niedziela, 29 września 2013

Wiceminister Karpiński bardzo rozsądnie o nauce w Polsce!


Znowu pożyczam od Obywateli Nauki, bo znaleźli naprawdę bardzo, bardzo mądry tekst diagnozujący świetnie szereg słabych punktów nauki w Polsce!!! Polecam wszystkim, całość tu:
http://biznes.interia.pl/prasa/news/zascianek-ocenia-zascianek,1952086,3128?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=msie

czytamy tam m.in.:
"W latach 2007-2013 ze środków unijnych, w tym Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (PO IG), zaczęto budować nowe budynki i wyposażać je w bardzo drogą aparaturę, dofinansowanie otrzymywały ośrodki, które w nauce w ogóle się nie liczą"

Odsyłam do publikowanego niedawno na blogu zestawienia inwestycji "w naukę" czyli np. budowa zamiejscowego centrum KUL w Stalowej Woli za 60 milionów...


Dalej:

"wynagrodzenie na uczelniach musi być zróżnicowane i proporcjonalne do naukowego dorobku mierzonego zachodnią, nie polską socjalistyczną miarą"

Po prostu trafia w sedno - w PAN wszyscy dostają po równo i to jest główna przyczyna stagnacji i lenistwa (czy się stoi, czy się leży to i tak taka sama kwota wpływa na konto co miesiąc).


dalej:

U nas Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przyznaje uczelniom dotacje, przyjęło system, zgodnie z którym dorobek naukowy stanowi tylko 1/6 całkowitej oceny. Resztą można manipulować poprzez różne nieostre kryteria: przydatność projektu do celów gospodarki czy powiązanie go z przemysłem. Tymczasem na świecie o punktacji przy ocenie grantów w zasadniczej części decyduje konkurencyjny dorobek naukowy. 

Świetna diagnoza - mam wrażenie, że to nie tylko problem NCBiRu, ale NCNu również, chociaż zaraz dostanę mocną kontrę, że przecież dorobek też jest brany pod uwagę...



a tu nieco o autorze tego tekstu:
http://lfmbr.sggw.pl/?q=node/4

michał żmihorski

39 komentarzy:

  1. warto jednak dodać, by być ścisłym, że w NCNie waga dorobku jest kilkukrotnie wyższa niż przytaczana przez prof. Karpińskiego 1/6 w przypadku NCBiRu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z Karpińskim co do istoty rzeczy. Szczególnie kiedy mówi o tym, że winne jest środowisko profesorskie a nie tylko rząd.Niestety, myślę, że niepotrzebnie te ważne tezy są pomieszane z różnymi nieścisłościami, do których bardzo chętnie przyczepią się krytycy (np. kiedy pisze o niepotrzebnym kupowaniu sprzetu - brawo - to zaraz przywala, ze ten sprzet byl kupowany za "miliardy", kiedy zaraz potem pisze, ze na caly PO IG poszlo 5.5mld, co oznacza, ze sprzet typu spektrometry to najwyzej miliony...)

    Ogólnie, dobrze, że parę rzeczy zostało nazwanych po imieniu, niestety, wątpię w skuteczność takiego pisania.

    OdpowiedzUsuń
  3. MNiSW chwali się inwestycjami za 18,5 miliarda złotych, bo chyba nie tylko POIG był źródłem - być może w tej kwocie jest >1mld wydany na sprzęt? Ale to w sumie nie jest istotne - kwoty są ogromne i znaczna ich część idzie w błoto, tu się zgadzamy

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest duża prawdy w tym co mówi prof. Karpiński, chociaż takie uogólnione poglądy maja to do siebie, że biją trochę na ślepo i dają argumenty ewentualnym krytykom. W naszym byłym instytucie przerabialiśmy to o czym prof. Karpiński wspomina. Powołano pracownię sekwencjonowania DNA bez rozeznania potrzeb i rynku. Starałem się dojść do porozumienia z innymi jednostkami, aby stworzyć jedną pracownię we Wrocławiu, ale partykularyzm zwyciężył i w tym samym czasie dwa sąsiadujące instytutu utworzyły podobne pracownie (a dodatkowo istniała już jedna we Wrocławiu w innej instytucji). W efekcie koszt jednostkowego sekwencjonowania był tak duży, że po kilku latach bardziej opłacalne było wysyłać próby na Daleki Wschód, gdzie razem z kosztami poczty wychodziło znacznie taniej. Z tego co wiem, w obu laboratoriach sekwencery praktycznie stoją, chociaż nasz w momencie zakupu był z wysokiej półki, a obecnie jest to już prawie złom.
    Prof. Karpiński trochę miesza problemy jakości nauki z jakością zarządzania i to może zaciemniać nieco problem (ale sam reprezentuje nauki bardzo aplikacyjne, więc stąd to skrzywienie). Niewątpliwie poważnym problemem jest niska płaca w jednostkach naukowych i popieram jego zdanie, że bez podniesienia tych płac po uprzednim pozbyciu się najsłabszych pracowników nauki nie ma szans na znaczącą poprawę. Zróżnicowanie płac przy obecnym budżecie to mrzonka. Na naszym wydziale wszyscy dostają płace przy dolnej granicy widełek ustawowych więc żaden "manager" (dziekan, dyrektor) nie ma instrumentów do takiego różnicowania.
    Ale te problemy poruszane przez prof. Karpińskiego nie są też nowe. Uczestniczyłem już w tylu różnych dyskusjach na te tematy i podpisywałem tyle różnych apeli i petycji (i moi następcy w zarządzaniu też) i nic się nie zmienia. Nawet ten nowy ład w nauce, którym się tak chwali Pani Minister, nie dotknął tych najistotniejszych problemów hamujących zmiany. I chociaż sam jestem profesorskim zgredem to podzielam opinię prof. Karpińskiego, że głównym hamulcowym jest lobby profesorskie i sam chętnie bym odebrał wiele praw decyzyjnych profesorom po, powiedzmy, 60-65-tym roku życia. Ale to mrzonka.

    Lech Borowiec

    OdpowiedzUsuń
  5. Odnosnie praw decyzyjnych i struktury wiekowej polskiej nauki (przynajmniej PAN-owskiej) to swietnie to ilustruje okladka najnowszej Panoramy PAN (http://www.aktualnosci.pan.pl/images/stories/pliki/2013/Panorama/Panorama_PAN_6_6_wrzesien_2013.pdf), na ktorej dodatkowo komicznie komponuje sie zdjecie z jednym z tytulow rozdzialow "Akademia Młodych Uczonych ...." :);)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PAN od dawna stawia na młodych ;-)))

      Usuń
    2. Jeśli kobieta po czterdziestce może być młodą matką to dlaczego pan po sześćdziesiątce nie może być młodym naukowcem? ;-)

      Usuń
  6. Panie Profesorze, w pełni się zgadzam z tym co Pan pisze, ale do jednego wątku mam uwagę - pisze Pan, że "Zróżnicowanie płac przy obecnym budżecie to mrzonka."
    Wcale nie. U mnie w instytucie najefektywniej pracujące osoby (=najwięcej publikujące) mają w pojedynkę taką punktację za aktywność naukową (wyrażoną numerycznie na podstawie obowiązującej oceny aktywności naukowej) co 15-20 osób najmniej efektywnie pracujących razem wziętych. A więc jest to problem tylko przeniesienia istniejących środków, wcale nie trzeba zwiększać finansowania - jeśli z częścią tych "najmniej aktywnych" byśmy się pożegnali, a ich pensje przeznaczyli na tych najbardziej aktywnych, to zarabialiby oni kupę forsy, a jakość jednostki tylko by wzrosła (przy obecnym systemie oceny 3N)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michale, nie jesteś jeszcze do końca zorientowany w administracyjnych absurdach utrzymywania etatów na uczelni, a może w PAN-ie wygląda to lepiej (tu już od pewnego czasu nie jestem poinformowany). Wszyscy myślą, że jak się zwolni jakąś osobę to automatycznie można te pieniądze przeznaczyć na podwyżki dla tych lepiej pracujących. Niestety, takie proste to nie jest. Przede wszystkim część tej kwoty (do 40%) traci się już z samego faktu zlikwidowania etatu. Potem trzeba jeszcze mieć świadomość na ile liczba realnych etatów odpowiada tzw. etatom przeliczeniowym, za które otrzymuje się pieniądze z ministerstwa. Jeżeli liczba etatów realnych jest większa niż przeliczeniowych to takie zwolnienie pozwoli tylko na zmniejszenie deficytu i na podwyżki praktycznie nic nie zostanie. Wyliczanie tych etatów przeliczeniowych to skomplikowany algorytm. Z tego co wiem, to na naszym wydziale ciągle jest więcej etatów realnych niż przeliczeniowych (to efekt błędnych decyzji rektorów sprzed wielu lat) dlatego wszyscy mamy płace w pobliżu dolnej granicy widełek. Był taki krótki okres w naszym instytucie, kiedy jako dyrektor mogłem w niewielkim stopniu zróżnicować płace w zależności od pozycji na liście rankingowej, ale już w następnych kadencjach w wyniku nacisków związków zawodowych (to jest ciągle znacząca siła na uczelniach) doszło do tzw. wyrównywania płac. Poza tym fundusz płac jest planowany przez wysyłanie do ministerstwa danych o liczbie stanowisk na koniec poprzedzającego roku, więc jak się kogoś zwolni to można korzystać z pozostałej po nim kwoty tylko do końca roku bo potem jak się tego etatu nie wykazuje to nie ma na niego pokrycia z ministerstwa. Dlatego napisałem, że managerowie na dole nie mają należytych instrumentów do prowadzenia polityki finansowej. Zmiana tych absurdów jest możliwa raczej na szczeblu politycznym, poza uczelniami, przez stworzenie elastycznego systemu kształtowania płac. Już wielokrotnie pisałem na tym blogu, że nowa ustawa w miarę uporządkowała kwestie finansowania projektów badawczych, ale główne choroby systemu zostały praktycznie bez zmian. Brak możliwości realnej rotacji kadrą, utrzymanie habilitacji i tym samym nadmiernej władzy decyzyjnej w obrębie grupy profesorskiej oraz niskie i sztywne płace to dalej wg mnie główne grzechy w zarządzaniu nauką, które mogą być poprawione tylko w drodze ustawowej. Pamiętaj, że prof. Karpiński odnosił swoje uwagi głównie do nauk aplikacyjnych, gdzie i tak jest większa możliwość dorobienia do płacy w wyniku wdrażanych patentów, tantiemów itd. Większość pracująca w tzw. czystej nauce ma ograniczone możliwości i jest zdana głównie na finansowanie budżetowe (choć mogę pocieszyć biologów środowiskowych, że jak się dobrze utrafi z produktem swojej pracy naukowej, to czasem zdarzy się przyjemna niespodzianka; ja za jedną ze swoich książek z bardzo czystej nauki otrzymałem tantiemy za które kupiłem mieszkanie, ale zdaję sobie sprawę, że to raczej jednostkowe przypadki).

      Lech Borowiec

      Usuń
    2. Panie Profesorze, tak, zgadzam się co do tego, że w przypadku poszczególnych jednostek zwolnienie pracownika nie musi przynosić oszczędności - ale miałem na myśli bardziej cały system. W skali całego budżetu nauki to są już bezpośrednie oszczędności!

      Usuń
    3. No tak, ale do tego jest potrzebna odwaga polityczna, a z tym jak wiemy zawsze jest problem. Poza tym ja się boję, że jakby do takich redukcji doszło to nie wiem, czy zwalniano by tych właściwych. Uważny obserwator widzi, że w naszym środowisku ci do zwolnienia zwykle są funkcyjnymi w związkach zawodowych, spora część chroniona okresem przedemerytalnym, część to samotne matki z dziećmi itd. W efekcie zwolniono by najmłodszych, nawet tych dobrze rokujących no bo "pan jest młody, łatwiej znajdzie pracę, lepiej przystosuje do nowego miejsca, jest bardziej mobilny itd.". Za długo żyję i obserwuję to środowisko żeby nie mieć takich obaw. Ale podzielam twoją opinię, że są tu spore rezerwy i gdyby z mojego wydziału zwolniono te 20% z ogona rankingu to byłby ruch we właściwą stronę.

      Lech Borowiec

      Usuń
    4. Niestety byłoby pewnie tak jak Pan mówi - dlatego jestem też zwolennikiem cięcia pensji minimalnej i przerzucania możliwie dużej części wynagrodzenia na nagrody za aktywność naukową - wtedy nie opłacałoby się siedzieć i nic nie robić, a ci "mniej aktywni" sami mogliby zrezygnować... jeśli obecnie za samo siedzenie na krześle każdy dostaje dwa tysiące na rękę, to nic dziwnego, że mamy nadmierne obsadzenie etatów słabymi pracownikami. No ale obecnie to idziemy raczej w kierunku odwrotnym...

      Usuń
    5. "U mnie w instytucie najefektywniej pracujące osoby (=najwięcej publikujące) mają w pojedynkę taką punktację za aktywność naukową (wyrażoną numerycznie na podstawie obowiązującej oceny aktywności naukowej) co 15-20 osób najmniej efektywnie pracujących razem wziętych". ładnie to ująłeś, michał ("punktacja"). ale punktacją rachunku nie zapłacisz, więc ten piękny system będzie piękny naprawdę, gdy gradient jakości delikwentów będzie mocno skorelowany z gradientem kasy dla nich. a tak nie jest, choć nie ma żadnych powodów, by tak nie było;-)
      przemek chylarecki

      Usuń
    6. no jasne, że tak - właśnie próbuję pokazać ten fatalny rozdźwięk między pracą a wynagrodzeniem. Strategia "nie robię nic" jest obecnie zdecydowanie najkorzystniejsza, bo realizując ją dostajesz około 67% tego co stachanowcy w tym naszym PGRze (po uwzględnieniu wszystkich nagród itp)... Więc dla tych 33% naprawdę nie warto pracować, lepiej - mając kupę wolnego czasu - robić jakieś zewnętrzne zlecenia, ekspertyzy itp.

      Usuń
    7. Michale, naiwność przez Ciebie przemawia: piszesz "(...) jestem też zwolennikiem cięcia pensji minimalnej i przerzucania możliwie dużej części wynagrodzenia na nagrody za aktywność naukową" - u mnie w instytucie nagrody za "wybitne osiągnięcia naukowe" owszem są, ale stale wręczają je sobie ci sami "wybitni" profesorowie. Młodzi nie mają na nie szansy, bo mają za słabe miejsce w hierarchii dziobania. A pensje muszą być niskie, bo inaczej ze skromnej ministerialnej dotacji nie starczyło by na premie i nagrody dla naszej wierchuszki.

      Natomiast to co napisałeś o strategii "nie robię nic" to 200% prawda.

      Usuń
    8. z tą naiwnością to pewnie prawda, ale inne nagrody za aktywność naukową miałem na myśli - obligatoryjne wynagrodzenie przydzielane wg. określonych zasad (jakiegoś prostego algorytmu) za publikacje, granty, itp. U mnie w Instytucie to funkcjonuje, ale w dość ograniczonym stopniu - najbardziej aktywni w sumie i tak dostają nie za wiele tych nagród, a strategia "nic nie robię" dostaje nadal tyle, że spokojnie się utrzymuje...
      Absolutnie nie jestem zwolennikiem rozdawania środków przez "wybitnych profesorów" według niejasnych kryteriów, bo to zawsze kończy się tak samo - przekrętami niestety...

      Usuń
  7. Poza pracownikami naukowymi spora czesc problemu dotyczy przerostu zatrudnienia pracownikow nienaukowych tj. technicznych i szeroko pojetej administracji. W miejscu mojej pracy struktura wyglada mw tak: naukowi : nienaukowi - 40%:60% (k. 35% technicznych i k. 25% administracji). Punkty dla instytutu generuja naukowi, chociaz efekty ich pracy zaleza po czesci od pracy "zaplecza", ale i tak moim zdaniem struktura ilosciowa zatrudnienia jest co najmniej odwrocona. Praca technicznych ma min polegac na pomocy w pracy naukowych ale ja np. nie mam prawie zadnego pozytku z pracy technicznych w zakladzie, wiec z mojej perspektywy technicznych mogloby wcale nie byc. Jak pewnie wiekszosc "wzglednie mlodych" wykonuje tez spora czesc papierologii, ktora wg mnie powinna zajmowac sie w calosci administracja.
    Duzo sie mowi o ocenie pracy pracownikow naukowych (ktora jest oparta na dorobku i jest jawna - przedstawiane sa roczne rankingi), natomiast ocena pracy nienaukowych jest zasadniczo uznaniowa (decyduje szef na poziomie zakladu, instytutu). Ocena pracy technicznych (administracji takze) powinna byc oparta na mierzalnych wskaznikach, jawna i od takiej oceny uzaleznione powinno byc zatrudnienie i wynagrodzenie.
    lukasz kajtoch

    OdpowiedzUsuń
  8. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedna rzecz.
    Pozbycie się mało efektywnych naukowców i teoretyczne zwiększenie wynagrodzenia z zaoszczędzonej kwoty tym lepszym, może paradoksalnie obniżyć poziom naukowy. Dlaczego?
    Otóż dlatego, że ci co zostaną będą musieli przejąć obowiązki dydaktyczne tych którzy odeszli... mowa tutaj oczywiście o uczelniach.
    Praca naukowa pracownika uniwersytetu to jedynie w moim odczuci mniej jak połowa jego czasu pracy. Reszta to dydaktyka i liczne obowiązki administracyjne. W moim przypadku semestr zimowy kiedy to mam najwięcej zajęć jest właściwie stracony naukowo, gdyż w tygodniu jestem w stanie wygospodarować najwyżej jeden cały dzień by posiedzieć w laboratorium lub coś popisać. Reszta to dydaktyka i przygotowanie do niej, tym bardziej, że siatki studiów zmieniają się tak bardzo, że praktycznie co roku mam do przygotowania od zera jeden przedmiot...
    Trzeba również przyznać, że osoby mało publikujące często bardzo angażują się w dydaktykę i prace administracyjną czym odciążają przynajmniej nieco tych bardziej zaangażowanych w naukę. Oczywiście są również osoby, które ani nie publikują, ani nie udzielają się pod żadnym innym względem, a na uczelni pojawiają się raz w tygodniu żeby odbębnić zajęcia i takich należy się pozbywać. Tylko, że niestety wiele takich osób to "synek tatusia" lub "znajomy królika" więc zrobienie z nimi czegokolwiek jest absolutnie niemożliwe...

    OdpowiedzUsuń
  9. Miłosz, racja - ale zakładam, że jeśli jest mniej studentów, to i roboty z nimi będzie mniej, nie? Druga sprawa - pytanie czy osoby, które angażują się w sprawy administracyjne są jeszcze "naukowymi"? Niewątpliwie pracownicy techniczni są potrzebni, ale nadal nie widzę logicznego uzasadnienia dla trzymania wiecznych doktorów tylko dlatego, że pomagają w walce z papierami. Chyba wyraźnie widać z Twojego komentarza, że dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie podziału na uczelniach na dydaktyków i publikujących, nie uważasz? Jeśli każdy miałby jasne zadanie to może łatwiej byłoby tym zarządzać niż obecnie, gdy każdy musi robić wszystko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli będzie mniej studentów to nie wypełnisz pensum i Cię zwolnią lub wyślą na bezpłatny urlop...
      Podział pracowników na dydaktyków i aktywnych naukowców jest nierealny w naszym systemie, choć było by pięknie...

      Usuń
  10. Problem tylko w tym, że z tych niepublikujących są zwykle słabi dydaktycy, a prowadzenie badań idzie na ogół w parze z wysoką jakością prowadzonych zajęć...
    MZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic bardziej mylnego - nie w polskim systemie. To jest prawdziwe wąskie gardło systemu edukacji w Polsce. Jakbyś miał/a co roku kilka nowych przedmiotów do prowadzenia (ja niestety tak mam), często nijak związanych z dziedziną którą się zajmujesz, dowiadując się o tym tydzień przed rozpoczęciem zajęć, to też musiałbyś wybierać, co jest ważniejsze. Skoro system edukacji i ustalania zajęć na uczelniach jest chory, to ja nie będę nastawiał karku za pseudoedukację studentów z łapanki, a wolę poświęcić swój czas badaniom. Przygotowanie jednego dobrego wykładu to są co najmniej dwa całe dni, więc idę po łatwiźnie i robię absolutne minimum. Tylko w ten sposób jestem jako tako funkcjonować naukowo.

      Usuń
    2. Ha, to ja jestem w zdecydowanie lepszej sytuacji - sam wybieram sobie zajęcia, w których chcę lub mogę wziąć udział i nie wyobrażam sobie, że miałbym autoryzować nazwiskiem coś na czym się nie znam. Taka sytuacja jak opisana powyżej niestety pokazuje kolejne patologie polskie systemu nauki i kształcenia wyższego - zwłaszcza wszechobecną bylejakość...
      MZ

      Usuń
    3. Dokładnie.Dodam jeszcze, że do całej tej bylejakości dodaje przede wszystkim kadra profesorska, która ustala program studiów bez uwzględnienia możliwości personalnych i zrzuca bezmyślnie obowiązki dydaktyczne na młodszych kolegów, głównie doktorantów, sama wyrabiając większość godzin na seminariach. Sam wielokrotnie jako doktorant prowadziłem przykładowo ćwiczenia z genetyki, choć nigdy nie prowadziłem żadnych (nie mówiąc już o nowoczesnych) badań z tej działki (!), pomijając może hodowlę i krzyżowanie gupików w swoim akwarium. Więc czego praktycznego z dziedziny genetyki może nauczyć doktorant z botaniki? Oczywiście niczego. Nie można zatem się dziwić, że miernota powstaje na uczelni, gdyż inaczej być nie może w takiej formie szkolnictwa wyższego. A potem Ci wszyscy profesorowie, doktorzy, Obywatele Nauki itp zastanawiają się, radzą i wypisują te śmieszne diagnozy i rozwiązania dla problemu jakości kształcenia. Aż mi się nie chcę pisać dalej, bo mnie ogarnia wewnętrzna złość na to wszystko.

      Usuń
  11. to może problemem jest nadmiar zajęć (=godzin) w stosunku do możliwości przerobowych kadry? Może zajęć powinno być mniej ale lepsze? Nie wiem jak jest teraz ale na studiach to na połowę zajęć praktycznie nie chodziłem, bo szkoda było czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, problem w tym, że dla wielu dydaktyka to być albo nie być i utrzymywanie nadrzędnej roli dydaktyki jest na rękę zbyt wielkiej liczbie osób. Zauważ, że pomimo tego że coraz większy % idzie za wynikami naukowymi to podstawą dla zatrudnienia jest pensum. Wyobraź sobie co byłoby gdyby zrezygnować z pensum i ustalić że wymagany jest średnio roczny dorobek (w przeliczeniu np. na 5 lat). Nie możemy zapominać, że pierwszym celem polskich uczelni/instytucji naukowych jest dawanie pracy. Dopiero gdy ten cel zostanie zaspokojony, będziemy mogli mówić o nauce czy dydaktyce. Rezygnacja z pensum była by w sprzeczności z celem pierwszym więc nie ma na co liczyć.

      Usuń
    2. To nie jest takie proste - wszak pracowników uczelnianych rozlicza się z produkcji naukowej, a nie z dydaktyki. Dydaktyka ma być i już, a jaka, to zasadniczo nie ma znaczenie, bo nie ma praktycznie mechanizmów pozwalających zwolnić człowieka jeżeli wypełnia pensum, ale jego zajęcia są do bani. Ponadto, pieniądze z MNiSW idą na studentów, a zatem liczy się liczba "przerobionych" głów, a nie to, co w nich zostaje. To musi rodzić patologie, jak powyżej opisane...
      M.Zych

      Usuń
    3. A to dobre... że niby "rozlicza się z produkcji naukowej" - w praktyce nikt nikogo nie rozlicza, chyba że w grę wejdą jakieś rozgrywki personalne, wtedy każdy argument jest dobry.

      Usuń
    4. Gdybyśmy byli rozliczani "z produkcji naukowej" to nie mielibyśmy tak wielu belwederskich profesorów z H wynoszącym 1 czy 2

      Usuń
  12. Sądząc z wpisów to większość z Was, poza pracownikami PAN, pracuje w jakiś wyższych szkołach pedagogicznych, a nie na uniwersytetach. W Uniwersytecie Wrocławskim na wydziałach "science" w tym i na biologii już od paru lat problemem nie jest nadmiar godzin dydaktycznych, ale ich znaczny niedobór. Niż demograficzny zapukał do drzwi i np. w tym roku na Wydziale Biologicznym są jednostki, które nawet w połowie nie wypełniają pensum (240 godzin, profesorowie zwyczajni 210). Niestety, za tym spadkiem liczby studentów nie poszło zmniejszenie liczebności osób na grupę studencką, co mogłoby podnieść jakość nauczania, Dlatego padł blady strach na kadrę, że będą zwalniać zwłaszcza, że wydział ma na zeszły rok 4 mln zł deficytu.
    Co do jakości nauczania to ja bardzo nie lubię uogólnień. W czasie gdy ja studiowałem (1972-1977) było bardzo dużo słabych prowadzących i kilku wspaniałych nauczycieli, którym wiele zawdzięczam. Obecnie jak obserwuję naszą kadrę to nieco więcej jest tych lepszych, ale ciągle jeszcze bardzo dużo słabych. Ale tak naprawdę największym problemem jest jakość samych studentów. To, że nie ma praktycznie żadnej selekcji przy naborze powoduje, że musimy dostosowywać jakość nauczania do średniego poziomu studenta. A oni często nie są w stanie skończyć studiów licencjackich. Obecnie na specjalizacji środowiskowej jest tylko jedna grupa, a zaczynały trzy grupy, czyli 2/3 wykruszyło się na dwóch pierwszych latach mimo znacznie obniżonego poziomu. Dla osób takich jak ja, którzy mają ponad 30-letni staż dydaktyczny praca ze studentami jest czasem męczarnią gdyż trudno nawiązać więź intelektualną z większością, która nie zna żadnych powszechników kulturowych, będących bazą rozwoju intelektualnego mojego pokolenia. A prowadzę zajęcia z wymagających intelektualnie przedmiotów - ewolucjonizmu i socjobiologii człowieka - na starszych latach, gdzie mam już przesiany "materiał ludzki".
    A na koniec, w mojej i sąsiednich jednostkach doktoranci praktycznie w ogóle nie mają samodzielnych zajęć ze studentami chyba, że bardzo tego chcą, a my uznajemy iż się do tego nadają. Większość prowadzi zajęcia wspólnie z kadrą (regulamin pozwala, żeby za takie współuczestnictwo rozliczać ich pensum, które wynosi do 90 godzin).

    Lech Borowiec

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bynajmniej, to co napisałem jako anonimowy powyżej dotyczyło jednego z najbardziej szacownego polskiego uniwersytetu

      Usuń
  13. To przy tej okazji nadmienię o jeszcze jednej ciekawej rzeczy. Ostatnio nasze wspaniałe uniwersyteckie finanse wyliczyły że mamy deficyt budżetowy na poziomie przeszło 2 mln zł. Z czego to wynika? Otóż zdaniem księgowych z tego, że zbyt dużo zajęć zlecamy innym wydziałom (matematyka, fizyka, chemia i podobne, a na biologii tych przedmiotów jest sporo). Jakie zaproponowano rozwiązanie? Aby te wspomniane przedmioty realizować własnymi siłami... na szereg naszych pytań udzielano arcybudujących, merytorycznych odpowiedzi:

    Jak mamy realizować choćby chemię i fizykę bez specjalistów i laboratoriów?
    Odp. - można robić tylko teorię lub dawać zlecenia nauczycielom licealnym

    Czy ma znaczenie to, że nasze godziny zlecone utrzymują kilkanaście etatów innych jednostek?
    Odp. - to nie jest istotne

    Czy licząc nasz deficyt uwzględniono pieniądze, które wnosimy na uniwersytet, tj. narzuty z badań statutowych, zleceń, grantów itp.
    Odp. - nie
    Dlaczego?
    Odp. - bo nie, deficyt i opłacalność utrzymania kierunku wylicza się tylko z dydaktyki, bo taki jest system

    I tak, tym sposobem, padło pytanie kto z nas, biologów, może poprowadzić chemię organiczną lub matematykę. Oczywiście chętnych brak. No ale jak komuś braknie godzin do pensum to dostanie do prowadzenie wykłady z chemii organicznej i laborki z fizyki realizowane w pracowni zoologii bezkręgowców. To że jest ten ktoś np. botanikiem czy taksonomem nie ma znaczenia. Jak mu się nie podoba to może się zwolnić.
    Oczywiście przed takimi dylematami nie stają profesorowie, ale doktorzy i nikogo nie obchodzi, że za lat kilka będzie wszystkich interesowało czy mają już na ukończeniu habilitację. To że przez ostatnie lata musieli prowadzić najdziwniejsze przedmioty, realizować zadanie promocyjne czy obsługiwać system USOS nikogo nie będzie zajmowało....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że wyłapaliście trochę ironii we wstępie do mojego poprzedniego wpisu (tę o szkołach pedagogicznych). Rozumiem problemy, o których piszesz wyżej, bo my to też przerabiamy na wydziale. Chociaż generalnie są niedobory godzin to pewne jednostki mają nadgodziny i my też musimy dorabiać do swoich niedoborów biorąc zajęcia z zupełnie innej bajki niż nasza specjalność. Trochę mnie tylko niepokoi to ciągłe zwracania uwagi na unikanie przez profesurę tych zajęć. U nas generalnie nie ma tak, że profesorowie mogą unikać prowadzenia zajęć kosztem doktorantów czy adiunktów, prowadzą też ćwiczenia i to nawet te spływające z innych jednostek gdzie trzeba się dodatkowo przygotowywać do tematów z innej bajki. Profesorowie nawet są w trudniejszej sytuacji bo muszą wyrabiać pensum z bardzo poszatkowanych godzin co dezorganizuje roboczy tydzień. Ja np. wolałbym prowadzić zblokowane ćwiczenia w jeden dzień lub dwa i resztę tygodnia mieć wolne, a nie dłubać po 15-30 godzin wykładów, seminariów i ćwiczeń rozstrzelonych po całym tygodniu. I tak mają wszyscy samodzielni w mojej jednostce. A przecież profesura ma też mnóstwo nasiadówek administracyjnych i tam dopiero się przelewa z pustego w próżne. Ale pracowałem też na Akademii Medycznej i Rolniczej i wiem, że może rzeczywiście być inaczej. Ale naiwnie wierzyłem, że w topowych uniwersytetach już się tego feudalizmu wyzbyto, a tu UWr wychodzi na jakiegoś odmieńca.

      Lech Borowiec

      Usuń
  14. Korzystając z okazji, że prof. Lech Borowiec czyta to forum, chciałbym sie podzielić pewną refleksją matematyka, mającego jakiś związek dydaktyczny z WNB UWr (możliwe, że trochę obok tematu, jednak zaryzykuje). Państwo reklamują swoje kierunki np. tak "Przygotujemy do wykonywania zadań
    badawczych z wykorzystaniem metod matematycznych i statystycznych".Pytanie: w jaki sposób chcą Państwo przygotować "do wykonywania..." jeśli studenci I roku (i zdaje się lat późniejszych) nie mają żadnego dostępu do żadnej pracowni komputerowej?? Na którymś z dalszych lat jest "technologia informacyjna" jednak nie ma to absolutnie żadnego związku z obliczeniami matematyczno-statystycznymi (czy uczy sie tam systemu R, matlaba ?) Możliwe, że WNB nie stać na pracownie komputerową dla studentów. Więc moze rozwiązaniem byłaby większa współpraca z innymi wydziałami, a nie izolowanie się? Może WNB mógłby zaproponować jakąś współpracę z innymi wydziałami w ramach szybko rozwijającej się biologii obliczeniowej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale to pytania nie do mnie. Od pewnego czasu nie mam wpływu na to co się dzieje na wydziale, nie uczestniczę w robieniu programów i generalnie obserwuję wszystko z dużego dystansu. Jestem kierownikiem niewielkiej katedry liczącej tylko 4 osoby (http://kbite.biol.uni.wroc.pl/), w tym trzech profesorów, a więc ewidentnie na skraju wymarcia. Czytam ten blog i zabieram głos bo zawsze lepiej się dogadywałem z młodymi w nauce niż profesorskimi pierdołami (choć wiekowo to bliżej mi do tych drugich). Jako autyk jestem odporny na ten cały hierarchiczny splendor, nie znoszę pozerstwa i tytułomanii, no i mam bardzo romantyczny stosunek do nauki, bardzo różny od tego co stawiają nam za wzór rządy liberałów.
      A z drugiej strony, jeszcze parę lat temu kiedy się bardziej administracyjnie udzielałem, w dawnym Instytucie Zoologicznym pracownia komputerowa była. Sam prowadziłem w niej zajęcia z wykorzystania w filogenetyce programów komputerowych (teraz moja katedra to robi na mniejszą skalę wykorzystując sprzęt audiowizualny i okoliczność, że wszyscy nasi studenci mają swoje laptopy). Wiem, że obecnie jakieś tam zajęcia z wykorzystaniem obliczeń matematyczno-statystycznych się robi, ale na jaką skalę i z wykorzystaniem jakiego sprzętu to się nie orientuję. Sam w swojej praktyce naukowej nie mam potrzeby używania takich metod, poza wspomnianymi programami do rekonstrukcji filogenezy.

      Lech Borowiec

      Usuń
    2. Ja tez nie lubie pozerstwa i jestem wyczulony na 'nieprawidłowości'.
      Mówiąc bardzo wprost i nie owijając w nic: pisze Pan "Niż demograficzny zapukał do drzwi i np. w tym roku na Wydziale Biologicznym..." może spadek studentów nie wynika z niżu tylko z kiepskiej oferty? W ośrodkach które znam w Polsce i Europie standardem jest, że studenci 'science' np. fizyki, chemii, matematyki, mają swobodny dostęp (np. od 8 do 20) do pracowni komputerowych, z dobrym softem i wifi w salach wykladowych (np. eduroam). Może dla biologów z UWr nie jest to takie ważne, jednak takie są STANDARDY, które ułatwiają dydaktykę zarówno studentom jak i prowadzącym. Nie żyjemy w 19 wieku, tylko 21.
      Niestety, nie jest prawdą, że wszyscy wasi studenci (np. I roku) mają laptopy. Możliwe, ze ci co nie mają się wykruszą, jednak nie warto jest robic takich założeń.

      Usuń
    3. Co do tego, że nasz wydział zaniedbał reklamy i marketingu to jest 100% racji, zwłaszcza jak obserwowałem to co robił na początku roku Uniwersytet Przyrodniczy czy inne krajowe jednostki. Natomiast czy to zaplecze informatyczne miałoby aż takie znaczenie dla wyboru studentów to już bym polemizował. Kiedyś mówiono, że na biologię idą ci co nie lubią matematyki i obserwując zdolności studentów w tym zakresie to myślę, że nadal jest w tym dużo racji. Jak już wcześniej napisałem budżet wydziału zakończył się 4 mln zł deficytu więc liczenie na to, że dziekan zainwestuje w nową pracownię komputerową jest mrzonką. Żeby nie było niedomówień, deficyt nie jest wynikiem złej gospodarności, ale wzrostu cen kosztów utrzymania. Wydział jest rozstrzelony po wielu budynkach, w tym niektóre bardzo stare i w złej kondycji, bardzo drogie w utrzymaniu. Poza tym w poprzedniej kadencji byliśmy w kategorii B i to też miało wpływ na tę kondycję. Obecnie weszliśmy do A, ale nikt nie wie jak się to przełoży na finansowanie bo jaka kwota za punkt zostanie ustalona w ministerstwie?
      A co do ostatniego akapitu. My prowadzimy zajęcia na 3 i wyższych latach studiów i wszyscy nasi studenci mają laptopy. Uważam zresztą, że poważny student powinien w pierwszej kolejności zainwestować w ten sprzęt (a patrząc na jakość telefonów komórkowych wśród studentów to myślę, że spora część ma inne priorytety).

      LB

      Usuń
  15. Bardzo pomocny post i bardzo fajnie się go czyta. ;)

    OdpowiedzUsuń