środa, 27 czerwca 2018

Lekarstwo gorsze od choroby?

Ustawa 2.0 wygląda coraz gorzej po udoskonaleniach w różnych komisjach sejmowych. W sumie będzie pewnie tak, jak wielu z nas przewidywało: zostaną z tego kosmetyczne zmiany; z wielkiej chmury mały deszcz. Ale moją uwagę zwraca ostatnio co innego; postulaty różnych grup protestujących przeciwko tej ustawie. Coraz bardziej dostrzegam tam oderwane od realiów wizje, czym powinien być Uniwersytet, kto powinien płacić za to i jakimi kryteriami się kierować. Tu próbka, z moimi komentarzami:

"Ustawa 2.0 wyrasta z dobrze znanej nam wizji świata, której efektów – jako młode badaczki – doświadczamy na co dzień. To wizja, zgodnie z którą naczelnym kryterium oceny naszego życia jest wydajność, skuteczność..."
MŻ: faktycznie, to skandal, że od siedzących na państwowych posadach badaczek wymagana jest "wydajność i skuteczność". To niedopuszczalny ucisk tej - chciałoby się użyć znanego sformułowania - zupełnie nadzwyczajnej kasty ludzi: dotychczas badaczki w ogóle nie były oceniane i po prostu miały zagwarantowaną forsę ściąganą po przymusem od podatników, ponieważ sam ich - badaczek - geniusz był wystarczającym uzasadnieniem finansowania. A teraz jakaś wydajność, skuteczność...

"Z perspektywy osób, których potrzeby są lekceważone przez nową ustawę, dużo wyraźniej widać, jaki jest typ badacza faworyzowanego przez ten projekt. To naszym zdaniem osoba za wszelką cenę dążąca do maksymalizacji swoich osiągnięć: pracująca bez wytchnienia, posiadająca zaplecze finansowe niezbędne do tego, by poświęcić się pracy badawczej, a także zasoby, by podjąć ryzyko niepewnego zatrudnienia w świecie nauki"
: badacz maksymalizujący swoje osiągnięcia chyba rzeczywiście nie przystaje do wizji Uniwersytetu bliskiego protestującym. Niepewne zatrudnienie w świecie nauki też jest złe - zdecydowanie lepsze byłoby zatrudnienie "pewne", czyli na przykład bezterminowa umowa gwarantująca stały przepływ gotówki od podatnika do nieprzepracowującego się naukowca.

"Bez ustawowej gwarancji rzeczywistego zwiększenia nakładów finansowych na szkolnictwo wyższe, najzwyczajniej zabraknie sił, by dokonać tego skoku. Ustawa pogłębi jedynie istniejący już rozdźwięk między małymi a dużymi ośrodkami, degradując te pierwsze finansowo i społecznie"
MŻ: tradycyjnie, czyli chcemy więcej forsy. 


Nie mówię, że Ustawa jest ok, przeciwnie - wiele jej zapisów budzi mój niepokój. Ale roszczeniowość protestujących i ich oderwanie od rzeczywistości zapiera dech. W skrócie: podatnik ma płacić, by "naukowczynie i naukowcy" mogli bezstresowo (a więc bez niepokojenia ocenami, czy nieludzkimi wymogami wydajności) na bezterminowym etacie robić (bądź nie), to, co uznają za słuszne. Tylko żeby więcej forsy dali. Zero refleksji, autokrytyki, nikt nie wspomina o szóstej setce polskich uczelni, o tym, że kilkadziesiąt procent tych geniuszy nie opublikowało nic, a trzy czwarte pozostałych publikuje co najwyżej marnie i w słabych czasopismach.

Michał Żmihorski

37 komentarzy:

  1. To że ludzie chcą pewnej i dobrze płatnej pracy to chyba normalne...najlepiej znaleźć złoty środek między wymaganiami pracodawcy a oczekiwaniami pracowników. Ja nie interpretuję słów protestujących o zbytnich wymogach dotyczących wydajności tak negatywnie jak Pan Michał. Po prostu ludzie uważają, że zarabiają za mało w stosunku do oczekiwań. I trudno się z nimi nie zgodzić (największy rozdźwięk między oczekiwaniami pracodawcy i zarobkami jest chyba w PAN-ie).

    OdpowiedzUsuń
  2. By poradzić sobie z tym rozdźwiękiem (oczekiwania pracodawcy i płacy) ludzie stosują dwie strategie. Pierwsza - składają swoje życie osobiste na ołtarzu nauki (40 lat na karku i bez rodziny, mieszkania, ale z 20 letnim samochodem). Druga - lawirować jak się da udając, że się pracuje. I tu państwo powinno podjąć decyzję, czy dodaje kasy na naukę jednocześnie ukrócając lawirowanie, albo nie robi nic udając, że nauka działo poprawnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlaczego praca w nauce ma być "pewna"? To jest jakiś skrajnie nierealny postulat, wyjęty z PRLu. Praca ma być właśnie niepewna, by każdy wiedział, że jeśli zacznie pracować źle, lenić się i olewać obowiązki, to pracę straci. Jako konsument nauki (np. medycyny), ale też jako jej fundator-podatnik, życzyłbym sobie, by na stanowiskach pozostali tylko pracowici uczciwi i solidni, a by tych leniwych i mniej zdolnych szybko zwalniano. By ten system samooczyszczania mógł działać, stanowiska w nauce muszą być niestabilne: pracujesz, gdy masz efekty, a jak się obijasz, to wylatujesz. Praca w nauce to nie zasiłek socjalny, choć w polskim wydaniu coraz mniej różnic między jednym a drugim. Gdy pracowałem w Szwecji miałem umowę na rok, przedłużaną na kolejny, potem na kolejny i potem na kolejny, a po 4 latach wyleciałem, bo nie miałem własnych środków na samozatrudnienie. Dzięki temu tam ludzie pracują i tam mają efekty.

    Co do zarobków, rozwiązanie jest proste: zwolnijmy połowę pracowników nauki, najlepiej tych, którzy nic nie publikują, i tak zaoszczędzone pieniądze dajmy pozostałym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "For every complex problem there is an answer that is clear simple and wrong" - H. L. Mencken.

      Michale,

      1. Ten komentarz uderza mnie jako oderwany od polskich realiów. Kto będzie robił dydaktykę, gdy zwolnimy połowę pracowników? Ta "lepsza" połowa padłaby pod tym ciężarem (zwłaszcza, że pomiędzy dydaktyką i publikowaniem jest trade-off: ci "gorsi" często dużo bardziej przykładają się do dydaktyki, niż ci "lepsi"). Zatrudnimy na to miejsce młodych-zdolnych? Jakoś nie widzę wysypu talentów wśród ludzi, którzy w ogóle mają ochotę na pracę w nauce (z definicji to jednostki).

      2. Jak ocenić, kogo zwolnić? Po punktach za publikacje? Każdy system da się ograć: już widzę te tony chłamu publikowane w różnych kolaboracjach (najłatwiej je nabić wypuszczając kilkanaście artykułów rocznie w Q3-Q4). Kolesie będą górą.

      3. Kto po takiej "Michałowej" reformie chciałby pracować na polskim uniwersytecie, gdy na kasie w Tesco jest podobna płaca i żaden Michał nie straszy zwolnieniem?

      4. Sugestia, że połowa naukowców w Polsce to nieuczciwi lenie jest obraźliwa.

      5. Na pewnym poziomie się z Tobą zgadzam: musimy mieć wysokie wymagania. Moim zdaniem, najlepiej gdyby były one na etapie zatrudniania (wg zasady "past performance is the best predictor of future performance"), ale żeby przyciągnąć talenty, trzeba mieć co zaoferować: sam kij tutaj nie wystarczy. Na obietnice pracy w "dynamicznym, młodym zespole" od dawna nikt nie leci.

      6. Serio uważasz, że obecny poziom finansowania (poniżej 1% PKB) nauki w Polsce jest adekwatny???

      Tasan

      Usuń
    2. Tasan, dzięki za komentarz, odpowiadam:
      1. zwolnijmy też część studentów, może na początek tych, którzy nie potrafią czytać ani pisać, bo chyba coraz więcej takich orłów na polskich uczelniach
      2. Tak, po punktach, ale kategorie Q4-Q1 proponuję przeskalować, by jeden tekst w Q1 odpowiadał stu w Q4
      3. Przeciwnie, płaca byłaby dwukrotnie większa już od razu - bo środki z tych zwolnionych "pracowitych inaczej" poszłyby na tych, co na uczelniach pozostaną. Więc od ręki podwyżki o 100% - nadal byś nie chciał?
      4. Nie połowa, myślę że trochę więcej. No trudno, możemy obrażać się na rzeczywistość, ale takie są fakty.
      5. Pełna zgoda, ale patrz punkt 3, środki byłyby dwukrotnie większe
      6. Trudno powiedzieć, bo obecnie budżet MNiSW realizuje dwa cele: naukę i pomoc bezrobotnym. Ja proponuję zrezygnować z drugiego i wtedy zobaczyć ile brakuje.
      Pozdrowienia

      Usuń
  4. Pewna = dająca poczucie stabilizacji zatrudnienia. Pytanie jest jak ma być stabilne zatrudnienie i jak wysokie ma być uposażenie. Do "niepewnej" pracy mogą przyjść wysokiej klasy specjaliści wyłącznie gdy wynagrodzenia są bardzo duże. I odwrotnie, do pracy "stabilnej" przyjdą pracować osoby z niskimi kwalifikacjami nawet gdy apanaże są małe (nauka w Polsce).
    Jeśli mamy mieć dobrych naukowców to musi być kasa na badania i na wynagrodzenia inaczej to nie będzie działało. Skąd wziąć kasę na naukę to inne pytanie, można ze zwolnień w nauce, ale to może być samobójcza strategia. Etaty gdy znikną to już nowe raczej nie powstaną, a pensje zawsze można z powrotem obniżyć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Widzę tutaj zbieraninę, post-PRLowskich nierobów. Panie Michale, chyba pan już jasno rozumie (nawet czytają swojego bloga), że poziom nauki w Polsce jest po prostu odzwierciedleniem mentalności tego narodu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Znów niektórzy odwołują się tutaj do okresu Polski Ludowej, a przecież III Rzeczpospolita Polska istnieje już 29 lat, i to właśnie po transformacji systemowej zlikwidowano m.in. przemysły wysokich technologii, liczne centra, ośrodki badawczo - rozwojowe funkcjonujące przy fabrykach, zakładach produkcyjnych, przedsiębiorstwach. To wówczas rozpoczęto proces systematycznego obniżania nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę. Rozwój kraju miał się opierać na usługach i handlu. Zlikwidowano liczne sektory gospodarki narodowej bezpowrotnie. Dziś budzimy się, jak zwykle z ręką w nocniku i marzeniami o potędze. Przy finansowaniu nauki na poziomie 0,43 % PKB, co daje nam 35 miejsce w Europie, i szkolnictwa wyższego na poziomie 0,80 % PKB. Sami pogrzebaliśmy dawno temu swoje szanse i marzenia na jakikolwiek postęp cywilizacyjny i gospodarczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dlaczego wciąż piszecie o tym jaki % PKB? Zrozumcie, że w obecny system można wpompować nawet 10% PKB, ale jeśli zakładem kieruje "pani Grażynka" a dziekanem jest jej koleżanka "pani Basia", to nic się nie zmieni. Nigdy. Mamy beznadziejną kadrę, i ludzie pracowici i zdolni są tresowani przez tych właśnie gamoni, bo mają nad nimi władzę. Zostawcie ten PKB i zastanówmy się jak postawić sprawy z głowy na nogi, czyli oddać władzę w nauce osobom z osiągnięciami.

      Usuń
    2. Po pierwsze trzeba zacząć głośno o tym mówić. Dyskusje na tym blogu niczego nie zmienią. Taka dyskusja powinna być prowadzona w mediach trudniejszych do zignorowania, niż Pański blog. I nie anonimowo. W tej chwili z tych mediów możemy się jedynie dowiedzieć, że środowisko naukowe protestuje przeciwko "deformie" nauki. Tej sprawy nie da się załatwić dogadując się między sobą. Trzeba upublicznić nasze brudy.

      Usuń
  7. Większość opini wypisują/wypowiadają ludzie, którzy nie mają pojęcia, jak wygląda sytuacja naukowców poza Polską. W rozwiniętych krajach przeciętni naukowcy są w gorszej sytuacji niż u nas. Tam nie ma żadnej pewności zatrudnienia. Pensje w porównaniu z innymi zawodami bywają wręcz poniżające, a i tak średni dorobek naukowy jest tam na wyższym poziomie niż u nas. Jak to się dzieje? Pieniądze idą głównie na badania, a nie na wynagrodzenia i na pracę w nauce decydują się tylko fanatycy/hobbyści oraz najlepsi, którzy zgarniają wszystko. Reszta doktorów służy gospodarce i tam może wykręcać szokujące dla Polaków zarobki, które są opłacane przez bogaty przemysł a nie podatników. Tymczasem nasz system jest dokładnie taki, jak opisuje go Michał - utrzymuje ludzi, którym nie chce się pracować. Większość naukowców ma doskonale wykształcony mechanizm wyparcia. Każdy z nas jest wybitny (chociaż wybitnych z definicji może być tylko garstka i dobrze by było, żeby byli wybitni w szerszej skali niż powiat). Wszyscy jesteśmy zapracowani do granic możliwości (chociaż nie widać ani patentów ani publikacji). Jesteśmy fatalnie opłacani (bo wydaje nam się, że w innych krajach "wybitni" mają lepiej). Czasem tylko się zastanawiamy, dlaczego przechodzą wybitne inaczej hablitacje, dlaczego część profesorów belwederskich ma trudny do odnalezienia dorobek naukowy itp. Całkowicie podzielam poglądy Michała. Środowisko jest nieodwracalnie zepsute i nic się nie zmieni bez mocno niepopularnych reform. Tutaj nigdy nie chodziło o same pieniądze. Ze względu na trwające w tej chwili zmagania sportowe, sami możecie sobie Państwo odpowiedzieć, czy na boisku grają pieniądze (z mistrzostw świata w Rosji odpadło już parę drużyn o astronomicznej wartości rynkowej).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież po 4 czerwca 1989 r. zarówno szkolnictwo wyższe i nauka przeszły razem bodajże pięć reform systemowych. Ile razy chcesz reformować polskie środowisko akademickie? Ono nie jest bardziej zepsute niż pozostałe grupy zawodowe, warstwy społeczne w kraju. Wszędzie występują różne patologie społeczne i mity także. Mówi się, co zresztą jest faktem, iż Polacy są liderami wypracowanych roboczogodzin w Europie, ale pod względem efektywności, wydajności tejże wykonanej pracy, zajmujemy dopiero 35 miejsce w Europie. Można tak pisać w nieskończoność. Swoją drogą to żadna dziedzina życia społeczno - gospodarczego w Polsce nie funkcjonuje prawidłowo. Taki to kraj, gdzie cytryna dojrzewa.

      Usuń
    2. Być może z MŚ odpadło parę drużyn o astronomicznych budżetach, ale drużyn z mikroskopijnym budżetem na MŚ wcale nie ma. Odnosząc się do nauki w Polsce, to prawda, że można u nas wpompować 10% PKB i nic z tego nie wyjdzie (potrzebne reformy), ale finansując naukę na obecnym poziomie to na pewno się nic nie uda (nawet reformy nie pomogą). To może w ogóle zlikwidujmy naukę i uczelnie w Polsce (propozycja Pana Michała?) a najzdolniejszych wysyłajmy do krajów gdzie na naukę mają pieniądze. Wiele krajów afrykańskich tak robi i jakoś sobie radzą ;-)

      Usuń
    3. An. z 23:59 pisze "W rozwiniętych krajach przeciętni naukowcy są w gorszej sytuacji niż u nas. Tam nie ma żadnej pewności zatrudnienia. Pensje w porównaniu z innymi zawodami bywają wręcz poniżające"
      Tak się składa, że w swojej karierze miałem możliwość poznania warunków pracy w 6 najwyżej rozwiniętych krajach i mogę stwierdzić, że pisanie kłamstw dla podkreślenia swoich racji w dyskusji to klasyka tego blogu. W każdym z tych krajów pensje są o wiele wyższe niż w Polsce i w żadnym przypadku nie są poniżające (tam nikt nie porównuje pensji uniwersyteckich z pensjami w biznesie czy korporacjach prawniczych, bo to jest dopiero absurd). Pewność zatrudnienia jest rzeczywiście zdecydowanie mniejsza na niższych stanowiskach, ale jak zdobędziesz tenure to usunięcie takiego gościa ze stanowiska jest równie trudne jak usunięcie profesora w Polsce (a poznałem paru gości na tenure w całkiem młodym wieku). Pieniądze idą tam zarówno na badania jak i na wynagrodzenia (znowu dezinformujesz kolego) tzw. granty zespołowe idą nie tylko na badania, ale i na tworzenie etatów dla pracowników do assistant professor włącznie oraz stypendiów dla doktorantów czy postdoców. Nawet na Harvradzie spotkasz osoby mocno opieprzające się w robocie i ze słabym dorobkiem np. utrzymywane w ramach takich solidarnościowych stanowisk dla mniejszości czy osób z krajów słabo rozwiniętych (mówię o stanowiskach w biologii bo te jednostki znam, jak szef dysponujący ogromnym budżetem ma ochotę utrzymywać takich obiboków to nikt mu tego nie zabrania).
      Patologie polskiej nauki są wieloprzyczynowe, ale niski poziom finansowania jest jednym z głównych czynników tych patologii. Żaden doktorant nie jest w stanie utrzymać się w dużym ośrodku z samego stypendium, od początku jest uczony, że zarabia się gdzie indziej, a w laboratorium realizuje się lub nie pasje i marzenia naukowe. Potem, jak już uda się otrzymać etat to z samej pensji asystenta czy adiunkta tez jest trudno utrzymać rodzinę, więc robi się fuchy na boku (na zleceniach można np. w monitoringu środowiskowym można zarobić więcej niż na etacie). Jedyne co widzę rozsądne w głosie kol. Żmihorskiego i jego popleczników to wniosek, że w Polsce jest za dużo etatowych "uczonych", za dużo beznadziejnych uczelni i finansowania czystego lenistwa. Ale naiwnością jest sądzić, że politycy pozwolą żeby oszczędności pozostałe po drastycznym cięciu etatów zostały w uczelniach na podwyżki dla tych co zostaną. Zamiast tracić czas na tym blogu na bezsensowne biadolenie, ruszcie kol. Żmihorski i spółka do polityki i zmieniajcie rzeczywistość tam gdzie to może być efektywne. I przestańcie opowiadać nieprawdę dla uzasadnienia swoich argumentów. Jest w Polsce trochę ludzi, którzy już liznęli świata i znają rzeczywistość w tych wiodących krajach z autopsji.

      Usuń
    4. Anonimowy 28 czerwca 2018 09:16 bez zbędnych ceregieli od razu porównuje się z pracownikami Harvardu. Zgadzam się, że tam nobliści mogą sobie palić pieniędzmi w kominku. Mimo wszystko chciałby Państwa zachęcić do skupienia się na sytuacji przeciętnych naukowców na dobrej stanowej uczelni albo dobrym europejskim uniwersytecie. Może dostępne w internecie statystyki wynagrodzeń są kłamliwe. Może moi wszyscy znajomi obcokrajowcy i miejscowi, którzy -> teraz <- robią karierę są nieudacznikami i nie radzą sobie w ogóle w tym bogatym świecie zachodniej nauki.

      Trzeba zdjąć różowe okulary, bo "na Zachodzie" nie jest tak przyjemnie. Na rozsądne staże podoktorskie są wysokie sterty podań. O wszystko jest wielka konkurencja. Tam niezwalnialnym profesorem zostają najlepsi w danej chwili, a u nas zostają wszyscy, którym się chciało o to wystąpić. A ta niezwalnialność u nas rozciąga się na niższe szczeble. Wszędzie bywają ludzie, którym z pewnych powodów nie udaje się praca naukowa, ale poza Polską nie da się tak łatwo lawirować do samej emerytury. Skończy się czasowa umowa i koniec bajki. Albo walka o nowa umowę i przeprowadzka. Albo bezrobocie i konieczność przekwalifikowania.

      Poza tym nie demonizowałbym sytuacji doktorantów w Polsce. W tej chwili w dziedzinach przyrodniczych jest dużo pozycji z grantów i tam automatycznie można dostawać 3-5 tys. na rękę (będąc przeciętniakiem i nie gwarantując skończenia doktoratu). Oczywiście podstawowym stypendiom na uczelniach blisko jest do najniższej krajowej płacy, ale przy odrobinie starań można wyciągnąć dużo więcej. Słabiej bywa dopiero po doktoracie. A jak jest poza Polską? 1800 Euro to zasiłek dla bezrobotnych w Holandii. Podobna kwota jest często proponowana na pierwszym postdocu w bogatych Niemczech. Biorąc pod uwagę siłę nabywczą walut i średnie wynagrodzenia - nie widzę, żeby w zachodnich krajach młodzi naukowcy zarabiali wyraźnie lepiej niż w Polsce.

      Powinniśmy mieć na myśli los przeciętnego naukowca. Nauki nie robią tylko najlepsi. Bez armii wyrobników nie byłoby żadnej nauki. Efektywność pracy tych wyrobników jest kluczowa dla ogólnego postępu. U nas wychodzimy z założenia, że skoro płacą słabo, nie można niczego wymagać. Mam wrażenie, że w bogatych krajach trochę bardziej dba się o efektywność pracy przeciętniaków, a nie wiąże się to wcale z wielkimi wynagrodzeniami i pewnością zatrudnienia.

      Usuń
    5. Do anonimowego z 13:20

      Kolego, podałem przykład z Harvardu tylko jako ciekawostkę, że nawet tam utrzymują się obiboki, a nie jako standard. Akurat lepiej znam uczelnie stanowe w USA. Tak się składa, że robią tam kariery moi koledzy z dawnych studiów doktoranckich w Polsce i ich wynagrodzenia na postdocach i wcześniej stypendia doktoranckie wyraźnie przewyższają to co proponuje się w Polsce (łatwo to sprawdzić, bo płace na uniwersytetach stanowych na każdym stanowisku są jawne). Mam tez swoich byłych studentów na studiach doktoranckich i postdocach w Niemczech i Szkocji i każdy ma dużo więcej na rękę niż kwoty, które podajesz (podaj nazwy uczelni w Niemczech gdzie na postodcu na początek w Niemczech jest 1800 Euro, będę je odradzał moim studentom; nie wykluczam, że gdzieś takie kwoty proponują tylko czy znajdują chętnych do pracy). Akurat tam doskonale sobie zdają sprawę, że naukę w znacznej mierze robią przeciętniacy, zwłaszcza na kierunkach laboratoryjnych i żeby ich utrzymać płacą dużo lepiej niż my płacimy doktorantom i adiunktom.

      Usuń
    6. o.k., żeby nie dyskutować na podstawie zbyt małego zbioru danych/znajomych.

      1. Odrzucamy wszelkie skrajne przypadki (przykładowo znam młodych doktorów, którzy zarabiają z nauki 15 tys. netto, ale to nie są przeciętniacy).

      2. Bierzemy pod uwagę adiunktów, bo zajmują stanowisko dla człowieka z doktoratem (nie asystent/technik).

      3. W tej chwili adiunkt na uczelni nie może zarabiać poniżej 3820 brutto, co daje ok. 50 tys. rocznie (13 pensji) i odpowiada medianie zarobków w Polsce w 2017 roku.

      4, Według amerykańskiego opracowania:
      https://www.nature.com/news/pay-for-us-postdocs-varies-wildly-by-institution-1.22932
      mediana zarobków postdoców w USA w 2017 roku wynosiła 40-50 tys., co akurat pasuje do średniej pensji w USA (ok. 45 tys.).

      5. Nie interesuje nas, że podatki w USA są niższe. Badamy średnie zarobki młodych naukowców i reszty społeczeństwa.

      6. Lepsze uczelnie w USA gwarantują minimalne początkowe zarobki blisko 50 tys. dolarów rocznie, ale u nas w ramach projektów, czy w dobrym instytucie PAN, pensje pracowitych adiunktów też są dużo wyższe niż 50 tys. złotych rocznie. Też miewamy skromną wysługę lat, różne premie itp.

      Gdzie w takim razie jest przepaść pomiędzy płacami naukowców w Polsce i USA?

      Prawdopodobnie dyskutujemy o różnych dziedzinach/działach. Tylko wtedy różnica pomiędzy Polską i USA może być bardzo wyraźna, ale na średniej tego nie widać. Podobnie może się mieć sprawa w krajach EU. Początek kariery wszędzie jest nieciekawy, a dojście do poziomu dobrego wynagrodzenia i pewnej stabilizacji zatrudnienia trwa bardzo długo i nie wszystkim się w ogóle udaje.

      Usuń
    7. Do anonima z 18:06
      Świetnie, że podajesz te liczby. Akurat na kampusie Uniwersytetu Kalifornijskiego życie jest średnio ok. 1.5 raza droższe niż w Polsce (jedzenie nieco drożej, ale elektronika, benzyna, rozrywki tańsze, wynajem mieszkań w podobnej cenie jak u nas, dwójka doktorantów może bez problemu wynająć domek na wspólne mieszkanie) pod warunkiem, że jesteś zdrowy i nie chorujesz na schorzenia wykraczające poza standardowe ubezpieczenie (ale w Polsce poważniejsze problemy zdrowotne też cię zrujnują). Ponieważ dolar to ok. 3.7 razy więcej niż złotówka, to realnie te 50 tyś. dolarów daje ci standard życia co najmniej 2.5 raza większy niż w Polsce. Czy to jest przepaść, to kwestia dyskusji. Gdybym ja dostał pensji 2.5 razy więcej niż mam teraz, to bym chyba zwariował ze szczęścia. Nawet profesor zwyczajny z 40-letnim stażem na moim wydziale nie zbliża się do zarobków adiunkta w USA (no bo to jest u nas ok. 70 000 zł rocznie wobec ok. 50 000 x 3.76 = 188 000 zł rocznie, czyli w sile nabywczej co najmniej o połowę mniej niż w USA ma młody postdoc, o pensji assistant profesora czy tenure nie wspominając bo to jest dopiero przepaść). Aha i na naszych uniwersytetach nie ma żadnych premii jak PAN-ie, tylko wysługa lat, do 20% maksymalnie (czyli po 20 latach pracy już nie rośnie).

      Usuń
    8. do Anonima 28 czerwca 2018 20:14

      Uniwersytet Kalifornijski to rozległa kateogoria - jeżeli chodzi o najlepsze UCSF, Berkeley czy UCSD to koszty życia są o wiele wyższe niż 1,5x to co w Polsce - najtańszy rent 2-bedroom to minimum 2 tys dolarów (zrodlo - https://www.zillow.com/ czyli ponad 3 razy tyle co w najdroższej Warszawie). Od niedawna rodziny z dochodem poniżej 120 tys dolarów w Bay Area są klasyfikowane jako "low income" - dla porównania pensja brutto postdoka mieści się w zakresie 40-50 tys dolarów rocznie. Sytuacja jest troche lepsza w małych miastach interioru np. w Wisconsin czy w Michigan ale nadal prace w nauce jako doktorant czy postdoc traktuje sie jako etap przejściowy i nikt tam nie jest dla pieniędzy, bo one są po prostu marne.

      Usuń
  8. Co do pewności zatrudnienia, to nie do końca się zgodzę. Ja jako pewne zatrudnienie w nauce rozumiem jako bezterminową umowę o pracę, która pozwala naukowcowi na takie rzeczy jak założenie rodziny, w razie konieczności wzięcie kredytu mieszkaniowego, słowem - możliwości pewnego przewidzenia swojej przeszłości. Zgadzam się jednak z postulatem, że takie zatrudnienie powinno być obostrzone bardzo ważnym warunkiem, mianowicie że jeśli pracownik nie będzie pracował należycie (tutaj - nie przejdzie oceny okresowej), powinien zostać zwolniony. Wizja nauki w której niemal wszyscy będą zatrudnieni na krótkoterminowych umowach, umożliwiających często jedynie wegetację, trochę mnie przeraża, jeśli mam być szczery :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale w większości przypadków "pewne" zatrudnienie oznacza zupełnie co innego: siedzenie na państwowym etacie i nie robienie dosłownie niczego. Na tych etatach są tysiące ludzi, oni nie robią dosłownie nic, część przychodzi do pracy gdy muszą wydrukować raport robiony dla komercyjnej firmy - zawsze to taniej na instytutowej drukarce, niż za swoje... Na serio, znam dziesiątki takich ludzi, tak właśnie wyglądał upadek CBE PAN.
      Oczywiście, ja jestem właśnie za takim rozwiązaniem, o jakim piszesz: co roku ocena, konkretne kryteria, jak dwa negatywy, to do widzenia. Czyli dla każdego pracowitego jest to zatrudnienie pewne.

      Usuń
  9. Komentarz z dzisiaj:

    https://nkn.gov.pl/czy-polska-nauka-dzis-to-montownia-fikcji/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Policzek prawdy w humanistów i zdolnych inaczej :-))

      Usuń
    2. A reprezentanci nauk internacjonalnych są lepsi? Dostrzegasz drzazgę w oku brata swego, a w swoim belki nie widzisz?

      Usuń
  10. Tak na marginesie. Na uczelni nie da się "nie robić dosłownie nic" bo ma się zajęcia ze studentami. I za to ma się przede wszystkim płacone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Da się. Można te zajęcia prowadzić byle jak, nie aktualizując ich przez lata. Jeśli nie jest się na bieżąco z literaturą, to można prowadzić zajęcia z zakresu wiedzy licealnej i na licealnym poziomie. Z błogosławieństwem władz. Tak jest na wydziale biologii wiodącym w kraju według ostatniego krajowego rankingu.

      Usuń
    2. dokładnie, da się - ja na pierwszym roku byłem uczony, że "mewa popielata" lata między biegunami albo że bobry wyjadają ryby, dlatego są szkodnikami... Sorry, ale poziom dydaktyki w wielu przypadkach był tragicznie niski

      Usuń
    3. Myślę Michał, że popełniasz klasyczny błąd, stosując taki anegdotyczny styl argumentacji na podstawie własnych doświadczeń, zarówno z Polski, jak i ze Szwecji. Szczególnie, że próbujesz w ten sposób uzasadniać ruchy radykalne, typu zwolnienie połowy kadry. Moje doświadczenie (już z drugiej strony katedry) jest takie, że poziom zajęć trzeba sukcesywnie obniżać, bo większość studentów nie jest w stanie nadążyć za tym, co mówię :) Poziom dydaktyki jest różny, jak wszędzie. Co do kwestii finansowych, nie wierzysz chyba, że w przypadku zwolnienia połowy ludzi, pieniądze zaoszczędzone w ten sposób pozostały by w systemie?

      Usuń
  11. Ja natomiast mam taki przykład z „zachodu”. Miałem okazję skończyć tam studia, obronić tytuł magistra. Po zakończeniu każdego kursu, student otrzymywał anonimowy formularz z ewaluacją wykładowcy. Chodziło o ocenę jakości prowadzonych zajęć, podejścia do studentów, umiejętności przekazywania wiedzy, itp. Wykładowcą mógł być zarówno pracownik naukowo-dydaktyczny lub tylko dydaktyczny. Kilka lat pod rząd na pierwsze miejsce wskakiwał wykładowca dydaktyk. Pomimo tego, że miał on satysfakcję z wykonywanej pracy (miałem okazję z nim na ten temat porozmawiać), dostawał premię. W projekcie ustawy 2 ministerstwo również proponuje zmiany w tym kierunku. Akurat ten fragment projektu oceniam pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale takie oceny dzieją się teraz na każdej? uczelni w Polsce. U Nas jak ktoś ma naprawdę niskie oceny to czeka go poważna rozmowa z Dziekanem. I często takie rozmowy skutkują. A jak ktoś się dalej nie przykłada to może to być kamyczek, który przesądza o jego niezatrudnieniu.

      Usuń
  12. No dobrze. Ale ja mogę podać wiele przykładów świadczących o wysokim poziomie dydaktyki, przykładaniu się prowadzących do zajęć i wysokich ocenach zajęć przez studentów.
    Wasze głosy to przykłady złych praktyk, mój praktyk dobrych. Wasze i moje przykłady mają taką samą wagę i świadczą tylko o tym, że tak jak wszędzie są dobrzy i źli dydaktycy. Ale na podstawie Waszych złych doświadczeń trudno wysnuć wniosek, że poziom dydaktyki jest zły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nikt takiego wniosku nie wysnuwa. Przykłady były odpowiedzią na post powyżej, który sugerował, że wystarczy mieć zajęcia ze studentami i to już jest robienie "czegoś". Otóż nie. I do dydaktyki, i do nauki trzeba się przykładać. O to chodziło, nie o narzekanie na niski poziom. Poniżej cytuję post, którego dotyczy dyskusja.

      "Tak na marginesie. Na uczelni nie da się "nie robić dosłownie nic" bo ma się zajęcia ze studentami. I za to ma się przede wszystkim płacone."

      Usuń
    2. ja również nie twierdzę, że dydaktyka jest tylko zła. Jest dobra, ale jest też zła, tak jak napisał Anonim o 13:13. Moje zdziwienie budzie tylko fakt, że chcemy finansować również tą złą, tego nie rozumiem

      Usuń
    3. Finansowanie złej dydaktyki jest po części efektem systemu, w którym prawie każdy pracownik ma grać, tańczyć, śpiewać, być księgową, pisarzem oraz menadżerem. Tak się nie da. Dobry naukowiec bywa fatalnym dydaktykiem. Dobry dydaktyk niekoniecznie musi być choćby poprawnym naukowym wyrobnikiem.

      Usuń
  13. Ja z kolei odpisywałem na post Pana Michała, który stwierdził, że w PAN "część [osób] przychodzi do pracy gdy muszą wydrukować raport robiony dla komercyjnej firmy ". Na uczelni tak się nie da - trzeba być w pracy żeby prowadzić zajęcia. Oczywiście część osób prowadzi zajęcia źle, część być może nie wszystkie prowadzi. Ale notoryczne "nie pojawianie" się w pracy nie jest możliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ok, rozumiem, na uczelni pewnie nie jest - ale nie utożsamiajmy proszę pojawiania się w pracy z samą pracą, bo to dwie zupełnie różne rzeczy

      Usuń
    2. W PAN jest 69 instytutów naukowych, gdzie ludzie normalnie pracują. Nie generalizuj oceny danej instytucji na podstawie jednego podmiotu. Pan Michał wspominał konkretnie o CBE PAN.

      Usuń