sobota, 31 sierpnia 2013

Uproszczona metodyka analizy wybiórczości środowiskowej


Jechałem zimą z Wrocławia do Wwy i przez szybę autobusu oglądałem gospodarstwa z wróblami i bez wróbli. Gospodarstwa z wróblami i bez nich były bardzo podobne, nie dostrzegłem na pierwszy rzut oka różnicy i nie miałem pomysłu co je różni. Zastanawiałem się też czy opisując preferencje środowiskowe gatunków zawsze musimy a priori tworzyć listę cech środowiska, które chcemy zmierzyć jako potencjalnie nas interesujące? 

Najczęściej odbywa się to tak: chcę sprawdzić dlaczego wróble wybierają jedne gospodarstwa, a unikają innych. Siadam więc z kartką papieru i robię listę cech gospodarstwa, potencjalnie wpływających na obecność ptaków. Wpisuję na nią np. obecność zwierząt gosp., obecność drewnianej zabudowy, rodzaj pokrycia dachowego, rodzaj podłoża podwórza (trawa, kostka...), obecność krzewów, drzew itp. Następnie przygotowuję formularz i podczas wizyty w terenie notuję stan każdej cechy (jest vs. nie ma, ewentualnie ile jest). Czyli w teren idziemy z już przygotowaną listą cech.

Mój pomysł jest inny - nie robię założeń teoretycznych przed wyjściem, lecz idę w teren z czystą kartką i notuję to co widzę, po prostu tworzę na papierze listę rzeczowników, które stwierdzę w inwentaryzowanym miejscu. Odwiedzam notując w ten sposób gospodarstwa z wróblami i bez. Jeśli w danym miejscu nie widzę np. stodoły, strzechy, drzew itp., to po prostu ich nie wpisuję. Oczywiście wymaga kontroli czasu i jakiegoś przestrzennego ograniczenia - gwiazdy mnie nie interesują ;-)

Na pierwszy rzut oka może wydawać się bez sensu ale są jednak zalety takiej metodyki:
* nie tracimy czasu na stworzenie - i tak niedoskonałej - listy cech a priori.
* tworząc a priori listę cech z góry wykluczamy (bo ich w ogóle nie mierzymy) wpływ innych cech. Czyli konserwujemy status quo naszej wiedzy o wyborze środowiska przez gatunek.W jaki sposób udowodnimy asocjację np. pokrycia dachowego i obecności wróbli, jeśli tej akurat cechy nie wpiszemy sobie na naszą listę cech kontrolowanych? W tym kontekście praca z gotowym formularzem wydaje mi się błędnym kołem - kontrolujemy to co wiemy lub podejrzewamy że wpływa. 
* w przypadku gatunków słabo poznanych takie podejście ma szczególne uzasadnienie.
* jest to podejście proste, które - przy standaryzacji - może wykonać nam każdy, bo cała metodyka, w lekkim uproszczeniu, zawiera się w poleceniu "zapisz to co widzisz". Być może czasochłonność jest również mniejsza.

Analiza takich danych jest prawdopodobnie dość prosta - można np. stworzyć macierz rzeczowniki x gospodarstwa i wypełnić ją 0 lub 1. Oczywiście dostaniemy masę korelacji pozornych, no ale to jest jasne od początku. Z resztą w badaniach formularzowych jest tak samo - asocjacja nie jest dowodem na przyczynowość! 

Jest to na pewno metodyka czysto eksploracyjna, przesiewowa, eksperymentów tu nie zrobimy, ale może nie jest kompletnie bez sensu? Konstruktywna krytyka mile widziana

michał żmihorski

30 komentarzy:

  1. Michał, to jest chyba metodologia , o której wspominał chyba Korona w artykule "Granice adaptacjonizmu". Zasadniczo istnieje coś takiego jak "metodologia eksploracyjna". Musi.
    Ale, czy w zakresie nauki eksperymentalnej (biologia) można się wyłącznie takową posługiwać? Czy da to możliwość obiektywnego opisu rzeczywistości? Chyba nie do końca. Tak więc kolejnym etapem będzie wyekstrahowanie i przetestowanie eksperymentalne hipotez płynących z tej eksploracji.
    Wiem, brzmi to jak bełkot. Skoro już wiemy, to po co testować? Ale jednak, w eksperymentalnym świecie bez weryfikacji nie ma opisu. A opisujemy przy pomocy weryfikowalnych hipotez. Nie tak?

    m.

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest metodyka poszukiwania sygnału w szumie. Dla mnie informacja typu: "zagęszczenia czajki są niższe na łąkach jednokośnych niż dwukośnych" jest bardzo cenna, bo pozwala na postawienie hipotez i planowanie kolejnych badań, w tym eksperymentalnych.
    Pytasz czy da to możliwość obiektywnego opisu rzeczywistości - jeśli za rzeczywistość uznamy samą asocjację pewnych zjawisk w czasie i przestrzeni to tak.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale czy da Ci to możliwość opisu OBIEKTYWNEGO, czyli niejako pozbawionego wpływu obserwatora? Piszę niejako, bo zawsze jest obserwator, który staje się częścią rzeczywistości.
    Tak jak powiedziałeś, eksploracja, czy poszukiwanie sygnału, to coś, co prowadzi do postawienia hipotezy, która będzie weryfikowana eksperymentalnie. CO do cenności tego opisu nie mam żadnych wątpliwości, ale uważam, że nie może to być koniec opisu zjawiska.
    m.

    OdpowiedzUsuń
  4. ok, ta metodyka to jest raczej wspomaganie późniejszych badań - tak jak piszesz potem mamy konkretne hipotezy. Ale właśnie interesuje mnie minimalizacja kosztów (wyrażonych głównie czasem) czystej wstępnej eksploracji, poszukiwania nieprzypadkowych zależności itp.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba nie rozumiem o co chodzi - poszukiwanie nieprzypadkowych zależności poprzez badanie przypadkowych zmiennych? I co ma wspólnego z tym wszystkim grafika o Obamie i Romneyu?

    OdpowiedzUsuń
  6. Andrzej, dokładnie tak jak piszesz :o)
    Zadanie jest takie: znajdź cechy najlepiej dyskryminujące gospodarstwa z wróblami i bez. Najczęściej robimy to tak, że przed wyjściem w teren wymyślamy jakie cechy mogą być dobrymi dyskryminantami. Ale można też wybrać zmienne "przypadkowe". One tak naprawdę nie są przypadkowe - przecież w ciągu ograniczonego czasu stworzysz listę rzeczy które są "najważniejsze" w danym miejscu (największe, jest ich najwięcej itp). Nie wiem nawet czy z tego powodu te przypadkowe zmienne nie są lepsze niż te wskazane a priori?

    I mając taką chmurę słów, jak w przypadku debaty prezydentów, możesz wskazać słowa najlepiej dyskryminujące Obamę i Romneya, albo gospodarstwa z wróblami i bez. Oczekuję, że wróble będą "współwystępowały" ze słowami strzecha, krowa, stodoła, a "unikały" sajding, kosiarka, kostka bauma... Tak w mocnym uproszczeniu oczywiście. To może być podstawą do dalszych badań, do tworzenia formularza, do eksperymentów itp. Moim zdaniem na dużej próbie jest to bardzo wiarygodne.
    Nie przekonuje Cię to?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chmury słów charakteryzujące Obamę i Romneya nie powstały w wyniku żadnego próbkowania, ale po prostu są efektem zbadania częstości poszczególnych słów w kompletnym zbiorze danych (ktoś wziął teksty wystąpień i policzył w nich wszystkie słowa). Nie widzę w tym przypadku żadnych "strzałów na ślepo". Miały by one miejsce gdyby ze słownika wylosować jakieś słowa i porównać ich częstości u obydwu panów - tylko co to niby miałoby pokazać?

      Co do badania zmiennych przypadkowych w celu określania preferencji ekologicznych, to ich badanie nie wydaje mi się zbyt szczęśliwą strategią w tym sensie, że po prostu nie rozumiem jak z losowego odnotowywania losowych zmiennych może wynikać coś sensownego w inny sposób, niż przez przypadek.

      Usuń
    2. Andrzej,
      1. nie wszystkie słowa, tylko jakąś próbkę, tutaj przecież tych słów jest kilkadziesiąt pewnie - cała debata między nimi trwała kilka tygodni i słów wypowiedzieli pewnie tysiące, więc w tym sensie jest to próbka.

      2. Twoje porównanie do słownika to coś zupełnie innego - wybierasz (losowo?) ze słownika i potem patrzysz czy te słowa w ogóle są używane przez nich i jak często. Ja sugeruję drogę dokładnie odwrotną - patrzę co jest używane (czyli jakie słowa faktycznie "są" w kontrolowanym miejscu) i potem porównuję dwie chmury (dla miejsc pozytywnych i negatywnych)

      3. Cały czas nazywasz te słowa losowymi a to nie tak - zwróć uwagę, że w ciągu minuty nie zapiszesz na kartce LOSOWYCH słów - wręcz przeciwnie, te słowa, które najlepiej opisują środowisko w danym miejscu. Są one wybitnie nielosowe.

      Wiem, że to jest trochę niekonwencjonalne ale dość długo o tym myślałem (od zimy ;-)) i na razie chyba nie padł żaden argument wskazujący że ta metodyka nie ma sensu. Pomyśl jak zastosować to do Twoich badań na Osmodermie, może to jakoś bardziej Cię przekona? Nie widzisz takich możliwości?

      Usuń
  7. Jednym słowem sprowadza się to to metodologii śrutówki. Strzelasz i patrzysz, co spadnie, a to co jest w najlepszym stanie bierzesz. Nie jestem autorem tej analogii, ale tak to mniej więcej wygląda. Pytanie, co potem z tym zrobisz. Zatrzymasz się, czy zaczniesz analizować i badać zaobserwowane wzorce? A przez badanie mam na myśli stawianie hipotez i ich testowanie.

    m.

    OdpowiedzUsuń
  8. Michał, dostrzegam u Ciebie trochę spojrzenie z góry na tych strzelających śrutówką ;o)
    Wejdź proszę na ISI i zobacz ile prac z biologii ma w tytule zlepek "habitat correlates of coś tam" - sama asocjacja predyktora i zmiennej objaśnianej jest cenną informacją biologiczną, i można ją wysoko publikować bez robienia eksperymentów, o których piszesz, ma również wysokie znaczenie w applied ecology. W niektórych dziedzinach biologii eksperymentów nie da się robić w ogóle(makroekologia). Jakoś musimy z tym żyć. Ale po zebraniu "tego co spadnie" można też temat drążyć i potem robić eksperymenty, chociaż można też pójść na piwo - to już jest trochę inne pytanie :o))

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Michał, jak Ci powiedziałem, nie ja wymyśliłem to określenie, a ktoś, kto pisał opinię o mnie, kiedy starałem się o post-doka. W tej chwili też strzelam śrutówką, bo nic nie wiem na temat zmienności podstawowych parametrów eko-fizjologicznych u nietoperzy. I nikt chyba nie wie.
    Czy patrzę z góry? Nie, ale wiem, że jazda na resorach zaczyna się dopiero jak testujesz jakiś pomysł, a ten nazywa się hipotezą. A obstaję przy metodzie naukowej, bo uczyłem się bez jakiejkolwiek świadomości o jej istnieniu. Najważniejsze pytanie, które mi zadawano, kiedy zaczynałem swoją pracę, to czy ktoś już to zrobił? Uczyłem i uczę się metody naukowej na własnych błędach. Tak więc możesz nazwać to gorliwością neofity.
    Stosowanie takiej metodologii jaką proponujesz to powinna być wyższa półka dla osób, które doskonale znają metodologię badań, a nie jedyną, którą znają. A problem polega na tym, że wiele osób jak zaczęło opisywać korelacje, Szanony i inne takie t-Studenty 20-30 lat temu, to do dnia dzisiejszego poza to nie wyszła. A najważniejsze dla nich jest, czy p jest mniejsze od 0.05, a jak nie jest, to i tak wynik jest istotny, ale nie statystycznie. Mam nadzieję, że widzisz sarkazm. I nie strzelam w tym miejscu w systematyków z dubeltówki. O tym informuję dla jasności.

    m.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeżeli to miałyby być badania *generujące* hipotezy, to mam wrażenie, że taki pomysł jak opisałeś, miałby sens pod warunkiem, że to nie Ty (czytaj: specjalista) byłbyś osobą wykonującą opis gospodarstwa. Lepszy design byłby taki: dwa przebiegi, jeden robi laik, który opisuje (ale nie wie jaki jest cel gromadzenia danych), drugi - ktoś kto potrafi z grubsza oszacować liczebność wróbli. Konfrontując przy użyciu statystyki jeden i drugi zbiór danych można by odkryć "nieoczywiste" zależności i wyjść poza kilka wałkowanych w kółko hipotez. kh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! dokładnie coś takiego - widzę, że poczułeś klimat, bo też o tym myślałem, że specjalista będzie dostrzegał częściej te przedmioty, których efektu się spodziewa, a tu jest potrzebny właśnie taki skan jak najbardziej mechaniczny.

      Usuń
  12. zgadzam się z tym co napisaliście powyżej, laik nie wie na co powinien zwrócić uwagę, co jest typowe więc jego opis nie jest obarczony schematem, dlatego opisując coś wymienia zwykle dużo więcej cech niż specjalista. Ja to widziałam wielokrotnie na zajeciach z rozpoznawania ptaków i roslin. Specjalista - 3-5 cech diagnostycznych, a rozgarnięty laik - z 15 wszelkiego rodzaju. Jestem pewna że podobnie byłoby w opisie siedliska.

    Może rzeczywiście być tak, że specjaliści od występowania wróbli testują utarte hipotezy, pomijając przy tym bardzo istotne zmienne, bo albo nie widzą ich znaczenia, albo je bagatelizują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba nie tak jak piszesz - przeciętny specjalista widzi mimo wszystko więcej cech od przeciętnego laika, ale jak go zapytasz o cechy danego gatunku, to opowie Ci tylko o meritum sprawy - cechach dyskryminujących podobne gatunki, a nie będzie Ci wymieniał wszystkich cech gromady. Gdyby laik dostrzegał więcej od specjalisty, to stawanie się specjalistą byłoby bezcelowe (a mimo to ludzie to robią, i to w różnych dziedzinach).

      Z wróblami podobnie - coś nie chce mi się wierzyć, żeby istniały bardziej istotne zmienne niż te, których dotyczą "utarte hipotezy" w rodzaju "głównym czynnikiem ograniczającym jest dostępność żarcia i miejsc lęgowych". Na dodatek żeby wskazał je laik w wyniku 1-minutowej obserwacji, jak to sugeruje powyżej Michał.

      Usuń
    2. Andrzej, dlaczego spada w Polsce liczebność pójdźki, kraski albo dzierlatki??? Znasz kogoś kto to zna odpowiedź na to pytanie? Z resztą w przypadku wróbli jest podobnie - skąd tak znaczne spadki liczebności tych gatunków w wielu miejscach?

      Pisałem, że ta metoda może być dobra do gatunków (a może też środowisk) słabo poznanych, gdzie nie wiemy do końca czego szukać i nie mamy mocnych hipotez a priori. To nie ma być przecież zastąpienie eksperymentów, tylko etap przed bardziej szczegółową analizą. Ona mogłaby mieć funkcję naprowadzania na właściwy trop, bo analizując sieć korelacji możesz już bardziej precyzyjnie zadawać pytania w kolejnych krokach eksperymentalnych.

      Usuń
    3. Jest masa hipotez tłumaczących ten spadek - zmiana sposobu użytkowania, wzrost intensywności uprawy, pestycydy, wycinanie zadrzewień, zabudowa, wiatraki, zmiana składu biocenoz przez gatunki inwazyjne, styropian na elewacjach etc. itd. (kilka pierwszych skojarzeń). Tak więc "etap przed bardziej szczegółową analizą" czyli hipotezy do testowania już mamy (należałoby oczywiście zrobić przegląd literatury czy to wszystko nie jest już dawno zbadane), nie rozumiem po co jeszcze proponowana przez Ciebie "badania generujące hipotezy".

      Usuń
    4. No dobra, ale dwie sprawy:
      Po pierwsze, poparcie tych hipotez faktami jest najczęściej zerowe - to są takie hipotezy raczej mało wartościowe... Ja mogę sobie wymyślić hipotezę o wpływie wybuchów na słońcu na populację wróbla i tym samym uznać, że etap generowania hipotez mamy już za sobą. To nie tak - jeśli hipotezy są słabe i nasza faktyczna wiedza o gatunku jest uboga, to nazwanie każdego domysłu, który przyjdzie mi do głowy "hipotezą" wcale nie powoduje, że jesteśmy bliżej rozwiązania zagadki. Proponowane przez Ciebie hipotezy są moim zdaniem słabe - dotyczą wszystkiego i niczego i można ten zestaw zaproponować zarówno w przypadku wróbla, susła i kumaka, a pewnie też pełnika europejskiego lub jakiegoś porosta. "Zmiana sposobu użytkowania" to nie jest żadna hipoteza, na takim poziomie ogólności nic nie da się wytłumaczyć. Zwróć uwagę, że w żaden sposób nie wykorzystasz wiedzy płynącej z potwierdzenia tej hipotezy, bo jakie praktyczne wnioski płyną ze stwierdzenia, że zmiana sposobu użytkowania wpływa na wróbla? Żadne moim zdaniem.

      Po drugie, jeśli wyjaśniając spadek gatunku rozważasz wiele rożnych hipotez, w tym nawzajem sprzeczne, zagnieżdżone lub na różnym poziomie ogólności to tak naprawdę wiesz, że nic nie wiesz... Potrzebujesz właśnie badań przesiewowych, korelacyjnych, które dadzą jakiś sygnał, naprowadzą na trop. Z gatunkami o których wspomniałem jest właśnie ten problem - ornitolodzy mogą wygenerować (i robią to) 50 hipotez, każda może wydawać się rozsądna, a nadal nie wiemy dlaczego na powierzchni pod łomiankami, gdzie kiedyś było 8 par pójdźki dziś nie ma ani jednej...

      Usuń
    5. Podałem przykłady o wysokim stopniu ogólności, bo przecież rozmawiamy o ogólnikach a nie o szczegółach. Jak chcesz możemy zejść na wyższy poziom szczegółowości :)

      Czy poparcie moich przykładów faktami jest zerowe - wydaje mi się że jednak nie, jest dużo publikacji pokazujących że wymienione czynniki mają coś na rzeczy u różnych gatunków. A nawet, gdyby było zerowe, to przecież poznawać nieznane fakty jest ciekawiej niż znane - chyba do tego min. zmierza Twoja propozycja metodologiczna.

      Co do pójdźki pod Łomiankami, to jest własnie dobry przykład tego, co rozumiem przez zmianę sposobu użytkowania. Jeszcze 20 czy nawet 10 lat temu była tam mozaika pastwisk, pól i ogłowionych wierzb, a teraz wierzby ogławia się rzadko albo w ogóle, zamiast pastwisk są nawłociowiska. Nie wiem, czy pójdźka może polować w takich chaszczach. Na dodatek to nie jest sytuacja charakterystyczna tylko dla Łomianek, ale dla całej doliny Wisły, jeśli nie Polski, więc lokalnej populacji nie ratuje też imigracja z zewnątrz. Masz tu kilka pomysłów na hipotezy, chyba dość sensownych.
      W jaki sposób wykorzysta się wiedzę płynącą z ich weryfikacji, to już inna para kaloszy - raczej mało zależy to od badacza, tylko od transferu tego co on wybada do praktyki ochroniarskiej. Ja tu widzę rozległe pole do praktycznych wniosków - np. stwierdzenie, że zaniechanie użytkowania łąk przyczynia się do zaniku określonych gatunków stało się powodem wprowadzenia programów rolnośrodowiskowych; stwierdzenie, że pestycydy szkodzą określonym organizmom wielokrotnie powodowało ograniczenia stosowania pewnych substancji itd. itp.

      Nie twierdzę oczywiście, że proponowana przez Ciebie metoda nie może być pomocna w odkrywaniu nieoczywistych zależności, jednak obawiam się że koniec końców waga tych nieoczywistych czynników może okazać się mniejsza od tych oczywistych.

      Usuń
  13. Polecam badania psychologów w których pokazali "'inattentional blindness' ludzi, specjalistów, którzy są bardzo skupieni na jakiejś obserwacji a przez to nie dostrzegają dość istotnych rzeczy. Więcej tu:

    http://www.dailymail.co.uk/news/article-2277759/Can-dancing-gorilla-New-psychological-study-reveals-83-percent-radiologists-fail-spot-it.html
    filmik jest dostępny na YT


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te badania pokazują raczej, że ludzie i tak nie są w stanie zauważyć wszystkiego, tylko koncentrują uwagę na konkretnych zadaniach. To moim zdaniem kolejny argument za tym, żeby w badaniach skupić się na z góry określonych celach, a nie na wszystkim-i-nie-wiadomo-czym.

      Usuń
    2. "Jednym słowem sprowadza się to to metodologii śrutówki. Strzelasz i patrzysz, co spadnie, a to co jest w najlepszym stanie bierzesz. Nie jestem autorem tej analogii, ale tak to mniej więcej wygląda. Pytanie, co potem z tym zrobisz. Zatrzymasz się, czy zaczniesz analizować i badać zaobserwowane wzorce? A przez badanie mam na myśli stawianie hipotez i ich testowanie."

      W fazie badań eksploracyjnych istotniejsze jest podanie jak największej liczby potencjalnie sensownych czynników, żeby w trakcie badań ilościowych uniknąć artefaktów.

      W socjologii nawet duże badania ilościowe mają czasem komponent jakościowy, właśnie, by zobaczyć czy nasze wyobrażenia o terenie są możliwe do oddania w ankiecie.

      W biologii mogą Wam się przydać procedury masowej etnografii (ustalamy i koordynujemy listy rzeczowników, żeby unikać synonimów), etnografii krzyżowej (notowanie i analiza robione przez różne osoby) oraz procedury uwspólniania (kilka osób obserwuje ten sam dach i konsultuje wzajemnie formę i treść notatek).

      Oczywiście nie czyni to etnografii odpowiednikiem metod ilościowych (metody te mają inne zadania), ale pozwala trochę osobistych błędów poznawczych wykasować.

      Usuń
    3. ciekawy komentarz, dzięki - byłbym bardzo wdzięczny za jakieś namiary na literaturę o tego typu metodach ilościowych w etnografii! Cokolwiek, jakiś punkt zaczepienia chociaż,
      z góry dzięki!

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. 1. Z klasyków zagranicznych:
      - Bezrobotni z Marienthalu (Paul Lazarsfeld kierował). Robili obserwacje, ale mocno starali się zliczać detale - aż do kaloryczności posiłków.
      - Studia z etnometodologii (Harold Garfinkel - jak widać nawet konstruktywistyczni jakościowcy też statystykę lubili wplatać).

      Bardzo dobre zespołowe etnografie robi David Kirsch.

      2.W Polsce łatwo dostępne:
      - Badanie warunków pracy nauczycieli z IBE
      - Raport programu "Wzlot" Warzywody-Kruszyńskiej z zesp. (etnografie + dane MOPS).

      3. Podręcznik opisujący kodowanie i intersubiektywizację obserwacji:
      - Wstęp do analizy układów społecznych (Lofland, Anderson, Snow). To bardzo przystępny podręcznik, pokazuje jak kodować dane.
      - Możesz też w "Coding Manual for Qualitative Researchers" J. Saldany - tam jest przegląd i dyskusja metod kodowania.

      Usuń
    6. ekstra, bardzo dziękuję! Spróbuję rzucić okiem na którąś z tych pozycji

      Usuń
  14. Ale tak mnie jeszcze naszło -

    Czy w biologii jak ludzie opisują jakiś mniej znany / zmieniony ekosystem (z cyklu: otworzyła się jaskinia) to czy też zaczęcie od jakościowego studium przypadku (opisujemy warunki, rzeźbę, mała próbka temperatur, główne biocenozy) nie jest normalne? Na zasadzie "Eksploracyjna jakościówka jako zwiad przed ilościówką".

    Zawsze mi się wydawało, że zanim się zacznie liczyć różne rzeczy trzeba ustalić co w zasadzie chcemy zliczać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że w biologii jest taki podział na specjalizacje, że raczej można spodziewać się prac typu "chrząszcze biegaczowate jaskini jakiejś tam" niż takich bardziej ogólnych opisów/analiz. Jasne, że warunki abiotyczne są ważne, zawsze jest też opis dotyczący terenu badań czyli m.in. warunków abiotycznych, geomorfologii, roślinności itp., ale chyba zbieranie danych np. fitosocjologicznych jako wstęp do poznania gatunków chrząszczy jest nierealne, bo każda z tych dziedzin (fitosocjologia i kolepterologia) wymaga dużej wiedzy i specjalizacji. Raczej korzystamy nawzajem ze swojej pracy i idąc do nowej jaskini liczymy, że ktoś zrobił lub zrobi jakiś zwiad w tematyce innej niż nasza. Albo możemy się łączyć w zespoły - jadąc gdzieś daleko w nowe, słabo poznane miejsce powinniśmy mieć w zespole botanika itp.

      Usuń
  15. Uhumn, dzięki za informację! W naukach społecznych (niestety) specjalizacja jest mniejsza niż w fizyce, więc i praca zespołowa nie zawsze jest normą.

    OdpowiedzUsuń