czwartek, 7 października 2010

Czyżby czyżyk?

W sejmie zakończono pierwsze czytanie nowej ustawy dot. stopni wyższych i spraw związanych z doktoratami. Okazuje się, że posłowie potrafią czytać i może dzięki temu coś się ruszy. Co prawda nie wiem na ile ewentualne zmiany usprawnią obecnie tragiczną dość sytuację trzeciego poziomu studiowania, ale coś się zaczyna dziać.


Poniżej link:
http://www.rp.pl/artykul/2,545926-Zagraniczni-recenzenci-ocenia-doktorat.html

Pozdr,

Michał. Dzięki Marcinie za info.

29 komentarzy:

  1. Publikacja jako warunek obrony to dobry pomysł. Przydałoby się jeszcze zaznaczyć, że publikacja w czasopiśmie na ISI, żeby sprawozdania z konferencji w wiadomościach ekologicznych nie zaliczały tego wymogu...

    Ale faktycznie coś drgnęło
    pozdr
    żmihor

    OdpowiedzUsuń
  2. Ahoj, moim skromnym zdaniem nic nie drgnelo. Przeciez jak ktos chcial to mogl sobie bronic doktorat po angielsku. Prawdziwy krok do przodu bylby gdyby przykladowo doktorant musial miec 2-3 publikacje w czasopismach, powiedzmy, o IF > 1. Lub jedna o impakcie >2. Albo, zeby musial uzbierac przynajmniej 30 punktow za publikacje. Wtedy przynajmniej byloby widac ile doktorantow jest w pl oraz ile z nich pozostaje anonimowymi doktorami ;)
    Pozdrawiam
    PSkorka

    OdpowiedzUsuń
  3. cześć
    nie wiem czy mógł bronić po angielsku, może zależało to od jednostki. Z tego co wiem to na podstawie ustawy o języku polskim kilka osób u nas w MIZ tłumaczyło doktoraty napisane po angielsku na polski.

    A co do publikacji to się zgadzam. Może jakoś będzie to doprecyzowane w przypadku nauk ścisłych... Krokiem do przodu byłby też doktorat typu zszywacz - kilka publikacji, bez pisania książki kucharskiej po polsku.

    Kilka lat temu wysłałem w tej sprawie pytanie do centralnej komisji do spraw stopni i tytułów, ale odpowiedzieli mi tak, że chodziłem z tym listem po instytucie i prosiłem o interpretacje, której nikt się nie podjął...Z tego wnioskuje, że problemem dla wykonania kroku na przód może być też ta komisja...

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam całej ustawy, ale faktem jest, że przygotowanie jednej pracy z sensownym IF na otwarcie to dobry pomysł. Widać wtedy, że 1) doktorant ma parcie na naukę, 2) promotor się nim sensownie zajmuje, 3) badania mają sens = hipotezę naukową.

    Natomiast co do angielskiej wersji. Opcja taka zawsze istniała, ale dodatkowo należało przedstawić rozprawę po polsku. Efekt - piszemy dwie prace. Jaki ma to sens w kontekście czasu?

    Ja miałem problem ze znalezieniem recenzentów z mojej dziedziny (bioakustyka) - na zdrowy rozum powinienem szukać za granicą, bo w Polsce jesteśmy jedynym labem zajmującym się tą dziedzina na poważnie i długo. W efekcie siłą rzeczy i ograniczeniem czasowym skończyło się na przedstawieniu pracy po polsku.

    Problem z doktoratami (habilitacjami i profesurami też) polega raczej na puszczaniu do otwarcia lub finalizowaniu prac, które często przedstawiają problem już dość mocno oklepany i niewiele wnoszą do samego tematu, jak również często przechodzą prace bez jakichkolwiek hipotez, dosłownie o niczym. Myślę, że wprowadzenie minimum jednej dobrej publikacji przed otwarciem doktoratu byłoby sensownym rozwiązaniem selekcyjnym przyszłych doktoratów. Przecież nie trzeba się otwierać zaraz na pierwszym lub drugim roku. Wiadomo, że potrzeba trochę czasu na zebranie pierwszych danych itd.

    Pozdr,

    Michał

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam
    Mysle ze to dobry krok ale ciagle za malo. Warunkiem przystapienia do obrony doktoratu powinno byc opublkowanie przynajmnej jednej pracy z doktoratu w czasopismie powiedzmy o IF > 1. Instytucja otwarcia jest dla mnie troche bez sensu, doktoranci powinni raz na rok prezentowac swoje wyniki na ogolno uczelnianym semniarium. Na pierwszym takim seminarium problemy i hipotezy badawcze. Brak otwarcia troche blokuje np mozliwosc starania sie o granty i jest lekko sztucznym show na RW. Recenzenci obowiazkowo z poza uczelni macierzystej i jak najbardziej z zagranicy. Podobnie jesli ktos chce powinien miec mozliwosc napisania pracy po angielsku i doktorat mogl by miec forme spietych prac lub ms z jednym wstepem i wspolnym omowieniem wynikow. W przypadku przedluzania doktoratu zabieramy stypendium lub je obnizamy ( wiadamo ze czasem po drodze jakas reprodukcja itp wtedy chyba nie :-)) a dla tych co juz publikuja w czasie doktoratu gratyfikacje finansowe lub doplaty do konfy. Ci ktorzy rezygnuja z doktoratu zwaracaja stypendium. Mysle ze by to podnioslo poziom doktoratow, promowalo tych co naprawde chca i zmusilo promotorow do wiekszej pracy z doktorantami. No i uczelnie czy jednostki badawcze zamiast tzw polkownikow zyskuja realne prace. pozdrawiam
    Pozdr MA

    OdpowiedzUsuń
  6. myślę, że przymus publikowania PRZED obroną ma szczególnie duże znaczenie dla samej uczelni/jednostki. Bo wielu doktorantów po obronie odchodzi z nauki, wtedy nie mają już żadnej motywacji i czasu by opublikować dane. Takie dane, w kilku egzemplarzach doktoratu napisanego po Polsku praktycznie nie istnieją na rynku, czyli cała kasa na stypendium i badania idzie w błoto. Dlatego doktoranta dużo efektywniej można zmusić do publikacji PRZED obroną. Sam znam wiele fajnych wyników na UW, które nigdy nie zostały opublikowane, bo po obronie ludzie poszli do firm i zabawa w publikacje się skończyła...
    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  7. http://www.ck.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=11:uwagi-o-rozprawach-doktorskich&Itemid=25

    i tak nikt sie do tego nie stosuje a kazdy uniwerek i instytut robi jak chce (im trudniej tym lepiej)

    OdpowiedzUsuń
  8. A propos powyzszego linku.... tekst zawarty na tamtejszej stronie pokazuje w calej okazałosci w jak archaicznym kraju my zyjemy. Po prostu totalna masakra. Powiedzmy sobie szczerze - to prawo jest po prostu zle. Jak mozna porownywac prace z zakresu nauk scislych, powstajace na drodze metodycznego poznania z jakims odlotami doktoranta sztuk pieknych. Podobnie, jaki sens ma kotwiczenie doktoratu w ustawie o jezyku polskim? Albo uprawiamy nauke na swiatowym poziomie, co oznacza ze rozprawa powinna byc dostepna w ogolnie przyjetym, miedzynarodowym jezyku nauki (angielskim), albo probujemy zrobic z doktorantow fizyki badz biologii wirtuozow jezykowych. Osobiscie uwazam, ze jezyk polski jest najpiekniejszy na swiecie, rozkoszuje sie czytaniem poezji, ale to nie ma nic wspolnego z nauka.
    No i zamiast pozwolic doktoratowi na samoweryfikacje poprzez publikacje w czasopismach przed obrona, to odstawia sie tę szopkę z absurdalnymi przepisami zakazujacymi spinania dorobku w calosc. Przeciez to wlasnie pokazywaloby, czy mlody naukowiec ma zdolnosci odnalezienia sie w swiecie naukowym i czy zasluguje na stopien doktora. Tym samym swiat dalej ucieka, a my kluczymy w niemocy.
    Dlatego jestem dalej sceptyczny do tych nowo wprowadzonych zmian, bo one prawdopodobnie niczego nie zmienia.
    Pozdrawiam
    PSkorka

    OdpowiedzUsuń
  9. Masz rację Piotrze. Wiemy jak w tym kraju dobre chęci giną z dnia na dzień. Ja po prostu jestem w dużej mierze zmęczony i rozgoryczony obecną sytuacją. Tym bardziej, że na trzeci stopień edukacji wyższej coraz częściej przychodzą ludzie, którzy tak jak i na poprzednich stopniach ciągle nie wiedzą czego tak naprawdę chcą i po co robią to co robią.

    Nie tyle sama sprawa doktorantów mnie drażni, co sprawa ich promotorów. Obecnie prawo uczelniane jest tak skonstruowane, że byle kto z habilitacją (byle kto, czytaj w kontekście naukowo nie drgną ani na krok od czasu doktoratu lub jeszcze dłużej) jest w stanie dostać doktoranta.
    Przecież te tzw. konkursy rekrutujące na studia doktoranckie to w dużej mierze jawna kpina. Myślę, że jeżeli już jest oceniany kandydat na doktoranta to takie same zabiegi powinny być stosowane w przypadku przyszłych promotorów.
    Jak osoba, która naukowo od wielu lat wisi w próżni może pokierować młodym naukowcem??? Nauczyć go warsztatu, pisania prac, zdobywania grantów? No jak?? Skoro sama się niczym nie wykazuje!

    Jest to ciągle niebezpiecznie szeroko otwarta furtka do promocji profesorów o niskiej wartości naukowej.

    Moim zdaniem to jest skandal i przede wszystkim z tym coś należałoby zrobić. Niestety za młody jestem by kadzić starym jak spojrzeć na obecne problemy dorastającej kadry naukowej tego kraju.

    Pozdr,

    Michał

    OdpowiedzUsuń
  10. Co do tego linka, powiedzmy, że punkt 1 jest jeszcze w miarę merytorycznie uzasadniony, ale nie do końca się z nim zgadzam, o tyle uzasadnienie punktu drugiego powala na kolana i zmusza do bicia głową w ścianę.

    Słabo mi.

    OdpowiedzUsuń
  11. chłopaki, zgadzam się, wygląda to tragicznie. Zarówno jeden jak i drugi punkt cofają nas o 50 lat w rozwoju i paraliżują naukę w tym kraju.

    nie zgadzam się natomiast, że jesteśmy za młodzi by zabierać głos w tej sprawie. Właśnie uważam, że warto byłoby zebrać sporo osób, w tym młodych naukowców, których te wytyczne dotyczą bezpośrednio i puścić gdzieś taki "opinion paper", do jakiejś gazety czy portalu typu Nauka w Polsce...

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja o tym, że jestem za młody to w sensie ironicznym. Wiesz jak na mnie spojrzałby niejeden prof gdybym o tym mówił w jego obecności. Po prostu traktują nas z buta albo jak dziwny zapach co to wpadł przy okazji wymiany powietrza przez okno. Lekkie przewietrzenie i dalej tkwimy w starym smrodzie.
    Nawiasem mówiąc mam nadzieję, że jakiś reporter tropiciel internetowych blogów w końcu trafi na ta stronę ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Problem jest znacznie glebszy: najbardziej tragiczna sytuacja wynikajaca z takich zapisow to doktorant slepo zapatrzony w swojego profesora. Potem przy prezentacji wynikow swojej rozprawy na jakiejs konferencji tacy mlodzi ludzie dziwia sie dlaczego taki skorka dopieprza sie ze cos jest "nieteges" bo przeciez profesor wszystko sprawdzil i bylo dobrze. I nie ma tu wielkiej winy ze strony mlodych ludzi chcacych robic doktorat, bo zapewne kazdy chce robic "good job". A gdyby byl obowiazek opublikowania pracy w dobrym journalu przed obrona nastapilaby baaardzo szybka selekcja promotorow.
    Niestety my tez musimy uderzyc sie mocno w piers i przyznac, ze sami jestesmy obciazeni tym samym efektem matczynym tylko w wiekszej skali. Skoro najlepsze nasze uniwersytety sa w ktorejs tam setce w rankingach, a my jestesmy owocami tego wszystkiego to niestety nie czuje sie zbyt komfortowo. Czesto odwiedzam strony internetowe roznych ludzi za granica i w najwieksza depresje popadam kiedy widze strony niektorych doktorantow, ktorzy np maja po kilkanascie publikacji i to w topowych journalach. Dlatego wole nie myslec o poziomie swoich badan, mam tylko nadzieje ze jest to poziom przyzwoity. Ale grunt to walczyc do konca... z journalami, recenzentami, pomyslami i samym sobą ;))
    Pozdrawiam
    PSkorka

    OdpowiedzUsuń
  14. Bo Skórka powinien się nauczyć, że jak PROFESOR coś sprawdził i zaakceptował to tak ma być i trzeba mieć co najmniej 70 lat żeby to zakwestionować :o))
    Niestety, doktoranci często nie mają okazji by zweryfikować to co mówi im promotor (z resztą, spróbowaliby!). I tu zgodzę się z Piotrkiem, że obowiązek publikacji zmusiłby zarówno jednych jak i drugich do zastanowienia się np. nad projektem samplingu, analizami, hipotezami, strategią przedstawienia materiału itp.

    Wszystko rozbija się o publikacje: powinny być kryterium otrzymania grantu, przyznania doktoranta, obrony doktoratu itp. Proste rozwiązanie, niestety nie u nas...

    pozdro
    żmihor

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeszcze mi się przypomniało: z tymi profesorami-promotorami to naprawdę bywa zabawnie. Ostatnio liczyłem kumplowi jakieś GLMy, ale on potem powiedział, że to co liczyłem w SPSSie nie spodobało się promotorowi bo... on uznaje tylko statistice! I wszystkie moje analizy wypadły. Po prostu tragedia, jak można być tak ograniczonym?!? Oczywiście doktorant miał niewiele do powiedzenia, bo promotor ma praktycznie władzę absolutną w relacjach ze swoim podopiecznym.

    OdpowiedzUsuń
  16. Piotr to co napisałeś o spojrzeniu przez siebie samych w szerokiej skali naukowej to pardwa. Prawda, która bardzo boli. Zawsze możemy się porównywać z kolegami z innych instytucji w Polsce itd, to jest zdrowe konkurencyjne podejście do nauki. Tyle, że powinniśmy (jak pisałeś) porównywać się z tymi najlepszymi z całego świata. Nauka nie jest ograniczona granicami, jest kosmopolityczna i tak należy ją traktować. Natomiast w Polsce ciągle jest silny nacisk na regionalizację problemów i hipotez badawczych do granic PL. Owszem sporo pytań można testować w kraju, ale to nie o to przecież chodzi. Problemowe jest np, uzyskanie grantów z MNiSW na badania zagraniczny. Miałem sporo ubitych wniosków z tego powodu, bo recenzenci często nie byli w stanie zrozumieć, mimo dokładnego opisu stawianych hipotez, dlaczego akurat nie jestem w stanie takich badań przeprowadzić w Polsce. Nie trafiały do recenzentów naukowców żadne naukowe argumenty.
    Ostatecznie jakie miałem wyjście, złożyłem grant na badania w Polsce starając się jakoś połatać cały pomysł tym co można w kraju zrobić. Smutne, bo w ten sposób wielu zjawisk nie będę w stanie opisać. Czy miałem inne wyjście? Tak, nie składać grantu do ministerstwa.

    Pewnie i tym razem go nie dostanę, bo przypieprzy się ktoś do swetra. Problemem moim jest to, że z tej dziedziny poza naszym zakładem nie ma specjalistów w kraju. W takim razie kto mnie ocenia??
    Ale to już temat na inny wątek ;)

    Niemniej faktem, jest że nauka w Polsce jest ciągle prowincjonalna i w naszych dziedzinach jesteśmy jeszcze sporo za sąsiadami zza naszej zachodnio-południowej granicy. A to boli.

    Pozdr,

    MS

    OdpowiedzUsuń
  17. mocny tekst o doktorantach:

    http://wyborcza.pl/1,75515,8416372,Doktorant_w_masle.html

    OdpowiedzUsuń
  18. Heh, z calym szacunkiem dla profesora Hartmana, ale bardziej debilnego tekstu dawno nie czytałem. Całe szczescie, ze polska filozofia błąka się po kątach nauki, bo z takimi postawami zapewne tylko osmieszyłaby sie na międzynarodowym forum. Ale w zasadzie jest to typowa postawa profesora z tzw. najlepszej polskiej uczelni, gdzie doktoranta zwykło się traktować jako murzyna. I nie chodzi o to, ze doktorant ma stypendium, czy go nie ma, tylko o to że nie traktuje sie go powaznie i z minimum godnosci, jak powinno sie traktowac każdego dorosłego człowieka. Sam zreszta to przerabiałem. Pan profesor Hartman czerpie masochistyczną przyjemnosc ze wspomnien z okresu, kiedy zywił sie dżemikiem i sucharami - moim zdaniem nic nie stoi na przeszkodzie, zeby zrezgnował z pensji profesora i zaczał zapieprzac jak za starych dobrych lat za 1000 zl miesiecznie. Szacowny Profesor zapomniał, ze siła napedowa wielu instytutów sa wlasnie doktoranci i chociazby z tego powodu powinno się robic wszystko zeby tym młodym ludziom zapewnić jak najlepsze warunki pracy. Bo to co wykonuja doktoranci i magistranci to jest praca. A kazda rzetelnie wykonywana praca powinna zyskac uznanie i wynagrodzenie. Pan Hartman narzeka na niska jakosc doktoratow (co rzeczywiscie jest czesto faktem) zapomina jednak o tym, ze przyczyna ta lezy w szacownych promotorach - profesorach i docentach, ktorzy nie potrafia kierowac młodymi ludzmi i nie potrafia pokazac jak uprawiac nauke na przyzwoitym chociaz poziomie. Moim zdaniem, dobry promotor - nawet jak bedzie mial 10 doktorantow to bedzie w stanie dobrze pokierowac ich praca o ile tylko nie bedzie "chałturył" na kilku etatach i pisal idiotycznych tekstow do prasy codziennej

    Pozdrawiam wszystkich, zwlaszcza doktorantow
    PSkorka

    OdpowiedzUsuń
  19. Czołem,

    Jestem osłabiony, teksty typu jak poniżej powalają mnie:

    "Nie wiem, jak to jest w naukach ścisłych, ale w humanistyce do napisania dobrej rozprawy doktorskiej nie trzeba prawie nic, poza pracą i talentem."

    a dalej czytamy:

    "Znaczna większość pisze prace całkowicie ćwiczeniowe, do nauki niczego niewnoszące, wyłącznie w celu uzyskania stopnia."

    Nigdy nie pałałem zamiłowaniem do współczesnej filozofii, w zasadzie tego typu "naukę" mogę i uprawiam popołudniami albo podczas bezsennych nocy.
    Ja zdaję sobie sprawę, że humaniści kompletnie nie kleją typowych empirycznych nauk (są jednakże wyjątki) ale należymy do naukowo odmiennych światów.

    Przypomina mi się dygresja na temat porównania między matematykiem a filozofem:
    Czego matematyk potrzebuje do pracy?
    - kartka papieru, ołówek ni kosz na śmieci.
    Czego potrzebuje filozof?
    -atrybuty jak wyżej, jedynie kosz jest zbędny.

    Pozdr,

    MS

    OdpowiedzUsuń
  20. Czesc,
    sorry, bo dyskusja zaszla znacznie dalej, ale wroce do tego co bylo w tym linku z CK.
    Punkt 2 - .. rozprawa.. "ma stanowić samodzielne rozwiązanie problemu naukowego lub artystycznego i być dowodem umiejętności samodzielnego prowadzenia pracy naukowej lub artystycznej" - to moze zamiast peczka - jedna praca? W sensownym czasopismie, z doktorantem jako jedynym autorem?
    I wtedy spelni te wymogi:-)
    Tylko trzeba bedzie jakos obejsc ustawe, bo praca bedzie po angielsku..

    Faktem jest, ze w przypadku peczka prac wieloautorskich nie bardzo wiadomo jak duza czesc robil doktorant.. Moze bylyby potrzebne oswiadczenia jak przy hab.
    Zreszta kurczowe trzymanie sie takiej formy doktoratu sluzy chyba utrzymaniu habilitacji w obecnym ksztalcie.. Faktem jest, ze obecnie jestem niestety raczej za instytucja habilitacji - patrzac jak malo czasami wymaga sie od doktorantow, ktorzy od siebie niewiele wymagaja. Gdyby jednak wprowadzic rożne obostrzenia - np. odpowiednie publikacje przed doktoratem - zarowno w przypadku doktoranta jak i promotora to pewnie zniknalby problem z hab., jakosci niektorych doktoratow itd.
    Zreszta temat peczka prac na dr pojawia sie juz od bardzo dawna.. W pismie Nauka chyba w 1994 byl artykul emerytowanego prof. UW, ktory wskazywal takie rozwiazanie podnoszac wszystkie argumenty za pojawiajace sie i na tym forum i w naszych rozmowach. Jak widac - ciagle bezskutecznie.
    Choc znam doktorat z peczka prac, jeden z recenzentow napisal, ze nie ma tu co robic, bo wszystko zostalo opublikowane, pastwili sie wiec na tym recenzenci, czyli robota recenzenta - ocenic i pomoc w przygotowaniu do druku - zostala juz wykonana.

    A co do jakosci promotorow - wydaje mi sie, ze mlode osoby chcace pracowac naukowo sa w stanie poznac sie na potencjalnym promotorze juz np. podczas studiow, na konferencjach naukowych, po sprawdzaniu jego osiagniec, publikacji, cytacji itd.. I po prostu moze mozna bedzie zawierzyc silom rynku i slabi po prostu predzej czy pozniej przestana sie liczyc.. Choc moze to pobozne zyczenia..
    Ale i tak nasza nauka juz jakis czas temu ruszyla do przodu, jak oceniam to przez pryzmat czasu. Kiedys nie bylo takiego parcia na publikacje, o IF i ISI dowiedzialem sie juz po doktoracie itd..
    Jak wypowiadajacy sie na tym forum osoby, dobrze publikujace i wiedzace o co w nauce chodzi zdominuja Rady Naukowe, wladze uczelni itd, a przede wszystkim zajecia ze studentami poleci juz z gorki.. Czego sobie i wszystkim zycze..
    Pozdrowienia
    Tomek Mazgajski

    OdpowiedzUsuń
  21. [Punkt 2 - .. rozprawa.. "ma stanowić samodzielne rozwiązanie problemu naukowego lub artystycznego i być dowodem umiejętności samodzielnego prowadzenia pracy naukowej lub artystycznej"]

    myślę, że ten wymóg niczego nie zmienia, bo co prawda powstaje praca doktorska jako osobne opracowanie jednego autora, ale w rzeczywistości pracowało nad nią wiele osób, co wyraźnie widać w publikacjach już po obronie doktoratu. Więc tak naprawdę jednoautorskie opracowanie jakim jest sama rozprawa nie jest dowodem na samodzielną pracę doktoranta (bo wiadomo, że nikt mu się do doktoratu dopisywał nie będzie, nawet jeśli doktorant wykonał 10% pracy). Kolejny fikcyjny zapis...

    [A co do jakosci promotorow - wydaje mi sie, ze mlode osoby chcace pracowac naukowo sa w stanie poznac sie na potencjalnym promotorze juz np. podczas studiow, na konferencjach naukowych, po sprawdzaniu jego osiagniec, publikacji, cytacji itd..]

    Myślę, że niekoniecznie. Sam pamiętam, że w czasie studiów zazdrościłem wiedzy i dorobku swoim wykładowcom, a moja ocena ich merytorycznego przygotowania była totalnie niewiarygodna (zawyżona). A okazuje się, że część z nich nie ma nic na ISI... Student lub początkujący doktorant nie ma narzędzi by wiarygodnie ocenić potencjalnego opiekuna/promotora. Poza tym merytorycznie kiepski ale imprezowy/kontaktowy gość zawsze będzie bardziej oblegany przez magistrantów/doktorantów niż ten pracowity...
    pzdr
    żmihor

    OdpowiedzUsuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  23. Usunąłem komentarz na prośbę jego autora - żeby nie było że jest jakaś cenzura na blogu :o)

    OdpowiedzUsuń
  24. Szkoda, a było nieco przesadnie wesoło ;)

    Nie ma co się bać, aj bym go zostawił ;)

    MS

    OdpowiedzUsuń
  25. ja też :o) może autor go wrzuci w nieco bardziej lajtowej formie, bo w sumie sama prawda tam była

    OdpowiedzUsuń
  26. Hartman Powraca!!!
    http://wyborcza.pl/1,75515,8499613,Doktorat_to_nie_fanaberia.html

    Już mnie głowa od tego boli.

    Rozwiązaniem na problemy nauki w Polsce byłoby:
    1. Reforma radykalna obejmująca sprecyzowanie tego co, kto, jak i gdzie... czyli jasne kryteria naboru na stanowiska naukowe w tym doktoranckie.
    2. Dzień Wolności - czyli zwolnienie wszystkich pracowników i doktorantów, po czym otwarcie naboru na ponowne zatrudnianie.

    Jestem ciekaw ilu wtedy profesorów zostałoby zatrudnionych na swoich uczelniach w konkurencji z doktorami, czy nawet doktorantami?
    Mam tu na myśli sprecyzowane wytyczne, np. do zakładu XXX potrzeba profesora z H>7 oraz 3 doktorów z H>3 co gwarantować będzie dalszy dobry rozwój zakładu.

    Pozdr,

    MS

    OdpowiedzUsuń
  27. no, troszku nieświeży ten kotlecik - miesiąc czekał... czytałem go wtedy i ze zdziwieniem odnotowałem, że autorzy brzęknęli szabelką na początku, by potem już zapomnieć o PT profesorze i sprzedawać jakieś dyrdymały sprowadzające się do tezy, że kochają kudrycką. góra urodziła mysz.
    pch

    OdpowiedzUsuń
  28. Ok, Przemku już nie odgrzewam ;)

    MS

    OdpowiedzUsuń
  29. no nie, spoko, odgrzewaj - tylko z info o terminie przydatności do spożycia:-). w końcu to kreuje okazję, by wrócić do sprawy profesora-humanisty;-)
    pch

    OdpowiedzUsuń