię bo to lubię i daje mi satysfakcję. A ponieważ robię to dobrze (zarówno parametrycznie jak i merytorycznie) więc obok satysfakcji mam z tego dochody, może nie na miarę nababów z NCN, ale wystarczające żebym się nie frustrował. Nie żyję w żadnej fikcji, znam dziesiątki takich jak ja na całym świecie, z wieloma robię wspólne projekty, wielu przyjeżdża do mnie, aby się douczać na wspólnych warsztatach. Nie lubię biadolenia jakie uprawia wielu na tym blogu, staram się przedstawiać problemy i prowadzić dyskusje bez inwektyw (czasem może się emocjonuję, ale staram się nikogo nie obrażać). Nie jestem też naiwny, widzę problemu polskiej nauki, ale nie lubię gdy ktoś mnie poucza i pokazuje palcem co powinienem robić. Nigdzie na świecie sterowana nauka nie zdała egzaminu, co najwyżej kończyło się miczurinowsko-łysenkowskim eksperymentem.

      Usuń
    13. Ja doskonale rozumien Twoje podejście do nauki. Sam pracuję podobnie. Jednak w pewnym momencie (może jest on przed Tobą?) zadałem sobie pytanie, jaki jest wpływ moich badań na tzw. real, a nie na wskaźniki ilu mnie przeczyta i zacytuje, chociaż to doceniam i cieszę się z każdej nowej cytacji. Jednak, "apetyt rosnie w miarę jedzenia" i jak posmakowałem tzw. wdrożeń i projektów, które zostawiają ślad np. w podejsciu i postepowaniu decydentów, punkty i indeksy straciły na wartości. Ja to ostro nazywam "fikcją" lub "zabawą", bowiem jesli nie prowadzą do wniosków praktycznych, są w znacznym stopniu kpiną z podatnika. Wspominam też o słabym wykorzystaniu Programów Ramowych (tych wszystkich "innovation action" itp), bowiem w tym przypadku "pot" polskiego podatnika wedruje do innych nacji. A to mnie wkurza.

      Usuń
    14. bardzo fajne podejście, też mam podobnie - mam wrażenie, że my-naukowcy zamknęliśmy się trochę w wieży z kości słoniowej i patrzymy z gry na społeczeństwo, nie dając im nic (nawet dostępu do naszych publikacji nie mają). Tymczasem to społeczeństwo sponsoruje nam naprawdę względnie lekką i miłą robotę, w sumie też dość nieźle płatną (jak się policzy wszystkie profity), więc chyba powinniśmy też dawać coś więcej od siebie, pomagać rozwiązywać problemy praktyczne, wpływać bezpośrednio na rzeczywistość itp. Nie mam pretensji jeśli ktoś tak nie robi wybierając czystą naukę, jednak sam znajduję w Applied Ecology coraz więcej frajdy i sensu, bo zarządzanie zasobami naturalnymi musi być oparte na wiedzy, inaczej wszyscy stracimy. Stąd ten temat zagadnień praktycznych/wdrożeń uważam za ważny, ale jest on niestety bardzo trudny i wina leży po obu stronach: po naszej jest oderwanie od rzeczywistości, a praktycy olewają nasze wyniki zakładając że sami wiedzą najlepiej.

      Usuń
  15. nasze badania mogłyby mieć też bezpośrednie przełożenie na praktykę i wdrożenia (jest wiele osób zajmujących się ekologią stosowaną) ale po prostu nikt nie chce nas słuchać. Popatrzcie na ostatnią inwentaryzację dzików w wykonaniu Ministerstwa Środowiska. tam było zaangażowanych 85 000 ludzi (!!!) a z tego co wiem, to oni nie potrafią nic sensownego z tego materiału wycisnąć, nie wiedzą jakie są parametry precyzji tego oszacowania, nie wiadomo w ogóle po co to było robione... Takich przypadków są tysiące - całe lesnictwo, łowiectwo, gospodarka wodami, rolnictwo - to są tematy na grube miliardy. Ale nawet jak my, ekolodzy, mamy jakąś wiedzę, to administracja i tak z niej nie skorzysta, bo jest niedouczona, nikt jej nie rozlicza i wydaje państwowe pieniądze, więc nie musi oszczędzać... Zobaczcie jaka kasa idzie na projekty wieloletnie przez ministerstwa - tymi projektami kierują ludzie o wiedzy tak mikroskopijnej, nic z nich nie wynika i tylko wprowadzają urzędników w błąd. A teraz trwa dalszy etap przygody z dzikami i leśnicy liczą kolejne grupy zwierząt - kieruje tym BULIGL. Pokażcie mi tam jedną osobę, która wie co to znaczy wykrywalność!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michale, masz rację, tego typu badania są potrzebne i mogłyby je robić np. tzw. uniwersytety przyrodnicze, które w prostej linii pochodzą z uczelni o profilach stosowanych. Ty masz trochę skrzywienie PAN-owskie, gdzie wiele badań w przeszłości było robione na hasło. Ile tam pieniędzy wpakowano w różne pseudoekologiczne bzdety. Pamiętam jak prof. Trojan (on koordynował wiele tych programów) przy jednej okazji mi powiedział: "wie Pan jak i tak wiem, że najlepsze co w nauce robię to systematyka Tabanidae, ale to się słabo sprzedaje". Na uniwersytetach, gdzie są długie tradycje badań podstawowych ludzie przychodzą do zespołów, żeby kontynuować te tradycje, a nie na gwałt poszukiwać tematów wdrożeniowych. Dzisiaj to jest trochę schizofrenii, bo na uniwerku wymaga się ode mnie dobrych publikacji, z których nie ma kasy (grant to ruletka, trafisz albo nie), a na boku dorabia się np. monitoringiem, za który dostaje się więcej niż pensja adiunkta. Dlatego młodzi, którzy muszą z czegoś żyć dzielą czas (czytaj harują od rana do nocy) na pracę w labie i pracę w terenie. W ten sposób ani jedno ani drugie nie jest na należytym poziomie, ale czego wymagać od gości zarabiających 700 Euro miesięcznie. Czy ze Szwecji ktoś by przyjechał do Polski żeby robić wielka naukę za 700 Euro na rękę. Jaki jest miesięczny koszt wynajęcia pokoju w Szwecji? Pewnie pensja polskiego adiunkta. Co do kompetencji naszej administracji to nie mam nic do dodania. Chciałbym jednak, żeby dyskusje na tym forum uwzględniały realia, a nie gadać o mrzonkach. Pewnie zaraz mi napiszesz jak zwykle, że w Polsce to i tak za dużo kasy idzie na naukę. Ja zawsze uważałem, że jak na poziom finansowania polskiej nauki to nie jest tak źle. A reszta w rękach polityków, a nie blogowiczów.

      Usuń
    2. ok, w sumie zgadzam się - podałem przykład tych badań z zakresu Applied Ecology jako dowód, że nawet te badania praktyczne, które robimy nie są wdrażane przez ich zleceniodawcę (=budżet). Więc nawoływanie do współpracy nauki i biznesu przez MNiSW oceniam w kategoriach humorystycznych.

      Co do Szwecji: koszt utrzymania 1 osoby przez miesiąc to 5000 PLN, doktorant dostaje na rękę ok 9000 PLN. Więc oczywiście, że finansowo to jest niebo a ziemia i oczywiście zgadzam się, że na to ile dostaje adiunkt w PL to i tak sporo robi. Ale mówiąc o dużej kasie na naukę mam na myśli te overheadsy, które zgarniają różne tłuste koty na górze - zabierzmy im, wywalmy leni, a reszta spokojnie dostanie 10K na rękę miesięcznie.

      Usuń
  16. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma na razie szans na wdrozenia. Gdyz takie pojecie nie funkcjonuje w srodowisko jako cos wartosciowego. Nie chodzi tutaj o uczelnie, gdyz faktycznie trudno jest pogodzic dydaktyke z praca badawcza i dzialaniami dla gospodarki. Takie pojecie nie funkcjonuje przede wszystkim w intytutach PANowskich. Wg przecietnego "Kowalskiego" to te instytuty powinny byc posrednikiem pomiedzy nauka i gospodarka. Ale wg tych co tam pracuja one sa tylko od "wielkiej nauki". To kwestia mentalnosciowa. W USA nie ma profesorow w laboratoriach rzadowych, jak tez nie mozna robic tam doktoratow (co najwyzej doktorant moze goscinnie korzystac ze sprzetu). Czy wyobrazacie sobie Panstwo instytuty PAN-owskie bez tytulomanii i bez ceremonialu czapkowania. Ja nie. Tak wiec tutaj temat wdrozen sie zamyka. Jako cos bardzo plaskiego i potencjalnie grozacego pojawieniem sie ludzi w gumofilcach na radach naukowych (czyli na spotkaniach arystokracji). Na dzisiaj nie przejdzie. PS. Tak przy okazji, mlody lesny dziadek to w moim rozumieniu osoba w wieku 40-50, ze stalym etatem, posiadajaca grupe i wyciagajaca na boku ok. 8-10 tys. PLN do reki miesiecznie z honorariow z roznych grantow (teraz jest z tym troche gorzej, ale jeszcze niedawno to byl standard). Tak wiec osoby przed 40-tka, nie posiadajace stalego etatu i wyciagajace na boku 1 tys. PLN miesiecznie grzecznie uprasza sie o nie utozsamianie sie z mlodymi lesnymi dziadkami.

      Usuń
    2. PS Analizy osoby podpisujacej sie przekornie "lesny dziadek" (podejrzewam, ze chodzi o tzw. starego lesnego dziadka) sa bardzo cenne. Wyrozniaja sie dojrzaloscia.

      Usuń
    3. Anonimowy14 grudnia 2016 23:43

      A ja jaj! Mogę się Pod Twoim wpisać obiema rękoma i jeszcze dorzucić odciski stóp!

      Usuń
  17. Może jestem szaleńcem, ale moim zdaniem uczelnie powinny kształcić inżynierów/specjalistów. Trudno im to robić, gdy nauczyciele akademiccy nie różnią się funkcjonalnością od internetu. I tu i tu można znaleźć odnośniki do teoretycznej literatury i ogólnie dostępnej wiedzy. Tymczasem wiedza praktyczna, czyli pierwszy krok do wdrożeń, to zupełnie inna sprawa. Takiej wiedzy nie znajdziemy w internecie, bo taką wiedzę przelicza się często na wielkie pieniądze. Dlatego na rynku pracy absolwent polskiej uczelni ma najczęściej zerową wartość, bo pracodawca i tak zawodu musi go dopiero nauczyć. W sytuacji, gdy nawet na technicznych uczelniach kadra jest oderwana od bezpośrednich wdrożeń, kształcenie przyszłych pokoleń innowatorów jest fikcją. My dalej żyjemy w przeświadczeniu, że magister/inżynier musi być przepełniony bezużyteczną wiedzą książkową i tak się składa, że przekazywanie tej wiedzy jest najbardziej opłacalne (wykłady zamiast prawdziwych zajęć praktycznych). To jest bardzo ważna kwestia - uczelnie nie muszą same robić genialnych wdrożeń (mają ograniczoną liczbę pracowników i zasoby), ale muszą kształcić tysiące przyszłych innowatorów. Tego w tej chwili w ogóle nie mamy i ja nie chcę tutaj obrażać pracowników uczelni i środowiska naukowego w ogólności, chcę tylko podkreślić powyższe fakty.

    Mimo wszystko znam wiele przypadków ambitnych pracowników uczelni/instytutów PAN, którzy próbują swoich sił we wdrożeniach. Nie jest to taka łatwa sprawa, jak się wydaje ogółowi społeczeństwa. Podstawowym składnikiem wdrożenia jest przedsiębiorstwo, które tego wdrożenia potrzebuje. I nie myślimy tutaj o małej firemce, tylko o dużej spółce, która jest w stanie zainwestować/zaryzykować swoje pieniądze. Rolę mecenasa nauki na całym świecie od zawsze pełnił przemysł. Zdobycze badań podstawowych niby powinny poprawiać byt ogółu ludzkości, ale w praktyce mają przede wszystkim dawać dobrze zarobić sponsorom badań.

    W wielu dziedzinach mamy badania podstawowe na świetnym poziomie. Gdzie w takim razie leży problem z wdrożeniami? Nie w naukowcach, tylko w fakcie, że nie mamy w Polsce adresatów dla takich wdrożeń. Wielkie państwowe firmy zajmują się przynoszeniem zysku/straty dla budżetu państwa, a nie poprawianiem swojej konkurencyjności i innowacyjności. Nie ma tam w ogóle mowy o rachunku ekonomicznym, że innowacyność się opłaca itp. itd. Tego nie ma i długo nie będzie. Wielkich prywatnych polskich firm mamy bardzo niewiele. Pozostałe duże przedsiębiorstwa należą do zagranicznego kapitału i korzystają z zagranicznych patentów/wdrożeń. Przekonajcie Państwo zagraniczny kapitał, żeby Polska przestała być "montownią", "serwisem", "call center" itd., a stała się krajem tworzącym nowe produkty. Z góry ostrzegam, że nie będzie to łatwe, bo jesteśmy przeznaczeni do tej roli, a wdrożenia powstają w centralach i tam tak naprawdę zarabia się na wiedzy/patentach i pracy inżynierów/naukowców. Tak właśnie tworzy się PKB... i tak zdobywa najwięcej pieniędzy na badania podstawowe, bo to się po prostu opłaca.

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo dobrze, ale pociągnijmy trochę ten wątek! Dlaczego w państwowych firmach nie ma w ogóle mowy o rachunku ekonomicznym? Dlatego właśnie, że są państwowe i dyrektor dostaje pensję niezależnie od kondycji/bilansu ekonomicznego tej firmy (chyba że firma zupełnie upadnie, to wtedy przeniosą go do innej). W nauce jest tak samo i tutaj widzę przyczynę wielu naszych (naukowców) problemów, również tych związanych z wdrożeniami.

      Usuń
  18. c.d.

    Nie chcę tutaj pogrywać antyglobalizacją, bo to nie jest forum o polityce, ale musimy mieć świadomość, że do wdrożeń konieczna jest przede wszystkim silna gospodarka, a dopiero w dalszej kolejności chętni naukowcy. Nie zmusimy obcego kapitału, żeby budował nasz dobrobyt. Ale możemy zmusić nasze wielkie przedsiębiorstwa państwowe, żeby bardziej zainteresowały się wdrożeniami i rozwojem swojej działalności. Np. parę lat temu zachwycałem się, jak KGHM osiągnął miliard dolarów zysku na czysto, ale nie słyszałem, żeby potem mocno sponsorował nowe technologie. Czy dobrze jest tylko sprzedawać miedź (i wiele dużo bardziej interesujących chemików, fizyków i inżynierów metali) do innych krajów, żeby tam powstawały produkty, które my potem kupujemy, nabijając PKB komuś innemu? Potem cena miedzi spadała, KGHM nie przynosił już pięknych zysków, tymczasem wartość produktów z miedzi (i innych metali) aż tak nie spadała...

    Jeżeli kolejne rządy i społeczeństwo w ogólności nie zrozumieją takich zależności pomiędzy nauką, wdrożeniami i gospodarką, nie ruszymy nic do przodu. Nie będziemy konkurencyjni ani naukowo, ani gospodarczo. Od tego trzeba zacząć całą dyskusję, bo środowisko naukowe nie będzie oporne na wdrożenia. Jak przemysł będzie dobrze płacił, rzucę posadę naukową i pójdę do przemysłu. Tak to wygląda "na zachodzie" i dlatego tam się robi PKB, a my jesteśmy i będziemy tylko podwykonawcą oraz eksporterem surówców, żywności itp., czyli rzeczy, na których zarabia się najmniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jak teraz, ale jeszcze z 2-3 lata temu Orlen NIE MIAŁ swojego działu R&D. I to tyle w temacie innowacyjności. Kto ma ją robić, samozatrudniony mechanik samochodowy ledwo ciągnący od pierwszego do pierwszego? Nie ma dużych rodzimych prywatnych firm, to innowacyjność jest tylko na papierze jako sposób na wyciąganie państwowych funduszy.

      Usuń
  19. Dodadam tylko kilka uwag do tego ciekawego głosu Anonima z 15:49 i 155. Wydaje mi się, że nieco dyskusja zboczyła z głównego wątku i naukowcy zaczynają się nawzajem oskarżać o małą innowacyjność. Ale czy rzeczywiście ta innowacyjność jest mała? Kiedyś widziałem raport, że tylko kilka procent wszystkich polskich patentów jest wykorzystywanych w praktyce. Czy zatem aby na pewno problem leży po stronie naukowców? Moim skromnym zdaniem trzeba spojrzeć w jaki sposób działają polskie przedsiębiorstwa. Pierwszą rzeczą jest mnogość przepisów, norm, składek itp, czyli cały apart państwowy skutecznie działalność gospodarczą ograniczający. Chciałoby się pompatycznie rzec "pozwólmy ludziom działać", a gospodarka sama stanie się innowacyjna. Jeśli przedsiębiorstwa znaczną część swojej działalności spędzają na przestrzeganiu przepisów, ciężko wymagać, żeby podejmowałby ryzykowne działania innowacyjne. Dlatego, jeśli już kooperacja na styku biznesu i nauki miałaby odgórnie sterowana to środek ciężkośći powinien być przesunięty w stronę ministerstwa gospodarki, które jest najbliżej potencjalnego odbiorcy. Ale wątpię, żeby taka koordyncja między resortami nastąpiła. Od razu nasuwa mi się przypadek tych różnych stypendiów wyjazdowym fundowanych przez MNiSW, z których znaczna część była zabierana przez Ministerstwo Skarbu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W postępie technologicznym (tak to się kiedyś nazywało) kraj "lekkopółśrednio" rozwinięty, jakim jest Polska może, przynajmniej w początkowej fazie, uczestniczyć głównie poprzez przypatrywanie się i adaptacje do tutejszych warunków rozwiazań bardziej zaawansowanych z Zachodu. Taką mozliwość stworzyła ta pogardzana przez niektórych UE. Mozliwośc legalną polegajacą na wchodzeniu w konsorcja miedzynarodowe i korzystania z kasy programów ramowych, bo np. Chińczycy po prostu technologie kradli (az twórczo zaczęli ja rozwijać, np. Huawei). Polska nie czerpała z tych wszystkich "innovation action" itp. na odpowiednim poziomie, a Rząd zamiast dofinansowywać (pokrywać tzw. udział własny) firmy i zadbać o profesjonalną obsługę projektów, stworzył dziwaczna instytucje w postacji sieci Punktów Kontaktowych o wielomilionowym budżecie rocznym. Byłem ostatnio na takim "szkoleniu", gdzie Pani z centrali w grudniu 16' zachęcała do złozenia wniosków z deadlinem w czerwcu tegoż roku, pokazywała jak wejśc na strone Participant Portal, a inny pan opisywał programy zapominając wspomnieć o najważniejszym, czyli czego komisja oczekuje od projektów (tzw. impact). Wszystkie te tzw. szkolenia polegaja na prezentacji stron internetowych i są chyba skierowane do debili. Za te marnowane pieniadze powinny powstać brokerskie biura pozyskiwania (kojarzenia programów np. Horyzontu 2020 z konkretną firmą, zespołem badawczym) i obsługi projektów (badacz, firma dają teksty, a biuro je wkonponowuje w tą biurokracje cyfrową, rzeczywiscie koszmarną). Dopóki rząd nie zadba poważnie o te sprawy, Polska nadal bedzie tracic setki mln Euro na udziale w Programach ramowych, KPK nadal bedzie opowiadał pijarowe koszałki opałki o sukcesach, prezentacje zrzutów z internetu beda nazywane szkoleniami itd, itp, a Polska obsuwać sie będzie w szybkim tempie w stronę skansenu.

      Usuń
    2. Mam ochotę w takich sytuacjach zacytować Ronalda Reagana: "rząd nigdy nie rozwiąże problemów, bo rząd sam jest problemem". Nie liczcie na to, że rząd cokolwiek poprawi - pełna zgoda, że forsa przeznaczona na te KPK jest zmarnowana. Jedyne co może zrobić, to się odczepić od naukowców, zostawić im więcej swobody i płacić im za wyniki. Wtedy naukowcy sami się zorganizują, zatrudnią ludzi do obsługi biurokratycznej tych programów i znajdą do nich drogę, bo wcale nie jesteśmy głupsi niż Węgrzy czy Niemcy, którzy z tej kasy korzystają w znacznie większym stopniu. U nas inicjatywę i możliwości zabija biurokracja i hierarchia w strukturze nauki (profesor się nie zgadza, by doktor z jego grupy składał grant - znam takie przypadki). Znowu źle podchodzimy do problemu: zdiagnozujmy przyczynę zamiast walczyć z objawami!

      Usuń
    3. To proponuję wyjechać do Afryki, np. Somalii, tam nie ma rządu to i pewnie nie ma problemów...niestety osiągamy szczyty populistycznego pseudo-konserwatyzmu...

      Usuń
    4. Kolego Michale, łatwość stawiania przez ciebie recept jest godna podziwu. A regularnie czytający tego bloga mogą ci przypomnieć co pisałeś np. 3 lata temu. Dano swobodę naukowcom, stworzyli NCN, który miał być lekiem na całe zło, a skończyło się jak zwykle. Cwaniacy zmonopolizowali główne źródła kasy, a reszcie pokazali figę i jeszcze wmawiają im, że są nieudacznikami (pokazane wyżej cenne porównania przez "leśnego dziadka" produktywności i efektywności grup grantobiorców i najlepszych bezgrantowców są bardzo przemawiające). No bo przecież nie o poprawę jakości nauki chodziło, tylko o poprawę jakości życia tych uprzywilejowanych. Podawanie Niemiec jako przykładu w tej argumentacji jest wyjątkowo chybione, bo tam udział agend państwowych w zarządzaniu nauką jest nadal bardzo wysoki, tylko wyższa kultura prawna chroni ich przed takimi wynaturzeniami jak w Polsce. Moim zdaniem diagnozy stanu rzeczy są już dawno znane (i dużo bardziej skomplikowane niż to co piszesz Michale), ale żadna ze stron gry tak naprawdę nie jest zainteresowana radykalnymi zmianami. W Sejmie jest masa "profesorów", którzy jak im się polityczna nóżka podwinie muszą gdzieś wrócić, więc nie będą tworzyć prawa, które im to utrudni. NCN będzie się bronił jak lew, bo stworzył sobie grupę dziedzicznych beneficjentów więc tez nie będzie zainteresowany stworzeniem bardziej przejrzystego systemu. A u podstawy problemu leży finansowanie nauki na poziomie republiki bananowej. Całe szczęście, że są jeszcze ci naiwni pasjonaci, którzy tę polską naukę jakoś do przodu pchają, choćby za te dziadowe statutowe.

      Usuń
    5. nie wchodźmy w dyskusję etatyzm vs liberalizm, choć dla mnie jest ona ciekawa i jestem do niej nie najgorzej przygotowany, ale chyba zbyt mocno odbiegniemy od tematyki bloga. Odniosę się krótko do kwestii naukowych. Koledze który był uprzejmy przytoczyć przykład Somalii, w której aktualnie trwa wojna i jest kontrolowane przez radykalnych Islamistów odpowiem tak: przemyśl proszę fakt, że najlepsze na świecie uczelnie są prywatne. A chcąc użyć populistycznych argumentów mógłbym odszczeknąć o Związku Radzieckim, gdzie wszystko było państwowe... Nie idźmy tą drogą, chodzi mi o pragmatyczne podejście do problemu.

      Co do łatwości stawianie przeze mnie recept - nie wiem czy stwierdzenie, że biurokracja dusi naukę jest jakoś szczególnie kontrowersyjne i odkrywcze. Powinienem bardziej stonować ten sąd? Myślę, że dla ludzi którzy przeżyli w tym systemie całe swoje życie, wcale tak być nie musi, ale wyjazd do Szwecji umożliwił mi pewne porównania i taką właśnie stawiam receptę: zmniejszyć biurokrację, zwiększyć swobodę działań naukowców, i płacić im za wykonaną pracę (to piszę od początku istnienia tego bloga przecież). Zwróć uwagę, że opisywany przez Ciebie przypadek NCNu (nie odnoszę się teraz do słuszności Twojej diagnozy) potwierdza to, co napisałem - rząd nie umie pomóc, bo instytucje rządowe zawsze działają źle i jak jest duża państwowa forsa w jednym miejscu zawsze się znajdą chętni by ją zagospodarować. Płaćcie ludziom za wykonaną pracę, a znikną spółdzielnie, przekręty, bo kryteria będą proste i jasne.

      Co rozumiesz przez "finansowanie nauki na poziomie republiki bananowej"??

      Usuń
    6. Ja jestem tym gościem od Somalii; co do pragmatycznego podejścia, zakładając, może niesłusznie, że nie jest Pan, Panie Michale, z bardzo bogatej rodziny oraz, to może bardziej ryzykowne założenie, geniuszem spotykanym raz na 100 tyś. urodzeń to pewnie nigdy by Pan nawet nie powąchał tych najlepszych na świecie prywatnych uczelni. Jeśli miałby Pan jednak takie ambicje to pewnie wstąpiłby Pan do armii USA i, znowu zakładając, jeśli nie urwałoby Panu nóg na jakiejś zapomnianej wojnie, to może Pana prawnuki poszłyby do tych najlepszych, prywatnych uczelni. Jeśli ten scenariusz jest choć trochę prawdopodobny, to nie byłby Pan naukowcem w "socjalistycznej" Unii Europejskiej tylko robolem w bardzo "wydajnym" systemie skrajnie liberalnym. Rozumiem, że o to Pan walczy...

      Usuń
    7. "Co rozumiesz przez "finansowanie nauki na poziomie republiki bananowej"??"

      % PKB na naukę. A tak nawiązując do obu wypowiedzi powyżej to ile na tych prywatnych uczelniach płaci się badaczowi?

      Brałem udział w grupach doradczych przed wejściem do Unii ustalających próg wyjścia dla nauki i przyjmowaliśmy, że wystartujemy od 50% pensji i dotacji młodego i niezbyt bogatego członka Unii jakim była wtedy Portugalia i dojdziemy do nich w 4 lata. To 50% wynosiło dla pensji profesora brutto 25 000 zł, co u nas netto dawało ok. 12 000 na rękę. A ile obecnie dostaje na rękę profesor zwyczajny? 4700 (z dodatkami z trudem dobija do 5000), o swojej pensji w PAN to pewnie Michale chciałbyś zapomnieć.

      Pewien nielubiany klasyk powiedział, że byt określa świadomość. Z tego co wiem nawet neoliberałowie (w Londynie ten klasyk ma pomnik) nie wymyślili nic lepszego.

      Usuń
    8. Mili dyskutanci, pod wpływem ostatnich głosów przypomniał mi sie (niestety) wierszyk Brzechwy jak to raki, żaby i ryby budowały mosty na niby. Podam prowokacyjnie parę konkretów, które uzdrowiłyby naukę w Polsce (czyli tzw. opcję zerową): 1. zlikwidować NCN, 2. zostawic NCBiR (bez korupcji), w którym firmy (w 100% dotowane) szukają naukowców do projektów, a nie odwrotnie, 3) zlikwidować Centralna Komisję i centralną tytułomanię (powyżej st. dokora), przenieść ją na uczelnie, 4) zlikwidować KPK i na to miejsce powołać w trybie przetargowym agencje pozyskiwania i obsługi projektów zagranicznych, w której naukowcy kierują urzędnikami, a nie urzednicy bawia sie między sobą, 5) Płacić z budżetu tylko za dydaktykę, jeszcze lepiej sprywatyzować uczelnie i wprowadzic system kredytów, 6) zaostrzyć kryteria zaliczania grantów współfinansowanych (liczba publikacji i ich jakość, patenty, wdrożenia). Prawdopodobnie, taki system zmniejszyłby kombinowanie, nepotyzm, wsobność, a zwiększył udział we wdrożeniach i poprawił finanse i wizerunek Polski w UE. Nie zaprowadzi jednak takiego systemu ani środowisko, ani ministerstwo obsadzone przez to środowisko, tylko społeczeństwo, które w końcu odkryje ile de facto kosztują je gry towarzyskie w tytuły, punkty, grzecznosciowe recenzje, szkolenia KPK itp itd. Wierzę, że ten moment przed nami, jesli założymy, że w Polsce wychowujemy pragmatycznie myślących ludzi.

      Usuń
    9. Zgadzam się z Anonimowym 12:05, a na początku proponuje, aby anonimowy 12:05 oddał wszystkie pieniądze, które podatnicy wyłożyli na jego edukację (myślę, że bez kredytu na 30 lat się nie obędzie)...

      Usuń
    10. "Wierzę, że ten moment przed nami, jeśli założymy, że w Polsce wychowujemy pragmatycznie myślących ludzi."

      Tak, wiara jest najważniejsza. A Chrystus Król nas poprowadzi ku lepszej przyszłości. Na pewno, edukacja idzie teraz w kierunku pragmatycznego myślenia.

      Usuń
    11. Do 12:27. O widzę, że kogoś zdenerwowałem. Opłacanie edukacji z podatków w swiecie jest czymś normalnym. Natomiast opłacanie niefektywnego systemu nauki, który powoduje nie tylko brak adekwatnego "zwrotu" w postaci wdrożeń, ale także opłacanie przez podatnika nauki w innych krajach UE, to juz przyznasz sytuacja wymagajaca zmiany. Podatki płacę regularnie, więc gościu kula w płot.

      Usuń
    12. Do 14:59. O widzę, że kogoś zdenerwowałem. Beznadziejne jest serwowanie płatnej nauki przyszłym pokoleniom, jeśli samemu się pobierało darmową (płaconą przez podatników) edukację. Ja zaakceptuję płatną edukację, ale jeśli takie gogusie jak Anonim 14:59 też zapłaci za swoją edukację (proponuję kredycik na jedyne 30 lat). W innym przypadku jest to po prostu uwłaszczanie się na pieniądzach publicznych (my za Waszą kasę zrobimy doktoraty, a Wasze dzieci za eudkację zapłacą nam; to się dopiero nazywa innowacyjne podejście do nauki :-)

      Usuń
    13. Do 17:32. Dalej nerwówka? Odbiegasz od sedna problemu. Napisałem o płatnych studiach jako o opcji (z systemem kredytów edukacyjnych dotowanych z reguły przez rządy). Woęc, znów kula w płot. Ja rozumiem, że wypierasz freudowsko oczywisty fakt, że Polska Nauka jest winna podatnikom krocie, z powodów jak wyżej (14:59). A zatem, to właśnie tkwiący w jakiejś fikcji punktów i tytułów polscy "włodarze nauki" i ich tzw. "murzyni" (w kieratach punktów i tytułomanii, a nie efektywnosci) powinni spłacić niezłą kasę podatnikom (proponuję kredycik na przynajmniej 30 lat :-(). Czekam na kolejne błyskotliwe riposty.

      Usuń
    14. Oj widzę, że jest stresik (szkoda, że tak przed weekendem :-(). Pewnie dlatego, że należy oddać podatnikom za swoją i dzieci naukę (proponuję kredycik na 60 lat) oraz pracodawcy za pisanie postów w godzinach pracy (ja jestem bezrobotny). Bez odbioru :-))

      Usuń
    15. Do 18:35; Biedactwo, nic nie zrozumiałeś :(

      Usuń
    16. Anonimowy16 grudnia 2016 08:38
      +1

      Usuń
  20. Skoro mamy okres swiateczny, to ja tez napisze pare rzeczy w sposob "zyczeniowy". Rozwazmy problem pensji. Moim zdaniem, aby rzeczy wygladaly sensownie, w ciagu powiedzmy pieciu lat pensje powinny wzrosnac dwukrotnie (i powinno towarzyszyc temu wyeliminowanie bonusow typu honoraria w grantach NCN). Czyli srednia pensja profesorska, do reki, to powinno byc ok. 9 tys. PLN. Ale powiedzmy, ze powinno to byc ok. 7 tys PLN dla profesorow jednostek kategorii C, a 11 tys. PLN dla zatrudnionych w jednostkach A+. Przy czym, w kazdej dyscyplinie powinien byc taki rozklad: A+ 20%, A 30%, B 30%, C 20%. Tak wiec pewnego rodzaju liga jednostek powinna byc, zeby oplacalo sie starac, ale raczej bez opcji zamykania jednostek kat. C, gdyz takie jednostki tez sa potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo rozsądne życzenia, dołączam się.

      Usuń
  21. To powinny być pensje profesorskie pod warunkiem, że zlikwiduje się profesury belwederskie, a obowiązkiem profesora uczelnianego będzie zdobywanie grantów i prawdziwa troska o rozwój naukowy swoich podopiecznych (nie powinno być profesorów bez "swoich" zakładów/katedr!), a jak nie to wypad z powrotem na adiunkta za maksymalnie połowę powyższych pensji.

    OdpowiedzUsuń
  22. Wraca problem opracowania zespolu prof. Kwieka na temat Ustawa 2.0. Niestety nie planuje wchodzic na polecane mi strony (a np. sugestie, aby to zrobic, pojawiaja sie ze strony MNiSW). Obowiazek przeprowadzenia konsultacji ciazy na czlonkach zespolu, ktory wzial za to pieniadze. Ktos od nich moze sie np. pojawic tutaj, przedstawic glowne wnioski i tutaj na goraco zebrac opinie. U p. Michala pisuje komentarze od czasu do czasu, ale tylko dlatego, ze p. Michal nie pobiera wynagrodzenia za prowadzenie tego bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz chyba Kolego, jakąś prywatną obsesję co do tego projektu. Na różnych blogach nawołujesz do bojkotowania czytania tej propozycji i chcesz, żeby autorzy w jakiś wyjątkowy sposób potraktowali ciebie jako potencjalnego recenzenta (spotkanie przy wódeczce?). Ja nie jestem lobbystą finansowanym przez ministerstwo, Ustawę 2.0 przeczytałem i uważam, że jest w tej propozycji wiele sensownych rozwiązań (to chyba najdalej idący projekt reformy jaki do tej pory zgłaszano), są też kwestie dyskusyjne, bo trudno wszystkich zadowolić. Projekt jest publicznie dostępny i każdy może zgłaszać uwagi, nawoływanie do bojkotu czytania projektu postrzegam jako aberrację umysłową.
      leśny dziadek

      Usuń
  23. Pisanie, ze ja nawoluje na ronych blogach, to juz spora przesada. Chociazby z takiego powodu ze ja rzadko zagladam na inne blogi. Projektu nie czytalem i na razie nie zamierzam, gdyz mozliwosci czasowe mam ograniczone. Natomiast uwazam, ze powinna obowiazywac rzetelnosc w sprawach finansowych. Jesli ktos wzial pieniadze to "powinien sie wykazac" (ten ktos, a nie ja). I tyle. Tak przy okazji, dobrze byloby wiedziec, kto ile wzial, skoro mowi sie tak duzo o potrzbie jawnowosci w wydatkowaniu pieniedzy publicznych.

    OdpowiedzUsuń
  24. No i znowu granty FNP Team i pochodne dla koleżków. Jak długo pan profesor Żylicz będzie robił z FNP swój prywatny folwark. Z 50% grantów przyznanych zostało ludziom z obszaru biologii molekularnej. Czy wreszcie weźmie się ktoś za tego Pana, który z pieniędzy publicznych rozdaje pieniądze swoim kolegom i koleżankom ? Gdzie jest CBŚ i CBA? Idą grube miliony na ludzi z dorobkiem 20-kilku publikacji.
    Komisja oceniająca wybierana jest pod kątem ludzi z biologii molekularnej/medycy i chemii fizycznej lub organicznej. Brak jest tam zupełnie ludzi z innych dziedzin. Trzeba tym ludziom na spotkaniach tłumaczyć banały. Już na samym początku ludzie z innych dziedzin są na przegranych pozycjach. Jak długo to będzie jeszcze trwało? Przewodniczący jest zatrudniony w instytucie, który dostaje te granty. Inni uczeni z komisji podobnie. Przecież to jest zwykły kryminał.
    I niech mi nikt nie pisze, że fundacja jest prywatna, bo nie jest! Została założona z pieniędzy podatników, którzy za komuny pracowali na to. Ta fundacja to przykład takiej małej Rosji. Kolesie wymieniają się tylko stołkami. Tylko patrzeć jak prof. Żylicza zastąpi jakiś jego koleżka, a on pójdzie do rady. Liczba kadencji prof. Żylicza chyba jest już 5 albo 6-krotna. Jak długo jeszcze????????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to jeden tylko, ale bardzo wymowny argument za likwidacją przeróżnych folwarków kolesiów typu FNP (innym jest przynajmniej w cześci NCN). Dla zainteresowanych zdobyciem kasy na badania w tzw. czystej nauce (choć jest nauka albo dobra, albo jej nie ma wcale) są granty ERC, które też czesciowo opłacane sa przez podatnika polskiego, ale przynajmniej są oceniane przez niezależnych miedzynarodowych recenzenzentów. Funkcjonowanie przeróznych towarzystw wzajemnej adoracji w nauce polskiej, jest jedną z przyczyn jej słabej pozycji na świecie i w UE, a takze obciąża zwykłego podatnika. Pisałem o tym i w tej dyskusji i w porzednich. Żylicze et consortes są odpowiedzialni za deficyt bilansu polskiej nauki w relacji do oczekiwanych wdrozeń, a także w bilansie programów ramowych UE. Akcja tworzy reakcję, więc jak nie ten rząd to nastepny, jak to wszystko sobie policzy (np. efektywność punktozy we wdrożeniach, czy efektywnośc zwrotu kasy włozonej przez podatnika w Programy Ramowe UE, koszty zabawy w tytułomanię itd)), to rozgoni te towarzyskie instytucje na cztery wiatry, no ale wtedy Pan Żylicz i podobni będą już na ciepłej emeryturce, a "zjeść tą żabę" (czyli startować w miedzynarodowej ko0nkurencji) będą musieli wychowani w fikcji układów młodsi następcy "wielkich".

      Usuń
    2. Nie zgadzam się z powyższą wypowiedzią ani innymi wypowiedziami tego Pana (Anonimowy19 grudnia 2016 17:56). Domyślam się, że jest to ta sama osoba, która czepiła się "młodych leśnych dziadków". W swojej zawiści zatracił Pan zupełnie zdrowy rozsądek i jaka kolwiek rzeczowa dyskusja z Panem nie ma sensu. Reprezentuje Pan pogląd jednego z dawnych danych kandydatów na prezydenta "Żeby nie było nic". Panu jest źle, więc uważa Pan, że wszystkim ma być źle. Takie polska zawiść.
      Problemem nie jest istnienie FNP, tylko to jak selekcjonuje ekspertów i granty. Sama idea FNP jest bardzo dobro, i w dużej mierze przypomina tego typu struktury na zachodzie. Powinna jednak jej działalność obejmować więcej dziedzin niż biologia molekularna i chemia fizyczna i organiczna. Niestety FNP jest zdominowana przez te trzy warszawskie instytutu i mamy co mamy. Wystarczy zrobić delikatny misz-masz i wszystko zacznie dobrze działać, ale żeby likwidować to już trzeba prezentować dość niski poziom.

      Usuń
    3. Po pierwsze, nie jestem anonimowym z 19. grudnia, 17:56. W dyskusji o starych/młodych dziadkach nie biorę udziału, jest przelewaniem próznego w próżne. Pana hipoteza o zawiści więcej mówi o Panu niż o mnie (nieświadome szukanie u kogoś cech, które sam posiadam). Rzeczywiscie, użyłem skrótu, miałem na myśli likwidację FNP w dzisiejszym kształcie (sam Pan ją skrytykował), a nie ideę fundacji wspierającej naukę. Niech pan obniży poziom emocji.

      Usuń
  25. Zle Pan sie domysla, ze to ta sama osoba.

    OdpowiedzUsuń