sobota, 16 stycznia 2016

Ekologia w Szwecji i Polsce - główne różnice




Minęły równo dwa lata mojej pracy w Department of Ecology, Swedish University of Agricultural Science, spróbuję więc zarysować główne różnice między ekologią w Polsce i Szwecji, które powodują, że ekologia szwedzka stoi wyżej od naszej. Czy faktycznie stoi wyżej? Myślę, że tak - ten w sumie niewielki departament (na Research Gate 130 osób, w tym sporo doktorantów) wyprodukował w ciągu tych dwóch lat: 1*Science, 1*Nature, 3*Nature Communications, 3*Ecol Lett (dla porównania, cała PL: 2 prace), 2*TREE (cała PL: 1 praca), 1*PNAS. W nieco niższych kategoriach też jest spora dysproporcja: 1*Ecology (cała PL: 1 praca), 7*Biol Conserv (cała PL: 4 prace), 4*Ecography (cała PL: 1 praca) itd. [dane z ISI, wyszukiwane po "address"]

Oto główne punkty (z pewnością skrzywione moim doświadczeniem, zarówno zdobytym w Polsce, jak i w konkretnej jednostce w Uppsali, na co należy brać poprawkę):

1. Kierownictwo
W całym DeptEcol pracuje pewnie ok 150 osób, a szefem całej jednostki (=head of the department) jest kobieta, która właśnie poszła na urlop macierzyński. Poszczególnymi grupami kierują ludzie w wieku najczęściej 40-50. Zatem siła ciężkości kierownictwa jest przesunięta o jedno lub dwa pokolenia - w stosunku do Polski - w kierunku ludzi młodych. Przypomnijcie sobie rady naukowe Waszych instytutów/wydziałów i średnią wieku... Poza tym, co chyba jeszcze ważniejsze, władza (w sensie podejmowania decyzji o zatrudnieniu, wydawaniu środków itp.) jest znacznie bardziej równomiernie rozłożona między kierowników grup w Szwecji niż w PL. W Polsce struktura władzy w nauce przypomina model z pierwotnych plemion, w którym wódz (kierownik wydziału, instytutu itp.) może prawie wszystko (decyduje jednoosobowo kogo zatrudnić, czy podpisać grant, czy kupić taki albo inny sprzęt itp.), nawet jeśli naukowo jest słaby. W Szwecji to nie do pomyślenia - tu w zasadzie największy wpływ na działalność mają kierownicy grup, a więc ludzie najczęściej będący na szczycie swojej naukowej wydajności. To ma zasadnicze konsekwencje dla sposobu zarządzania całą jednostką.

2. Zarządzanie
W DeptEcol SLU kierownicy podejmują próbę zarządzania tą jednostką, w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Myślą co powinniśmy w ramach działalności naukowej robić, jak powinien wyglądać dalszy rozwój jednostki, pytają, naradzają się, sondują tematy (np. mnie szef wysyłał na jakieś mikro-konferencje, żebym się dowiedział jakie są potencjalne możliwości wejścia w dany temat, wykorzystania danej metody). Nie wiem do końca na ile ustalenia z takich rozmów determinują pracę konkretnych osób (bo to zależy w dużej mierze kto jaki grant dostanie), ale przynajmniej jest dyskusja wokół generalnej wizji. Dla mnie to zupełna nowość! Z moich własnych doświadczeń z PL i opowiadań od znajomych z różnych jednostek, u nas (PL) jest bardziej chaotycznie i przypadkowo, nie słyszałem też nigdy w żadnych dyskusjach o wizji, chyba nikt sobie nie zadaje takich pytań, a jeśli już to jednoosobowo kierujący jednostką.

3. Dydaktyka
Ja nie mam jej w ogóle na SLU i mam wrażenie, że wszystkie osoby pracujące jako postdoki również. Wydaje się, że obciążenie dydaktyczne profesorów na SLU jest najwyżej przeciętne - ale sam nie miałem dydaktyki w PL, więc trudno mi o porównanie, choć wiem, że to może być ważna różnica.

4. Wiedza
Ludzie z którymi mam okazję dyskutować naprawdę dużo wiedzą. Poziom statystyki reprezentowany przez niektóre osoby z naszej grupy jest bardzo wysoki (regularnie publikują w Methods in Ecol Evol, tworzą nowe pakiety w R itp.). Jest kilka osób naprawdę dobrych z teoretycznej ekologii i matematycznego modelowania populacji (dwie prace w Nature communications to właśnie od nich), co w PL jest w ogóle bardzo zaniedbane. Wszyscy doktoranci pracują w R, wielu łączy R i Jagsa/Winbugsa. Także czysta ekologia jest na bardzo wysokim poziomie. Jestem pewien, że przeciętny ekolog PAN lub Uniwersytetu w Polsce ma znacznie niższe umiejętności niż jego kolega na SLU. Ta wiedza i umiejętności nie są oczywiście cechami wrodzonymi - oni po prostu tego musieli się nauczyć, więc nie mamy żadnych wymówek (być może poza koniecznością wypełniania w skali roku setek druków, podań o przydział papieru, pism itp.). Ale przypomnijcie sobie poziom studiów doktoranckich w PL. Oni uczą się statystyki, bo w ramach doktoratu mają zapewnione konsultacje statystyczne (ileś godzin na semestr, u statystyka zatrudnionego na etacie), ja chodziłem prywatnie na korepetycje płacąc za to z mojego stypendium, które na pierwszym roku wynosiło 0zł/mc... Oni jadą na kurs z ekologii lasu do Japonii, itd.

5. Współpraca i komunikacja
Jest duży nacisk na współpracę między grupami, między dziedzinami, na wymianę myśli, wspólne projekty itp. Różnie to wychodzi, ale jest mocno odczuwalne ciążenie w tym kierunku. Jest grupa "unifying ecology" a teraz powstaje u nas grupa w poprzek dotychczasowych podziałów, mająca na celu łączenie ludzi działających w tematyce "landscape ecology". Ważnym aspektem umiejętności współpracy jest umiejętność komunikowania sobie wprost pewnych delikatnych spraw. Nigdy od nikogo nie spotkałem się tutaj z jakimkolwiek komentarzem negatywnym pozamerytorycznie (z jakimś złośliwym podtekstem itp.), natomiast nie ma też zbytniego owijania w bawełnę. Na przykład, rok temu był konkurs na postdoka i szef mówi, żebym startował (wtedy byłem na postdoku, ale nie było pewne czy będą środki dla mnie na drugi rok), więc złożyłem papiery. Po ocenie wniosków przychodzi i mówi, że zgłosiło się sporo osób, ale inni kandydaci są lepsi, więc ja nie przechodzę do drugiego etapu. Mówi to wprost, bez żadnych podtekstów, bez złośliwości, ale też bez jakiegoś pocieszania - po prostu inni byli lepsi, więc wybrał innych, to chyba normalne? Nie ma raczej problemu z powiedzeniem "myślę, że to, co napisałeś jest złe i powinniśmy to zmienić". I zmieniamy, nikt się nie doszukuje drugiego dna, nikt się nie okopuje na swoich pozycjach, tylko wspólnie staramy się zmienić to, co napisałem źle. Mój szef nie ma problemu z wywaleniem całego mojego akapitu jednym naciśnięciem 'delete', bo uznał, że był słaby, a ja nie odbieram tego jako atak, próba narzucenia swojej wizji, czy cokolwiek w tym stylu. Po prostu razem pracujemy, popełniamy błędy, korygujemy je, mamy wspólny cel: dobra publikacja. Nigdy też nie doświadczałem tak głębokiej orki moich tekstów przez współautorów – trochę boli, ale się opłaca.

6. Badania terenowe
Badania terenowe w ramach tych projektów, w których uczestniczę, są prowadzone na szeroką skalę, ale bardzo rzadko naukowcy te dane zbierają. Nawet doktoranci często nie zbierają danych. Np. koleżanka broniła doktorat z ptaków archipelagu sztokholmskiego, ale nie zbierała tych danych, kolega robiący doktorat na ptakach farmlandu w ogóle nie zbierał danych itp. Robią to wynajęte do tego ekipy profesjonalnych obserwatorów. W niektórych projektach oczywiście również naukowcy działają w terenie, ale nie we wszystkich i często co najwyżej nadzorują pracę innych pracowników. W tym podejściu jest sporo logiki: jeśli ściągamy dobrych ludzi i płacimy im dużo, to szkoda żeby koleś, który świetnie zna statystykę i przyjechał tu z Francji, Argentyny lub USA, tracił czas na bieganie w kaloszach. Model Polski, to często profesor w kaloszach usiłujący wejść na drabinę itp. Możliwość zlecania prac terenowych jest pewnie w dużej mierze funkcją dostępnych środków.

7. Doktoraty
Doktoraty są najczęściej bardziej samodzielne niż w Polsce. Doktorat to prawie zawsze 4 dobre publikacje (lub maszynopisy + publikacje) z doktorantem, jako pierwszym autorem. Doktorant ma czterech promotorów, ale ich udział w powstawaniu doktoratu jest chyba mniejszy niż w PL. Promotorzy nie są nawet wymienieni w drukowanej wersji doktoratu (a w PL: rozprawa wykonana pod kierunkiem profesora - i tu dajemy większy rozmiar czcionki...), obrona jest bardzo samodzielna (ostatnio byłem: >2 godziny dialogu oponent vs. doktorant, żaden z promotorów nie odzywa się ani słowem aż do końca, mimo że chłopak miał gorsze chwile i w całej sali było cicho jak w grobie).

8. Narzędzia
Dużym zaskoczeniem było dla mnie, że wiele z tych bardzo dobrze publikowanych szwedzkich prac, to proste badania, najczęściej obserwacyjne, a np. genetyka jest tu rzadkością. Jasne, że zasadność stosowania badań genetycznych zależy od tematu, ale np. w dziedzinie applied ecology znaczna część pytań nie potrzebuje narzędzi molekularnych, nierzadko nie potrzebuje eksperymentów. Porównując SW i PL mam wrażenie, że w Polsce genetyka jest trochę kwestią mody i w badania genetyczne zaczynają się pakować ludzie nie do końca mający pojęcie o genetyce, czego ja sam jestem dobrym przykładem (kierowałem nawet grantem z genetyką, jako wątkiem przewodnim). Niestety jest to też pośrednio "wymuszane" przez grantodawców - badania genetyczne robią dobre wrażenie i łatwiej na nie uzyskać środki (słowo "genetyka" w tytule grantu jest pozytywnym predyktorem prawdopodobieństwa jego otrzymania - robiłem takie analizy na danych z MNiSW). Mam wrażenie, że łatwiej też kupić sekwenator za grube miliony, niż dać podwyżkę 200 złotych dobrze pracującemu naukowcowi... Jest to o tyle istotne, że badania genetyczne są drogie (sprzęt, odczynniki) i chyba niewiele jest u nas osób potrafiących w ogóle dobrze te wyniki interpretować (np.: program podaje wartość Fst, którą trzeba wpisać do publikacji - ale już niewielu czytało ze zrozumieniem artykuły o trudnościach interpetacyjnych tego wskaźnika...). Tymczasem można robić ekologię na najwyższym poziomie (rozumiem przez to publikacje w TREE, Ecol.LEtt, Ecology itp) bez genetyki, prostymi metodami.

O administracji (rozumianej jako cały staff nienaukowy) nie będę nawet wspominał, bo to jest przepaść i o różnicach można w zasadzie napisać osobną książkę... Jedyną uwagę jaką mam do administracji na SLU przez te lata, to że czekolada w automatach w lunch-roomie jest trochę zbyt słodka ;-)

Gorąco zapraszam do komentowania, a osoby z doświadczeniem z innych jednostek - do dorzucania kolejnych punktów!

Michał Żmihorski

44 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki - pieniądze oczywiście są pewnym istotnym elementem, ale zdecydowanie nie najważniejszym. Zgadzam się całkowicie, że w Polsce jakość nauki nie poprawi się zauważalnie, nawet gdybyśmy wpompowali w instytucje naukowe budżet Stanów Zjednoczonych, bo system dystrybucji jest głęboko chory. I mentalność, o której Pan wspomniał. To są ewidentnie sprawy poza-finansowe.

      Usuń
    2. Myślę, że nawet jakbyśmy zastąpili wszystkich Polaków na polskich uczelniach Szwedami to przy obecnych nakładach na badania, biurokracji, poziomie studentów oraz pensjach też by za wiele nie powalczyli.

      Usuń
    3. oczywiście! Oni w Polsce nie wytrzymaliby tygodnia. Od zawsze powtarzam, że nawet Papieża Franciszka szlag by trafił, gdyby mu kazano wydrukować podanie o przydział papieru, jeśli papier mu się właśnie skończył... Tego nikt normalny nie zniesie.

      Usuń
  2. Zgadza się całkowicie. Dodatkowa kasa nic nie poprawi. Pamiętam jak byłem doktorantem to pracownik w Katedrze na badania dostawał rocznie około 12-15 tysięcy złotych (ja wtedy ryczałtem 5 tys.). Pieniądze poszły na podróże w ramach połapywania "motylków" a publikacji i badań na poziomie nie było. Dzisiaj ci sami narzekają na brak pieniędzy - kiedyś było lepiej. Tylko co z tego?!? Kasa powinna być lepiej rozliczana już wtedy. Przecież plan podróży w celu nałapania jak najwięcej to nie są badania. Nie było w tym celowości ani potencjalnych możliwości opracowania danych. Podejrzewam, że przez lata takiej działalności to nie jeden utytłany dzisiaj "naukowiec" wybudował chatę.

    OdpowiedzUsuń
  3. No może nie wybudował chaty ale sobie przynajmniej sporo dofinansował ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak najbardziej zgadzam się z postulatem, że podstawową różnicą jest mentalność. Też miewam do czynienia ze Skandynawami. Tam, podejście do większości dziedzin życia, nie tylko nauki, jest kompletnie inne niż w Polsce. No i jeśli do tygla PL i SE wrzucić tę samą sumę pieniędzy - to wyniki reakcji są prawdopodonie różne, właśnie przez mentalność. Nie zmienia to jednak faktu, że w Polsce pojawiają się badacze, którzy mają potencjał i chęć pracowania tak jak na Zachodzie. Jednak np. pensja 10 x niższa niż w Szwecji, czy brak nowoczesnych narzędzi pracy, mogą być pewnym ograniczeniem do rozwinięcia skrzydeł

    OdpowiedzUsuń
  5. Brawo P.Michale. Bardzo wartosciowe porownanie.

    Ponizej kilka zdan z mojej strony.
    (1) Padaly tutaj takie slowa, ze winna jest "mentalnosc". Jest gorzej. Winnymi sa "mentalnosc" i "system". Mentalnosc to stan umyslu. A my mamy dodatkowo caly system formalno-prawny, ktory za tym stoi. To, ze PL czesto wladza nalezy do ludzi ponad 70-letnich, to bynajmniej nie wynika tylko z ich checi, lecz w duzym stopniu dzieje sie to dzieki obowiazujacym przepisom.
    (2) Jakie grupy stoja za utrzymaniem obecnego systemu (bo komus jednak na utrzymaniu tej obecnej sytuacji musi zalezec)? Sa dwie kluczowe grupy. Jedna to srodowisko profesorow belwederskich, glownie pracujacych na uczelniach. "Nic nie musza", ale bardzo duzo moga. Zadna wazna decyzja nie moze zapasc bez ich akceptacji. A niektorzy przestali zajmowac sie nauka dobre dwadziescia lat temu. Ich przeciwienstwem sa "mlode wilki" (czesto w wieku 50-70), glownie z osrodkow PAN-owskich. Publikuja "dziesiatkami" (dotyczy to zarowno dziestek publikacji, jak tez skladow autorow, ktorych prawie zawsze jest kilku). Ale efektywnie sa prawie tak samo szkodliwi jak ci "starszawi" profesorowie. Celem ich pracy jest tylko sukces osobisty, lansuja tematy modne nastawione tylko na punkty. Efektywnie wiec mamy w PL instytuty badawcze kompletnie nikomu niepotrzebne (znaczy sie niepotrzebne ludzom placacym podatki).

    Podsumowujac, starszawi profesorowie dokonali uwlasczenia uczelni (ktore traktuja jak wlasne folwarki), a te mlode-stare wilki dokonaly uwlaszczenia instytutow badawczych i instytucji grantowych. Obie grupy sa w stanie przejesc dowolnie duze pieniadze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wielu rzeczowych i słusznych wniosków płynących z porównania jakie zrobił Michał, to część wpisów wskazuje, że dyskutanci na tym blogu nie bardzo orientują się o zmianach jakie zaszły na uczelniach, przynajmniej tych jednostkach, które weszły do kategorii A i A+. Również wnioski Michała dotyczące punktów 1 i 2 płyną z faktu, że patrzy on na polską naukę z punktu widzenia pracownika PAN-u. Już tu kiedyś przy okazji innej dyskusji ktoś na tym blogu pisał, że kierownictwo i zarządzanie w jednostkach kat. A i wyżej odbiega mocno od dawnego, skrajnie hierarchicznego systemu. Również profesura belwederska z pokoleń sprzed ostatniej reformy ma w tej chwili minimalny wpływ na to, co się na wydziałach dzieje. Rządzi raczej profesura uczelniana i tytularna pokolenia 40-50-latków. Na moim wydziale też stara profesura praktycznie na nic nie ma wpływu. Wszystkie istotne funkcje zarządzające zajmują młodzi profesorowie. Podział pieniędzy i decyzje personalne zapadają w gremiach poza kierownictwem jednostek, na konkursach i komisjach, gdzie też praktycznie prawie nie ma starszych profesorów. Część z nich (znaczna) nawet nie uczestniczy w posiedzeniach rad wydziałów, chyba trochę obrażona z powodu odsunięcia od wpływu na istotne decyzje. Przypuszczam, że głosy o jakiejś mafii starych profesorów pochodzą z jednostek, które w konkurencji nie załapały się do wyższych kategorii. Ale to tylko pokazuje, że przynajmniej częściowo reforma przyniosła pozytywne skutki, skoro lepsze wydziały mogły się przeorganizować i wypracować strategie rozwoju w bardziej konkurencyjnym i progresywnym systemie. Oczywiście, daleko do ideału, ale śmiem twierdzić, że nasz wydział może się spokojnie porównywać do jednostek w Szwecji np. u nas też doktoraty mogą być ze zbitek prac w czasopismach indeksowanych, mogą też być od razu w języku angielskim gdy dotyczy to monografii.
      Słabością jest to co zawsze tzn. duże problemy z usuwaniem nierobów, chociaż ostatnio udało się i tu nieco przyśpieszyć procedury. Poważnym problemem jest też duży odsetek doktorantów nie kończących studiów rozprawą. Jest ich po prostu za dużo i w znacznej części reprezentują słaby poziom. Ale czołówka wygląda świetnie, przy obronie sporo z nich ma już 5-6 publikacji z dobrych tytułów z listy Thomsona. Trudno mi pisać o ekologii, bo u nas raczej dominuje biologia rozwoju, fizjologia, geochemia środowiskowa i taksonomia, ale w tych dziedzinach nie mamy się czego wstydzić. Wskazują na to chociażby statystyki zdobywanych postdoców w liczących się w nauce krajach. Również rozbudowana biurokracja to jak słusznie zauważ Michał jest bardzo poważną bolączką naszych instytucji.

      Usuń
    2. Byc moze u Pana wydziale tak jest, ze rzadza mlodzi. Ale takie zasady nie obowiazuja wszedzie, a juz na pewno nie w glownych cialach decyzyjnych. Przywolam tylko jedno nazwisko: prof. J. Woznicki, Przewodniczacy Rady Szkolnictwa Wyzszego. To w zasadzie "dyzurny" urzednik na szczeblu centralnym od dobrych 15 lat, wczesniej regularnie dzialal w KRASP. I to tacy ludzie wydaja wiazace opinie o obowiazujacych zasadach. Na szczegolowe pisanie o tym kim sa czlonkowe rzeczywisci Polskiej Akademii Nauk to juz nawet szkoda tracic czasu, tylko wspomne, ze niektorzy nie odbieraja nawet poczty elektronicznej, gdyz to nie jest ich epoka. A to oni decyduja o wyborze Prezesa PAN. Podsumowujac, moge zgodzic sie z tym, ze w ostatnich latach bylo sporo pozytywnych zmian, ale do "normalnosci" to brakuje nam wciaz bardzo duzo.

      Usuń
    3. Dzisiaj jeden dyżurny (od klikunastu lat) urzędnik właśnie zrezygnował - oczy na NCBiR. A rok temu w konkursie nie było kandydatów. Dopiero przy powtórzeniu zgłosił sie jeden. I co teraz?

      Usuń
  6. Świetny tekst, mam nadzieje że wielu decydujących o kształcie nauki w Polsce go przeczyta (ok, wiem, wishful thinking). Szczególnie zgadzam się z uwagami dot. grantów - w mojej działce (archeologia) też wrzuca się do grantów wszelkie możliwe analizy, tylko potem nie widzę publikacji w najlepszych czasopismach ...
    Kwestia techniczna - skąd tylu "Anonimowych" w dyskusji? Bo przecież to nie ta sama osoba chyba ... Trochę się w tym gubię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki; może ktoś przeczyta, bo zaglądają tu ludzie z NCN i MNiSW. A do Anonimowych trzeba się przyzwyczaić, komentatorom chyba czasem wygodniej wrzucić coś anonimowo, bo nie trzeba się logować ale też narażać na krytykę przełożonych ;-)

      Usuń
    2. No chyba że wyrzucisz taką opcję z opcji - nie wiem jak to jest na blogspocie. Aha, i jeszcze godzina dziwna przy postach - taka amerykanska.

      Usuń
  7. Mysle, ze bardzo na temat wpis z Facebooka prof. Karpinskiego z SGGW (rowniez dlugo pracowal w Szwecji):

    "Min. Jarosław Gowin i MNiSW chce zaświecić żarówkę bez prądu.
    Polski potencjał akademicko-innowacyjny jest zmurszały i skostniały i nie jest w stanie wykrzesać więcej, niż to co w ostatnich 15 latach wykrzesał..Min. Jarosław Gowin i jego załoga wydaje się, że nie rozumie i nie przyjmuje do wiadomości tego faktu. W swoim życiu nie widziałem aby jakikolwiek polski uniwersytet czy politechnika rekrutowała np. 100 konkurencyjnych profesorów, (z konkurencyjnym wynagrodzeniem w stosunku do średniej EU) do któregoś z wielu nowo-wybudowanych centrów technologi. W Kalifornii (Stanie o najwyższym potencjale innowacyjnym w USA) jest kilkanaście uniwersytetów sklasyfikowanych w pierwszej 100 "Listy Szanghajskiej". Jednym z uniwersytetów CA w drugiej setce tej listy jest UC Riverside. Ten uniwersytet aby wejść do ścisłej czołówki (pierwszej setki) rekrutuje 150 nowych profesorów fizyki, chemii, biologii, i nauk technicznych. Panie Ministrze Jarosławie Gowin, przypominam Panu, że Polska ma tylko dwa uniwersytety w czwartej setce Listy Szanghajskiej i zmiana ustaw, choć potrzebna, nie będzie wystarczająca aby obudzić odpowiedni potencjał innowacyjny w Polsce. Polska innowacyjność za rządów poprzedniej koalicji pomimo zmiany ustaw i inwestycji wielu miliardów zł. spadła na samo dno list rankingowych. Czy zastanowił się Pan dlaczego tak się stało? W Polsce jest potrzeba sprowadzenia co najmniej 500 (lub więcej) konkurencyjnych naukowców aby wytworzyć krytyczną masę naukowo-innowacyjną w kraju. Panie Ministrze nie zaświeci Pan żarówki bez prądu ani herbata nie stanie się słodsza od mieszania. Proszę pamiętać, że jest Pan Ministrem NiSW ostatniej szansy na rzeczywiste reformy nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce.Jeśli Pan tego nie zrobi to już nikt tego nie zrobi. Spoczywa na Panu duża odpowiedzialność."

    Co o tym sądzicie ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w tym bardzo dużo racji. Niestety.

      Usuń
    2. Takie racje to można sobie pisać do woli, papier jest cierpliwy. A co my byśmy zaoferowali tym profesorom? Płacę 4 700 zł na rękę (tyle dostaje prof. zwycz. na moim wydziale z kategorii A). Dwa razy tyle dostaje kapelan w wojsku w stopniu generała. W rankingu szanghajskim to my rzeczywiście wyglądamy beznadziejnie, ale tam wartość naukowa uniwersytetu liczy się w mniej niż 30%. W rankingu naukowym opartym na i-H zajmujemy dokładnie taką pozycję jaka wynika z naszego PKB. To oznacza, że jesteśmy przy tych płacach (nie wiem czy nie najmniejszych w stosunku do PKB spośród wszystkich cywilizowanych krajów) na i tak lepszej pozycji niż można oczekiwać. Wpis prof. Karpińskiego to takie bajanie, z którego nic nie wynika. Jakoś w czasie kiedy był podsekretarzem stanu w ministerstwie bardziej bawił się w politykę niż w naprawianie nauki (jako pupil obecnego ministra).

      Usuń
    3. Ja natomiast nie bardzo rozumiem wywód prof Karpińskiego - mamy teraz zatrudnić 500 wybitnych profesorów (z konkurencyjnym wynagrodzeniem w stosunku do średniej UE, czyli ~150 000 000 zł na same wynagrodzenia/rok) i wpuścić ich w ten administracyjny labirynt? I ta masa krytyczna będzie wypełniała podania o papier i uzasadniała brak aplikacyjności swoich badań jako warunek otrzymania grantu? Od tego ma być lepiej?

      Usuń
    4. Nie chce tu wchodzić w dusze prof. Karpińskiego, ale myślę, ze kluczowe jest sformułowanie "masa krytyczna". Obecnie w Polsce jest kilkadziesiąt (30-40) zespołów publikujących w prestiżowych zagranicznych czasopismach. Te zespoły mimo, ze hojnie finansowane z NCN/NCBiR są rozproszone po całym Kraju. Tym czasem działa to w wielu krajach, już nawet nie w wyświechtanych USA, ale znacznie bliższej i mniejszej Belgii gdzie jeden VIB zrzesza kilkadziesiąt zespołów. Dla takiego instytutu możliwe jest wprowadzenie odrębnych zasad działania, czy po prostu likwidacja niektórych barier. Zobaczcie co się na przykład dzieje w IIMCB w Warszawie, tam ludzie się nie mieszczą na korytarzach. Jakość naukowa i dynamika tamtejszych zespołów ściąga bardzo wielu ludzi, w tym zza granicy.
      Mechanizm zaproponowany przez prof. Karpinskiego zadziała nawet w obecnym stanie prawnym, który wierząc w zapowiedzi ma się nawet poprawić. Kto zna zasady naboru do instytutu CenT (koszty pośrednie z grantu za pełną obsługę administracyjna i podstawowe wyposażenie laboratoriów) wie, ze pierwsze jaskółki zmian już są.
      A wspomniane przez Ciebie Michale 150 000 000 to 'tylko' 15% budżetu NCN, wiec może jak robić cos z rozmachem to raz a dobrze ?? :)

      Usuń
    5. Obecnie nie ma szansy na realizacje takich pomyslow, jak zatrudnianie 150 "nowych profesorow" z zewnatrz. Lepszy klimat do realizacji takich pomyslow byl za czasow liberalow Tuska, ale i oni odpuscili. Mozna bylo przynajmniej uwolnic uczelnie prywatne od minimow kadrowych i podejrzewam, ze wowczas byla szansa, ze w Nowym Saczu pojawiliby sie, jako wykladowcy, noblisci z ekonomii.
      A dzisiaj sa juz zupelnie inne czasy. Bardziej w tej sytuacji wierze w strategie zrownowazonego rozwoju, czyli pomysly od Obywateli Nauki. Oni sa troche lewicowi ("kreca" z partia Razem). Ale przynajmniej sugeruja stopniowy wzrost nakladow.

      Usuń
    6. Niestety dla mnie 'zrównoważony rozwój' jak i 'stopniowy wzrost nakładów' to frazesy oznaczające tylko i wyłącznie rozpuszczanie coraz większej ilości kasy w tak samo brudnej wodzie. Jak zrobisz jeden instytut z bardzo konkurencyjnymi stanowiskami, z bardzo wyśrubowanym nadzorem i naborem i wydasz na niego 150 mln. PLN na raz to po 5 latach będziesz mógł przeliczyć i zmierzyć 'koszt' wytworzonych publikacji lub patentów i za niepowodzenie rozliczyć pomysłodawców i zwolenników tego rozwiązania. Ja jestem gotowy pójść o zakład, ze około 60-70% zatrudnionych naukowców uzyskałoby kolejne fundusze na podtrzymanie swojej obecności w tym instytucie, a około 30% laboratoriów co jakiś czas zmieniałoby swoich miekszancow. Tak to działa w cywilizowanym świecie. (Wiem, bo bywam ;) )

      Powolne wtłaczanie tej samej kwoty rozłożone na 5 lat w połączeniu z brakiem zmian systemowych nie da absolutnie nic, albo będzie to w ogóle niemierzalne.

      Dlaczego innym krajom udaje się stworzyć tego rodzaju ponad uczelniane instytucje i dodatkowo one działają, a u nas nie ma choćby jednego ?

      Jak ktoś ma lepszy pomysł na wydanie 150 mln PLN na polska naukę to zapraszam do dyskusji ;)

      Usuń
    7. Ja nie widze problemu. Ktos (np. Anonimowy 22:03) wyciaga 150 mln PLN i tworzy taki instytut, uczelnie itp. (przypomne, ze najlepsze uczelnie amerykanskie sa prywatne, czyli tak wlasnie powstaly). I nawet jestem sklonny twierdzic, ze cale mnostwo swietnych rzeczy mamy dzieki inicjatywom prywatnym (jak chocby laptopy, telefony komorkowe itp.). A co do pieniedzy publicznych, one jednak nigdy nie beda wydawane na zupelnie autorskie pomysly. Moze to zle, moze dobrze, ale trzeba sie z tym pogodzic, ze o podziale pieniedzy publicznych decyduje zawsze caly szereg instytucji. I nigdy nie wiadomo, czyje zdanie jest najwazniejsze.

      Usuń
    8. @ Anonimowy20 stycznia 2016 22:03
      nie sądzę, bo ten instytut zaraz padnie na sprawach administracyjnych, kadrowych, regulaminach, szkoleniach BHP i innych tego typu bzdurach. Nie mówcie mi, że naprawdę dobry profesor z zachodu będzie robił ekstrapolację zużycia spinaczy na kolejny rok, by zadeklarować ile administracja ma ich kupić. Z resztą nie ma tych 150 milionów, a raczej brakuje co roku 400 razy tyle, więc zejdźmy na ziemię

      Usuń
  8. Problem z tymi 150++ mln byłby taki sam jak z wszystkimi innymi wydatkami. Skąd wiara w to, że będą one rozliczone, skoro praktycznie żadne pieniądze wydane na naukę rozliczane nie są. Nie ma u nas systemów motywacyjnych. Nawet granty nie są rozliczane merytorycznie. Czy ktoś słyszał o jakimś grancie/inwestycji nierozliczonej z przyczyn merytorycznych [choćby w ten sposób, że niefortunny beneficjent ma szlaban publiczne pieniądze na parę lat]? Możliwe, że taki zagraniczny szef działałby "z przyzwyczajenia" dobrze, niezależnie od nadzoru czy rozliczania. Ale nie jestem pewien czy to jest aż tak automatyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to znaczy "rozliczane merytorycznie"? Publikacja (lub publikacje) rozliczają grant, a więc jest rozliczany merytorycznie, czyż nie?

      Usuń
  9. Glowny klopot z "rozliczaniem" polega na tym, ze nie wiadomo jak precyzyjnie oceniac "korzysci" z dzialalnosci w sektorze akademickim. Korzysci czesto bywaja tylko posrednie. Poza tym czas oceny powinien byc raczej 20 lat niz 5 lat. No i to wszystko generuja klopoty. Lub inaczej powoduje to, ze jest wolne pole dla roznego rodzaju hochsztaplerow i ich rzekomo merytorycznych "opinii" . Jak to funkcjonuje na Zachodzie? Mysle, ze tam jest o tyle prosciej, ze w co wazniejszych krajach jest sporo ludzi, ktorzy osiagneli uznane sukcesy, za ktore np. dostali nagrody Nobla. Takim ludziom mozna zdecydowanie bardziej wierzyc, niz naszym domoroslym autorytetom (ktorzy czesto okazuja sie byc bardziej celebrytami niz autorytetami). W uproszczeni mozna to ujac tak: w PL zostala przerwana sukcesja mistrzow. Ludzie ktorzy decyduja o rzeczach istotnych dla srodowiska akademickiego to pewnego rodzaje "gracze" (na swoje konkto, konto osrodka, z ktorego sie wywodza), ale nie sa to mistrzowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby coś przerwać trzeba wpierw rozpocząć :-)
      Rozumiem, że do przerwania doszło w 1989. Przedtem to mieliśmy mistrzów, oj mieliśmy. Niektórzy wciąż błyszczą - cała nauka polska wręcz promieniuje ich blaskiem

      Usuń
    2. "Rozumiem, że do przerwania doszło w 1989." Kurcze, mam podejrzenia, ze zle Pan/Pani to jednak rozumie.

      Usuń
    3. Większość dyskutujących nie do końca chyba wie, o czym dyskutuje. Funkcje uniwersytetów są złożone, poza uniwersyteckich instytutów zwykle wąsko określone. I od tego trzeba zacząć. Czy dyskutujemy o państwowych uniwersytetach, czy wydzielonych mega instytutach mających rozwiązywać konkretne problemy naukowe lub wdrożeniowe. Jedno i drugie już w Polsce przerabiano z różnym skutkiem. Były (są) i państwowe i prywatne uczelnie, centra naukowe (PAN) i tzw. instytuty branżowe (rzekomo wdrożeniowe).
      Czemu takie centrum umiejscowione w Polsce miałoby służyć? Że my Polacy niby też umiemy, ale przecież pracowali by w nim na tych 150 etatach badacze spoza Polski. Dlaczego więc nie wysyłać naszych najzdolniejszych do już istniejących ośrodków światowych. Że niby nie moglibyśmy się wtedy chwalić, że to nasze centrum. A co to w ogóle naukę obchodzi. Jak nasz badacz robi światową karierę i przyznaje się do swego pochodzenia to jest równie dobrym ambasadorem kraju. A my rozwalamy i jakość nauczania (czyli główną rolę uniwersytetów) i centra naukowe (przez skandalicznie niskie nakłady, brak systemów motywacyjnych i możliwości rotacji kadrą). Myślicie, że takie centrum w Polsce na zasadzie osmozy oświecało by resztę. Guzik, ci co załapali by się tam do pracy chodzili by w sztach namaszczonych, a reszta zgrzytała zębami. Do tej pory (przed reformą bolońską) to chociaż jakość nauczania na uniwersytetach dawała szansę młodym na kariery zagraniczne, w tej chwili nawet tego nie ma. Naszych paru doktorantów sprzed 10 lat robi teraz szybkie kariery w USA, nie musieli tam na pierwszym roku studiów doktoranckich (jako jedyna grupa narodowa) przechodzić zajęć uzupełniających, gdyż na podstawie naszych indeksów uznano, że ich wykształcenie jest pełne w porównaniu np. ze studentami amerykańskimi czy latynoskimi, a nawet azjatyckimi. Nie zachęcamy ich do powrotu do kraju, nawet do takich centrów o jakich toczy się dyskusja. To co oni podkreślają w dyskusji z nami (utrzymujemy bliskie kontakty Skypowe) o jakości pracy tam to nie kwestie ekonomiczne, ale jakość atmosfery. Brak tego cuchnącego bagienka, w którym taplali się u nas, presja na ciągłe dokształcanie, radość z pracy zespołowej, regularne kontakty z osobami z topu światowego przy różnych okazjach (proszone wykłady, egzaminy, zjazdy naukowe itp.). U nas w takim centrum byliby znowu wyizolowani od tego, kisili tylko we własnym sosie, a poza centrum stykali się z masą frustratów. Niech już lepiej te 150 mln wyłożyć na ułatwienie im startu tam.

      Usuń
    4. Wydaje mi się, że inwestowanie w wysyłkę ludzi za granicę jest trochę bez sensu.

      Dlaczego nie zacząć od najprostszego, czyli od rzetelnego, stałego procesu oceny? Wpis doktora Żmihorskiego pokazuje łatwość dokonania takiej oceny; wystarczy zrobić coś w rodzaju "klasyfikacji medalowej", czyli porównać ilość publikacji w najbardziej renomowanych pismach. W sporcie medal na prestiżowej imprezie jest wart znacznie więcej niż 100 dwudziestych miejsc. Jasne reguły gry powodują, że i atmosfera się poprawi. Jednostki o zatęchłej atmosferze byłyby wtedy wypierane przez jednostki lepsze. Wpisy niektórych Anonimów sugerują, że nawet obecnie, przy naszym bardzo mało motywacyjnym systemie, jakieś zmiany zachodzą. Może zbytnio w kierunku "ciułania punktów" ("dwudziestych miejsc", byle dużo). No ale skoro akurat tego się wymaga i do tego się motywuje, to nie ma czemu się dziwić...

      Innym kłopotem (istotnym dla wyspecjalizowanych instytutów) jest brak wytyczonych celów i związku z gospodarką. Pompowanie pieniędzy niewiele tu chyba pomoże.

      Usuń
    5. "jakość atmosfery. Brak tego cuchnącego bagienka, w którym taplali się u nas, presja na ciągłe dokształcanie, radość z pracy zespołowej, regularne kontakty z osobami z topu światowego" - dokładnie tak to widzę będąc w Szwecji.

      No właśnie, zgadzam się, że tworzenie takiego wielkiego centrum w PL, z zagranicznymi naukowcami w roli głównej, jest w pewnym sensie tworem sztucznym. Co w zasadzie ma udowodnić stworzenie takiego centrum? Że naukowiec przewieziony samolotem z Finlandii, UK, USA do Polski może dobrze pracować? No może, chyba nie potrzebujemy eksperymentu za 150 milionów by empirycznie to weryfikować... Nawet gdyby udało się stworzyć taki ośrodek, to funkcjonowałby na zasadzie szklarni: wsadzimy tam najlepszych, odizolujemy od toksycznego klimatu świata polskiej nauki i będziemy obficie nawozić grantami. Super, ale produktem końcowym - poza gigantycznym rachunkiem - będzie pogłębienie spadku jakości tych jednostek z drugiej strony szyby. Moim zdaniem w ten sposób nic dobrego nie da się osiągnąć - to czego potrzebujemy to uproszczenie przepisów i płacenie za pracę. Lepiej dać te 150 mln według publikacji za ostatnie 3 lata, a leniom nie dać nic, i od razu sytuacja stanie się zdrowsza!

      Usuń
    6. Ta dyskusja pokazuje, jak trudno cos ustalic w sprawie wydawania publicznych pieniedzy. Kazdy ma inna wlasna wizje. Dlatego ja najbardziej w tej chwili wierze w pomysly Obywateli Nauki. Nie dlatego, ze sa one super swietne, ale dlatego, ze udalo im sie osiagnac pewnego rodzaju porozumienie w ramach dosc duzej grupy osob. A pomysly, ktore popiera tylko jedna-dwie osoby, po prostu nie maja szans na realizacje. Tak dziala demokracja, czy nam sie to podoba, czy nie.

      Usuń
  10. Pomysłów na wydawanie jest wiele, każdy ciągnie tę krótką kołdrę do siebie. Władza rządzi i coś tam zadecyduje.

    Gorzej, że pomysłów na rozliczanie jest niewiele, a nie są realizowane nawet takie dość oczywiste koncepcje w style "płacić za publikacje", zręcznie ustaliwszy taryfikator, tak aby efekt maksymalizacji takiego "zysku" dawał sensowne efekty (bo np. gdyby obecnie "płacić za punkt ministerialny", to dojdziemy donikąd, do produkcji bezwartościowej makulatury, gdyby płacić za punkt ale tylko co najmniej 35-40, to już może byłoby jako tako).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój pomysł wprowadzono w życie w Chinach, płacą za publikacje w czasopismach indeksowanych. W mojej działce (taksonomia) zaowocowało to zalewem fałszywek. W działach biologii gdzie jest wąska specjalizacja jest to groźne zjawisko, bo weryfikacja danych często następuje dopiero po latach. Z drugiej strony na moim wydziale częściowo twój postulat jest realizowany. Podział DS jest wyłącznie za publikacje od 20 pkt. Nie da się postawić poprzeczki wyżej, bo topowe czasopisma taksonomiczne w większości są za 20, a ten dział biologii dostarcza 1/3 punktów dla wydziału. Za publikacje 40-50 punktowe dostaje się extra pieniądze w formie nagród (nie są małe, nagroda I stopnia to bodajże trzykrotność miesięcznej pensji). Efekt jest taki, że ci co do tej pory ciągnęli wydział są jeszcze bardziej produktywni, a 1/3 jak nic nie robiła, to nadal nie robi (w zeszłym roku na 100 etatów naukowo-badawczych, 30 nie opublikowała ani jednej publikacji, nawet za 1 pkt).

      Usuń
    2. W zasadzie jakaś tam część środowiska naukowego jest całkiem innowacyjna. Jest trochę osób, które pomimo niewielkich środków finansowych potrafi zrobić ciekawe badania i publikuje je w dobrych, znanych czasopismach. W Polsce po prostu trzeba główkować jak zaistnieć lub przetrwać w tym cuchnącym bagienku, gdzie dodatkowo czają się poczwary chcące utopić co ambitniejszych w odmęcie miernoty. Z drugiej strony jak zobaczy się jaki jest rozkład liczby publikacji w zależności od IF lub punktów ministerialnych (przynajmniej w kilku instytutach z kat. A widziałem takie), to nie dziwię się, że w Polsce nie da się przeprowadzić skutecznej reformy. Pierwszym krokiem musiałoby być bowiem zwolnienie cn. 50% bezproduktywnych osobników. Wiadomo, że oni będą walczyć o przetrwanie (również na tym forum) opowiadając jakieś tam bajki o mistrzach czy makulaturze naukowej, publikowanej w wysokoimpaktowych czasopismach. Należy też wyraźnie powiedzieć, że, żadna reforma nie uda się, dopóki w tych wszystkich zespołach i komisjach MNiSW będą zasiadać osoby właśnie z tego cuchnącego bagienka. Nie ma co się oszukiwać, że zasiadają tam wyłącznie wybitne jednostki. Wręcz przeciwnie. Tak jak na tym blogu padają rozsądne głosy, to i tak w rzeczywistości będą zalewane przez wypowiedzi osób, którym tak na prawdę zależy na utrzymaniu obecnego stanu rzeczy, bądź do powrotu do idyllicznych czasów z lat 80tych.

      Usuń
    3. Pomysl aby "placic za publikacje" jest troche glupi, ale i tak na razie bedzie przeforsowany. Gdyby zaczac poszukiwac sensu, to instytuty badawcze nalezaloby rozgonic. Ale tam pracuje sporo ludzi, wiec na 100% ci ludzie utworza front obrony. Dlatego na razie bedzie nam blizej do Chin niz do Zachodu. Nie staniemmy sie z dnia na dzien krajem cywilizowanym. To wbrew pozorom wymaga sporo czasu.

      Usuń
    4. Ja bym przede wszystkim rozgonił te słabe uniwersytety. W instytutach PANowskich, przynajmniej niektórych, poziom naukowy znacznie się poprawił. A na uniwersytetach ?? Po co Polakom rzesze niedokształconych absolwentów z Rzeszowa, Zielonej Góry czy innych zaściankowych uczelni? Ani nie prowadzi się tam sensownych badań, ani sensownej dydaktyki.

      Usuń
    5. Sie porobilo, zazwyczaj to goraca pogoda powoduje, ze ludze miewaja dziwne pomysly. A tutaj prosze srodek stycznia
      i taka teoria. Ech, nie ma to jak walka o kase...

      Usuń
    6. Trzy dopowiedzenia:
      1) płacenie za publikacje na poziomie jednostki na pewno nie spowoduje redukcji kadry bezproduktywnej (bo BST jest naliczane "od głowy", nawet bezproduktywnej, zaś kategoria wydziału zależy od sumy publikacji - 3N sztuk - więc produktywna czołówka bez trudu to zapełni swym dorobkiem). Gdyby bezproduktywny "ogon" narażał jednostkę na obniżkę kategorii (a powinien), to zapewne cokolwiek by się w tej materii ruszyło. Ale w sumie chyba dobrze, że ci liderzy publikacyjni sobie zapracowują na lepsze wynagrodzenie. Szkoda, że w większości jednostek jest raczej urawniłowka (czy raczej zależność od stopni i stażu).
      2) Nie rozumiem argumentu o "fałszywkach". Przecież trzeba dostarczyć kopię pierwszej strony, wszelkie numery itd. Może Chińczycy płacili za prace przyjęte do druku lub wierzyli autorom na słowo honoru?
      3) Problemem jest duża ilość słabych (często chińskich itp.) pism w JCR, zatem zbytnie motywowanie do "punktozy" może prowadzić w ślepą uliczkę. To miałem na myśli pisząc o progu 40 pkt, choć, po pierwsze, bywają i słabe 40-tki, a po drugie bywają naprawdę dobre solidne pisma za 20-25 pkt.

      Usuń
  11. Chyba zrozumiałem o co chodzi z tymi fałszywkami: zapewne prace oszustów naukowych. Na to rada chyba jest prosta: karać i odbierać pieniądze (obcinać dotację w przyszłych latach trefnej jednostce, szlaban na granty dla oszustów i współautorów itd. itp.). Bo to faktycznie mocno rzutuje na wiarygodność całego kraju w danej dziedzinie. Czyżby Chińczycy (komunizm+kapitalizm w jednym) sobie z takim rozliczeniem nie poradzili?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, o to chodzi. W taksonomii, niestety, zdarza się, że goście opisują nowe dla nauki gatunki w dość wiarygodny sposób (w sensie poprawności technicznej), a dopiero po czasie okazuje się, że one wcale nie są nowe bo nie zweryfikowano wszystkich potencjalnych gatunków opisanych wcześniej. Nawet dobry recenzent, ale nie będący specjalistą od danej grupy może się dać nabrać na to. Ale w literaturze opisującej problemy bibliometrii jest wiele przykładów oszustw z różnych dziedzin. Presja punktów może zachęcać do naciągania wyników lub wręcz manipulacji (np. słynne oszustwo z rzekomym sklonowaniem człowieka).

      Usuń
    2. Hmm, z takim subtelnym naciąganiem wyników, to faktycznie gorsza sprawa. Tu urzędnik może nawet nie zauważyć problemu, to raczej rola środowiska naukowego. Ale to kwestia nie tyle płacenia za punkty, co funkcjonowania nauki jako takiej. Droga "na skróty" zawsze kusi co poniektórych...

      Chyba trzeba bardziej "minusować" osoby mające takie wpadki. Jakieś punkty ujemne w IF-ach czy cytowaniach za retrakcje, plagiaty i grube błędy? Ale to któryś z tych molochów wydawniczo-bibliometrycznych musiałby chcieć jakoś sobie poukładać i zastosować...

      Usuń
  12. Nie do konca rozumiem żale prof. wspomnianego z facebooka, jestem z tej samej uczelni. Chyba zapomniał,ze wszystko uczelnia/wydzial zalatwila, sfinansowala dla niego. Pomimo, ze wczesniej bylo wielu naukowców, ktorzy mieli swoje duze tematy i nie mieli latwego zycia i raczej byli traktowani jako pracownicy drugiej kategorii. Poza tym wydzial na ktorym pracuje i realizuje swoje projektu na poczatku musial doplacac do jego projektow, pomimo, ze nie mial na takie cele srodkow, ale juz o tym wiele osob zapomnialo.
    Natomiast ciężko jest porównywać naukę na SLU (zawsze tam chcialem pojechac, ale jakos inne kierunki zawsze krolowaly) i jakiejkolwiek uczelni w Polsce. U nas niestety jestesmy zawaleni lub raczej nacisk na uczelniach jest na inne rzeczy. Z jednej strony dosc sporo zajec dydaktycznych i pomimo, ze niektorzy maja sporo projektow, ale natury edukacyjnej to i tak sa rozliczani za dzialalnosc glownie naukowa. Podam dla przykladu dzialalnosc choby kol naukowych. Maja one czesto ograniczone srodki na dzialalnosc lub ich brak, ale dzialaja niekiedy bardzo prężnie, wygrywając nawet ogolnopolskie konkursy, dzieki ogromu zaangazowania ich opiekunów i ich menedżerskich niekiedy zdolnościom zdobywania środków potrafią istniec, wygrywac, nawet bez finansowania ze strony swojej instytucji. Oczywiscie gdy takie kolo naukowe wygra to wladze wydzialu/uczelni pierwsze beda sie chwalic :) To tez obserwuje od dluzszego czasu, ze czesto dane do badan ekologicznych w zachodnich uczelniach pochodza od zawodowych amatorow czy tez instytucji monitorujacych różnorodność biologiczną, a nie zbierane przez samych naukowcow. Swoja droga jest to wielka oszczednosc czasu i pewnie pieniedzy rownież. Zgadzam sie z autorem wpisu, ze nie zawsze srodki sa potrzebne lub jesli to niewielkie zeby zrobic jakies badania. Ja wielokrotnie prowadzilem skromne, skromne doswiadczenia ze swoimi mgr i inż, ale mimo wszystko całkiem ciekawymi i niekiedy nawet nadajacymi sie do publikacji naukowej. Kwestią nie tylko w nauce, ale i w samym Państwie nie jest fakt ograniczonego budżetu, tylko jego umiejetnego zarzadzania. Jesli niektore uczelnie poza dotacjami z MNiSW, wplywami z roznych dochodów (np. sprzedaz owocow, kwiatów, usług), kosztami posrednimi z projektow wciaz moga miec dodatkowe źródła finansowania. Najwiekszy problem kosztow na uczelniach w kraju jest administracja, kiedys na 1 pracownika naukowo-dydatktycznego przypadalo chyba 0,5 pracownika administracyjnego, a dzisiaj niekiedy to juz moze byc 2-3 osoby, a i tak ten pierwszy wypelnia czesc obowiazkow tego drugiego, pomimo, ze to nie sa jego obowiazki. Będą kilka razy na stażach w Hiszpanii, wielokrotnie pytałem się jak oni sobie z tym radza. Tam w zwiazku z kryzysem wiele instytutów czy nawet uczelni mialo problem z finansowanie wyplat swoich pracowników, w zwiazku z kryzysem. Nawet tam gdzie bylem moi koledzy nie otrzymywali pensji czy nawet stypendium przez 2-3 miesiace, bo budzet panstwa oszczedzal. Z naszego punktu widzenia to pewne ekstremum. Zadziwiajace bylo to, ze wiekszosc zdecydowana tych ludzi rozumiala ten fakt. Pozniej wprowadzili na wielu uczelniach ograniczenia co do liczebnosci pracownikow, zwlaszcza z tytułem profesora, np. jesli Prof. nie posiadal zadnej aktywnosci naukowej przez okres 2-3 lat to zostawal wysylany przez przez rade wydzialu na wczesniejsza emeryture, niezaleznie od jego zasług sprzed lat. Wielokrotnie pytalem sie dlaczego tak sie dzieje, a oni odpowiadali, ze to jest prosty rachunek ekonomiczny. Jesli mamy wielu pracownikow naukowych z tytułem profesora, którzy naukowo sa bierni, to sa po prostu za drodzy dla wydzialu, poniewaz to kosztuje tyle i tyle. Tutej musze zaznaczyc, ze podobnie jak w Szwecji o polityce wydzialu decyduja kierownicy poszczegolnych zespołów/grup, a nie sam dziekan. U nas teoretycznie jest Rada Wydzialu, ktora glosuje, ale w moim przekonaniu nie decyduje o losie danego wydzialu lub ma na to dosc niewielki wplyw. Pozdrawiam, Marcin

    OdpowiedzUsuń
  13. Niestety powyższe zestawienie wypada na naszą niekorzyść, ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej. Szwecja to wzór, jeśli chodzi o ekologię i mam wrażenie, że przynajmniej przez najbliższe 100 lat wzór niedościgniony, co nie zmienia faktu, że jakieś starania są w Polsce podejmowane.

    OdpowiedzUsuń