niedziela, 26 marca 2017

Czy Anna O. Szust jest problemem?

Wrocławsko-poznańska ekipa naukowców przeprowadziła ciekawy i bardzo oryginalny eksperyment, który opublikowała w Nature: stworzyli fikcyjną badaczkę, Annę O. Szust, która próbowała dostać się (wysyłając maila z ofertą współpracy) do redakcji 360 czasopism. Uwzględniono tu 3 rodzaje czasopism:
* 120 posiadających wskaźnik IF,
* 120 z bazy Directory of Open Access Journals (jak rozumiem bez IF)
* 120 z grupy tzw. predatory journals
Żadne z czasopism posiadających IF nie odpowiedziało pozytywnie na maila, kilkadziesiąt pozytywnych odpowiedzi fikcyjna badaczka otrzymała od czasopism z ostatniej grupy, kilka z drugiej grupy. W kilku przypadkach została mianowana na stanowisko redaktora naczelnego. Tutaj jest więcej o samym eksperymencie i jego wynikach:

Tyle streszczenia, a teraz interpretacja z mojej strony, bo to bardzo ciekawy temat - kilka punktów w kolejności losowej:

1. 
Eksperyment pokazał, że lista JCR jest wskaźnikiem jakości - żadna redakcja spośród 120 posiadających IF nie przyjęła tej badaczki. Znając pracę redakcji czasopism od podszewki przypuszczam, że w wielu redakcjach tych 120 czasopism przydałaby się  merytoryczna osoba do pomocy (bo w redakcji jest zawsze dużo pracy) - mimo to nikt nie zaryzykował podjęcia współpracy. Więc te badania to kolejny argument, że Impact Factor jest wskaźnikiem jakości - niedoskonałym, ale nie ma nic lepszego. Spójrzcie z perspektywy Anny O. Szust - myślicie, że ona chciałaby "kultu IF", czy też przyłączyłaby się do chóru jego przeciwników?

2. 
Dla nas lekcja jest taka: nie powinniśmy w ogóle uwzględniać żadnej listy B, C, D... w naukach biologicznych. Jak ktoś chce, to niech publikuje w Gościu Niedzielnym albo Wyborczej - jego sprawa. Po prostu tej części aktywności, podobnie jak spaceru z psem albo pastowania butów, nie zaliczamy do działalności naukowej. Będzie prościej (odpadnie część sprawozdawczości) i lepiej (odpadnie sklejanie punkcików z wielu niskiej jakości czasopism). Eksperyment wrocławsko-poznański pokazuje, kto w tych czasopismach może pilnować jakości...

3. 
Istnienie nieuczciwych periodyków jest zjawiskiem naturalnym i - paradoksalnie - pozytywnym. Powstawanie takich czasopism-oszustów pokazuje, że istnieje silna presja na naukowców, żeby publikowali. I tak być powinno! Wobec tego, ci którzy nie potrafią/nie chce im się/nie mają talentu, szukają innych miejsc niż lista JCR, próbują obejść dobrze na ogół działający system kontroli jakości, są gotowi płacić by publikować w słabych czasopismach, bo nikt nie chce ich prac w tych dobrych i - najczęściej - bezpłatnych. Więc istnienie tych czasopism-drapieżników pokazuje, że system działa, że granica jest szczelna, a miernoty kłębią się dociskane do tej granicy przez wymagania pracodawcy i szukają drogi wyjścia. Gdyby takich czasopism nie było, albo gdyby nagle zniknęły, powinniśmy się zacząć martwić. A skoro są, to jest dobrze.

4.
W eksperymencie przewija się kwestia Open Access. Wydaje mi się zasadne podsumowanie, że OA nie gwarantuje niczego w kwestii jakości (podobnie jak w kwestii cytowalności), natomiast może napędzać autorów czasopismom o wątpliwej jakości i z pewnością transferuje dużą forsę z budżetu do wydawców. Jak dla mnie kolejny powód, by na modę OA spoglądać z rezerwą. 

5.
Uwaga nieco bardziej z perspektywy wolnościowej: nic z tym zjawiskiem nie trzeba robić. Funkcjonowanie słabej jakości czasopism nie jest żadnym problemem i nie wymaga ingerencji. Podobnie jak funkcjonowanie słabej jakości uczelni. Jeśli będziemy mieć system naukowy, w którym wygrywa jakość (moje hasło: płacimy za efekty), to nie musimy się zajmować żadnym uzgadnianiem stopni, żadną akredytacją, nie musimy tworzyć rządowych agencji weryfikujących jakość nauczania itp. Co z tego, że gdzieś w Indiach czy Brazylii istnieją takie czasopisma? Jeśli ktoś chce w nich publikować, proszę bardzo. Jeśli ktoś chce, to może swoje przemyślenia drukować i kserować - z kserokopiarkami też będziemy walczyć? Jasne i ostre kryteria awansu naukowego i płacenie ludziom za efekty likwiduje potencjalne zagrożenie. Więc konkluzja taka jak zawsze: musimy rozliczać efekt, a nie regulować zasady osiągania efektu.

6. 
Jeszcze jedna rzecz: w nauce jakość utrzymuje się samoistnie, a często wbrew ingerencji ze strony państwa. Widzę to tak: redaktorzy czasopism, recenzenci i autorzy sami dbają o jakość nauki, sami stworzyli zewnętrzny i międzynarodowy system oceny (ISI, Scopus, H, IF, cytowania, i inne), sami eliminują słabych zawodników (recenzje). Natomiast największym zagrożeniem dla nauki jest ingerencja polityczno-państwowa. W Polsce to rząd utrzymuje na etatach tysiące O.Szustów, którzy na wolnym rynku naukowym nie mogą się przebić, ale mając umowę bezterminową, zagwarantowany pokój i komputer, oraz pieniądze z budżetu na Open Access w słabych czasopismach, nadal jakoś w systemie funkcjonują i napędzają inflację nauki. Płaćmy za efekty, a O.Szuści sami znikną.

Michał Żmihorski

30 komentarzy:

  1. Sugerowany podział pomiędzy dobre czasopisma z IF a złe OA jest bez sensu. Czasopisma z IF mogą być OA a w ten sposób są 2 zbiorach jednocześnie.
    OA materiały mogą być zarówno bardzo złe jak i bardzo dobre. OA nie ma nic (lub bardzo mało) wspólnego z jakością czasopisma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadza się, nie miałem takiej intencji by przedstawiać OA vs IF. Chodziło mi o odniesienie się do tej OA-owej histerii panującej ostatnio w środowisku naukowym.

      Usuń
  2. Wydaje się, że wiele osób w naszym kraju zalicza się do kategorii stworzonej na potrzeby eksperymentu. Ale faktem jest że większość OA lub nawet wszystkie, w zależności od dyscypliny są dobrymi czasopismami. Ale słuszna uwaga (konkluzja) Pana Michała odnośnie czasopism z IF, które mają jakość samą w sobie. Przykladem dobrym jest PEERJ, które jest open access, a teraz po chyba 2 latach od startu ma IF. Tutaj mieliśmy przykład Anny O., a jak jest z osobami, które mają habilitację opartą na publikacjach z listy B. To też w pewnym stopniu osoby oszukujące system.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bez sztucznego eksperymentu można wykazać cały idiotyzm fetyszyzacji IF w nie biotech i med dyscyplinach. Podaję własne doświadcznie z recenzjowaniem - artykuł przeze mnie odrzucony na podstawie merytorycznej wzmocnionej argumentem 80% tekstu to dosłowna kopia z innych publikacji ukazuje sie miesiąc później w czasopiśmie za 35 kudryków w stylu szatniarza z misia (i co mi zrobisz jak wysłałem równcześnie do kilku czasopism). BTW drugi recenzent odesłał go do poprawy więc beze mnie miał szanse ukazać się w kolejnej iteracji chociaż nie wnosił dokładnie nic.
    I jakoś nie tak daleko ode mnie w tych 35 kudrykach ludzie powsadzali punktozę bo 8 lat leci i trzeba się wykazac w okresowej.
    SIF IFem a IF SIFem pogania.
    A iz tymi IFami (SIF to polska specialite de la maison) to jakos biologom też nie podrodze w świecie Nauki skoro inicjatorem deklaracji DORA było American Society for Cell Biology (ASCB) together with a group of editors and publishers of scholarly journals.
    Świat pcha Naukę do przodu, a my ustalamy rankingi wg SIFów i jesteśmy z tego dumni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się zdarzyło coś podobnego, oczywiście zasugerowałem odrzucenie za plagiat. Tekst przeszedł. Tyle dobrego, że usunęli wątpliwe fragmenty i dodali brakujące cytowania, ale niesmak pozostał. Oraz silne postanowienie, że dla tego pisma nie będę już recenzował, bo szkoda czasu. Nie wiem tylko, czy na podstawie jednostkowych przypadków można generalizować.

      Usuń
  4. Zdzislaw M. Szulc27 marca 2017 19:36

    Cos mi wyglada, ze stworzenie tytulowej postaci,stwarza juz problem(y) na stronie jednego z Autorow omawianego tu tekstu (http://ekulczycki.pl/teoria_komunikacji/uwazajcie-na-oszustow-w-czasopismach/ )..? Zamieszczone tam komentarze ( w tym 2 moje) sa juz niedostepne/nie otwieraja sie...od reki? Jest ich tam za "duzo" (119) , czy tez Autor tego bloga "przerazil" sie ich tresci/konsekwencji...? Historia/dane do wgladu/ zaswiadczaja,ze jest latwiej (bezpieczniej) rozpracowac i wykazac wystapienie nierzetelnosci/oszustwa w danej publikacji (doprowadzajac do wycofania danago artykulu!) niz "zabrac sie" za "dzialalnosc" wybranych... czasopism..?! Przyklad do wgladu:< http://www.smh.com.au/national/health/how-sydney-cancer-scientist-jennifer-byrne-became-a-research-fraud-super-sleuth-20170125-gtycpw.html >

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdzislaw M. Szulc27 marca 2017 19:46

    Korekta do uprzedniego mojego wpisu.Komentarze juz sie otwieraja (3/27/2017; 1:41PM) lecz Autor w/w bloga nie bierze, od dluzszego czasu, udzialu w dyskusji//wogole nie odpowiada na krytyczne komentarze...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to "od dłuższego czasu"? Przecież powyżej jest moja odpowiedź na jeden z komentarzy. Czekam aż może jeszcze ktoś coś dorzuci.

      Usuń
    2. Zdzislaw M. Szulc27 marca 2017 22:56

      @Michał Zmihorski.Pan mnie zle zrozumial. Moja powyzsza korespondencja/uwagi /dotycza wylacznie bloga prowadzonego przez Dr Emanuela Kulczyckiego (http://ekulczycki.pl/ )!

      Usuń
  6. Mateusz Ciechanowski27 marca 2017 22:59

    Kompletnie nie masz racji, jeśli chodzi o listę B. Jeśli robisz cokolwiek o znaczeniu ponadregionalnym, mogącego zainteresować wszystkich na całym świecie, to oczywiście nie ma żadnego sensu publikować w czasopismach z listy B. Albo to co odkryłeś nadaje się do czasopisma z IF, albo nadaje się do śmietnika, to prawda. Ale biologia środowiskowa produkuje jeszcze inny rodzaj danych - te o znaczeniu regionalnym czy lokalnym. Przede wszystkim opracowania faunistyczne i florystyczne, a także związane z tymi antycznymi dziedzinami notatki donoszące o ciekawych stwierdzeniach różnych taksonów, zwłaszcza tych rzadkich. Dane te są niezbędne dla lokalnej ochrony przyrody i lepiej żeby nie zostawały w różnych opracowaniach czy ekspertyzach w maszynopisie, poza tym przydają się i w "Nauce przez Duże N", choćby w biogeografii, gdzie robi się np. modelowanie w MaxEncie i potrzebujesz jak najwięcej "presence-only data" żeby nakarmić model. Uważam, że każdy przyrodnik, nawet jeśli publikuje na co dzień w Nature, a jak mu się znudzi - to w Science, powinien publikować takie dane, jeśli je ma, nawet zebrane przy okazji, gdy był w terenie, gdzie robił swój wypasiony eksperyment, mający przetestować Wielką Ostateczną Hipotezę i przy okazji znalazł stanowisko rzadkiego gatunku, nienotowanego dotąd w tym regionie geograficznym. I dobrze, że są takie czasopisma, jak Chrońmy Przyrodę Ojczystą, Ornis Polonica czy Wiadomości Entomologiczne, gdzie się publikuje albo taką drobnicę, albo duże opracowania fauny motyli czy nietoperzy jakiegoś rezerwatu, interesujące co najwyżej Polaków. I dobrze, że system - coraz bardziej gardzący takimi pracami - daje za nie choć kilka punktów. Nie twierdzę, że na czymś takim dzisiaj można zbudować sobie poważny dorobek naukowy, ale takie badania są nadal bardzo cenne i trzeba je szanować. Wiem też, że takie prace coraz częściej są realizowane przez dobrze wyszkolonych amatorów czy pracowników różnych organizacji i instytucji przyrodniczych, które nie mają ciśnienia na wielkoimpaktfaktorową naukę (a żadnych list czy punktów nie potrzebują), ale jeśli poważni naukowcy na boku czymś takim też się zajmują - bardzo dobrze, trzeba do tego zachęcać. Jeśli mamy dwie osoby z publikacjami w Nature, a jedna z nich dodatkowo znalazła czas, żeby napisać o florze rezerwatu Pipidówka Górna koło Pcimia do Chrońmy, to jest zwyczajnie lepszym naukowcem i lepszym przyrodnikiem. I właśnie do takich prac potrzebne są czasopisma z listy B, jak wyżej wymienione. Są zwykle porządnie recenzowane, porządnie redagowane a czasem i ładnie wydawane. Mieszanie ich istnienia z istnieniem "predatory journal" to potwarz. "Predatory journals" powinny być zaorane do gołej ziemi, to co się w nich ukazało - nie liczyć się do żadnego dorobku, nawet na uniwersytecie w Królestwie Tonga, ba, za publikowanie w takich miejscach naukowcy powinni być karani. I oczywiście nikt nie powinien cytować takich gówien.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mateusz Ciechanowski27 marca 2017 23:00

    Moim zdaniem lista B jest nawet zbyt krótka, obejmuje wyłącznie czasopisma polskie, tymczasem jest mnóstwo dobrych, często publikujących całe prace po angielsku, lokalnych czasopism faunistycznych i florystycznych z innych krajów, za które nie ma w Polsce ani pół punktu. Są to np. czeskie "Vespertilio" i "Lynx" (teriologiczne), holenderska "Lutra" (teriologiczne), chorwacka "Natura Croatica", słoweński "Acrocephalus" itp., część z nich jest open-accesowa w ogóle i jeszcze równolegle je drukują w papierze. Bardzo fajne do publikowania różnych lokalnych doniesień.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mateusz Ciechanowski27 marca 2017 23:03

    Ale w dzisiejszych czasach habilitacja oparta na czasopismach z listy B to kpina. Jak rzekłem - to nie są czasopisma do budowania poważnego dorobku. To są NIEZBĘDNE czasopisma do publikowania cennych, ale lokalnych danych przyrodniczych.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mateusz, przyznaję Ci rację, że informacje publikowane w tych czasopismach są cenne (z resztą sam mam publikacje w wielu takich czasopismach). Natomiast nieuwzględnianie listy B, C,... w ocenie pracowników i jednostek nie oznacza wcale, że nie można tam publikować. Jeśli ktoś zebrał materiał, który uważa za cenny, to zaprzeczyłby sam sobie i zakwestionował sens swojej pracy, gdyby jej nie opublikował. Po co mu do tego zachęta ze strony ministerstwa?

    Z resztą lista B w ogóle praktycznie nie jest uwzględniana w ocenie jednostek - przecież większość jednostek naukowych biologicznych wystawia do oceny (zasada 3N) artykuły z czasopism za 20-30 punktów w górę, nawet te z dołu listy JCR nie są na ogół uwzględniane, a co dopiero mówić o liście B. I jakoś od tego nie znikają czasopisma lokalno-faunistyczne.

    Pytanie kolejne jest szersze: jaką naukę chcemy mieć? Albo inaczej: gdzie jest granica nauki? Czy stwierdzenie "widziałem gatunek A w miejscu X" jest już nauką? Nie twierdzę, że to nie jest cenna wiadomość, ale też czuję pewną wątpliwość, gdy wszystkich wrzuca się do jednego wora. Może nie ma co udawać, że to wszystko jest równie odkrywcze, może warto nazwać prace pół-techniczne po imieniu, docenić ich znaczenie płacąc tym specjalistom odpowiednio, ale też przestać wymagać od nich impaktów i tzw rocket science?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest liczona w ocenie jednostek, ale jest w ocenie pracowniczej. Mało, bo mało, ale jest. Lista B jako dodatek, plus ta bardzo skromna zachęta punktowa, są dla mnie OK, chociaż nigdy nie publikowałem w takim piśmie - w mojej działce raczej nie bardzo jest co.
      Łukasz

      Usuń
  10. Mieszacie różne problemy, podobnie zresztą jak i grupa E. Kulczyckiego, która może miała i dobre intencje, ale wnioski płynące z ich prowokacji nie są takie oczywiste. Pomijam kwestie prawne i etyczne, bo oni się mocno zabezpieczali, ale widać i tak sporo osób ma wątpliwości.
    Jest wiele powodów, dla których pewne tytuły są na liście JCR, a inne nie. Nie zawsze jest to kwestia tylko jakości. Wiadomo, że pewne dziedziny są preferowane na JCR, a inne wręcz pogardzane (np. biologia molekularna to ma chyba 80% tytułów na JCR, a taksonomia może 10%). Znam problemy z wejściem na listę JCR kilku redakcji z Polski i dwóch krajów spoza i kryteria stosowane przez Thomsona były co najmniej tajemnicze (ciekawe, czy Chińczycy jako nowi właściciele ustala jakieś bardziej przejrzyste kryteria).
    Z kolei część predatory journals próbuje agresywnie wejść na rynek i zdobyć przyczółek, aby w końcu znaleźć się w uprzywilejowanej grupie JCR. Przecież PlosOne na początku też był takim predatorem, gdzie za kasę można było opublikować wszystko, a dzisiaj na naszej liście to wysoko punktowany tytuł z JCR. Niestety, część (spora) predatory journals to cwaniacki sposób na wyciąganie kasy od zdesperowanych autorów. Jest to efekt polityki neoliberalnej tworzenia z nauki towaru w stylu wszystko na sprzedaż. W naukach biologicznych czy medycznych tytułów na JCR jest sporo więc można wymagać od autorów, żeby się starali publikować w nich, ale popieram Mateusza, że jest sporo działalności w nauce, które nie wymagają publikowania w tytułach światowych (Michale, obserwacje faunistyczne to też nauka, choćby nie wiem jak zaprzeczać; bez materiału wyjściowego wiele działów biologii środowiskowej by nie istniało). W humanistyce czy szerzej pojętych Arts sprawa jest bardziej skomplikowana (blog E. Kulczyckiego ma więcej czytelników z tej grupy). Z ich prowokacji wyszło, że część predatory journals nie weryfikuje wpływających dokumentów. Czy to przekreśla wszystkie tytuły? Pewnie nie, tylko jak to zweryfikować. Autorzy prowokacji bojąc się pozwów sądowych nie chcą ujawnić listy tytułów, które się nabrały. Stawia to wielu autorów z grupy humanistycznej w trudnej sytuacji, bo dla nich publikowanie na JCR jest dużo trudniejsze niż dla nas biologów. Stąd takie zróżnicowanie opinii na blogu Emanuela.
    Sprawa awansów w nauce to odrębna kwestia. Czy oceniać liczbę uciułanych punktów, czy konkretne osiągnięcia. Nie zawsze jest to prosta korelacja. Byłem superecenzentem paru wniosków profesorskich w CK, gdzie całkiem niezły dorobek jakościowy był kiepsko ulokowany w tytułach, więc nie przekładało się to na wysoka punktację. Oba wnioski oceniłem pozytywnie i chyba tak zostało przyjęte. Byłem też w komisjach lub obserwowałem prace komisji habilitacyjnych w ostatnich latach, gdzie całkiem dobrze ulokowany punktowo dorobek nie przekładał się na pozytywną ocenę końcową (w dwóch przypadkach recenzenci wydali negatywne konkluzje, choć wnioski i tak przeszły większością głosów w komisjach).
    Jak część z was, na razie zbyt młodych prawdopodobnie by czynnie brać udział w takich ciałach oceniających, stanie osobiście wobec takich problemów to myślę, że nie będzie tak ostrych opinii jak na anonimowym blogu.
    Młody leśny dziadek

    OdpowiedzUsuń
  11. te różne problemy same się tu mieszają, nie sposób dyskutować tylko o jednym, szczególnie, że interpretacja tej prowokacji (przez media i komentatorów) idzie dość daleko - jako dowód że czasopisma działają źle. Tymczasem wg mnie jest właśnie odwrotnie - te z IF działają dobrze.

    Nie wypowiadam się też o znaczeniu IF w naukach humanistycznych (czy to w ogóle nauka, w sensie 'science'?) ale skupiam się na biologii. W zasadzie z powyższych wypowiedzi też nie płynie żadna konkretna krytyka dotychczasowego systemu. Mateusz stwierdził, w skrócie, że faunistyka tez bywa ważna, a Młody leśny dziadek, że trudno ocenić dorobek. Z obiema wypowiedziami się zgadzam (choć faunistyka jest przereklamowana), ale żadna z nich, razem z omawianą prowokacją, nie uderza jakoś znacznie w system IF/JCR, który uważam za niedoskonały ale najlepszy jaki mamy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Interpretacja eksperymentu opublikowanego w Nature jest dosyć oczywista i pokazuje, że impakt faktory recenzowanych czasopism z JCR to nie efekt przypadku, ale wysiłku naukowców. System ostrej selekcji działa. Jakim trzeba być abderytą, żeby twierdzić inaczej? Te wszystkie leśne dziadki próbują mydlić tutaj oczy taksonomią czy faunistyką, wypisują jakieś ciężkostrawne dla umysłu dyrdymały o nauce (może już najwyższy czas, żeby "Młody leśny dziadek" podpisał się w końcu prawdziwie jako "Stary leśny dziadek"?).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak ulżyć sobie z rana po nieprzespanej nocy. Czytam wpis MLD i jakoś nie mogę się dopatrzyć w nim dyrdymałów ani stwierdzenia, że IF jest efektem przypadku. Znowu, kolego, masz problem z czytaniem ze zrozumieniem.

      Usuń
    2. Przyglądam się tej dyskusji i widzę, że system punktozy triumfuje i oczywiscie, jak w kazdym "mainstreamie" muszą pojawiać się afery i przekręty. Inną legalną formą nabijania IF i punktów jest oparcie cytowań w czasopismie na tzw. "kręgu przyjaciół" (kilkadziesiąt osobników), którzy nawzajem się cytują i czasem dopisują do prac. Grupy te z umiłowaniem uprawiają też turystykę konferencyjną organizujac "spędy" w atrakcyjnych miejscowościach. I tak to się kręci, a przełomowych odkryć, teorii, zastosowań brak. Warto zdac sobie sprawę, że cytowania prac naukowych świadczą o "komunikowalnosci" tych prac, ich zasięgu, co jest cechą pozytywną (ale w nauce nie najważniejszą, podobną jak w relacjach miedzyludzkich posiadanie np. 1000 przyjaciół na Facebooku), niekoniecznie jednak świadczy o (to są te cechy ważniejsze) jakości i wpływie na rzeczywistość (tą poza czasopismami). Tutaj jakby szala przechyla sie w stronę labów wielkich firm biotechnologicznych, informatycznych i innych. Wydaje się, że ten system punktacji w nauce zaczyna się krecić wokół własnego ogona. Nie pisze tego dlatego, ze jestem faunsta, czy florysta (nie jestem), wrecz przeciwnie uwazam, że na pewnym podstawowym poziomie, jest on dobrym narzedziem do eliminacji leniów i nieudaczników w nauce.

      Usuń
  13. Małe uzupełnienie. Jak wiadomo nie ma listy Ż z kropką, ani nawet D. Lista C jest oparta na European Reference Index in the Humanities, sporządzonej jako inicjatywa European Science Foundation. Lista obejmowała wyłącznie czasopisma humanistyczne (bez nauk społecznych, co zwykle koledzy z NZ i ST uznają za tożsame) - stąd nie spodziewam się tam artykułów biologów. Czasopisma były skategoryzowane jako INT1 - górne 10% czasopism w dziedzinie, INT2 - kolejne ca 15 pktów procentowych i NAT - zasadniczo pisma lokalne, te ostatnie faktycznie o dość różnym kalibrze (cięższym i lżejszym), w każdym razie jeśli chodzi o czasopisma polskie. Z tym, że ten podział nie opierał się na IF, tylko na peer-review.

    OdpowiedzUsuń
  14. Powiedzmy że mając informacje z kręgów bliskich do autorów dyskutowanego artykułu powiedziałbym, że interpretacja uzyskanych wyników przez autora blogu jest bliska (ale nie taka sama) temu co myślą autorzy tekstu ;) Odpowiadając Panu Szulcowi - jako że jeden z autorów w różnych komentarzach dowiedział się w dwa dni ze malwersuje granty, ma nieetyczne układy w swoim instytucie, jest durniem, idiotą, złodziejem, pacanem itp. (obawiam się że inni autorzy przeczytali podobne wpisy) - tenże autor uznał ze nie warto obniżac sobie nastroju i czytac to wszystko ;))) bo po co?

    OdpowiedzUsuń
  15. Troche nie na temat, ale.. Krazy plotka, ze do dorobku w pozycji "mobilnosc" bedzie mozna sobie zaliczac cos takiego: prace zlecone (np. w ramach grantow) na innym wydziale na tej samej uczelni, w ktorej jest sie zatrudnionym. A to dlatego, ze przy roznych awansach (np. przy zdobywaniu stopni i tytulow naukowych) trzeba wykazac sie mobilnoscia. To na razie plotka (ale bynajmniej nie zart).

    OdpowiedzUsuń
  16. A tu kolejne 50 kudrykow (za 2016 r.) sie posypalo...
    7633
    LAND DEGRADATION & DEVELOPMENT
    1085-3278
    50
    http://retractionwatch.com/2017/04/07/another-editor-resigns-journal-hit-citation-scandal/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taa, tylko należałoby wspomnieć, że w większości naszych "Zeszytów z Koziej Wólki" redaktorzy postępują w identyczny sposób, a nawet znacznie mniej wysublimowany sposób sugerując cytacje swoich własnych artykułów.

      Usuń
    2. Tak, ale przekret Przegladu Technicznego (wypadl z JCR, ale wczesniej zadecydowal o kategoriach i kasie z dotacji w poprzedniej ocenie parametrycznej) to jest lokalny. Bylo tez drzewiej polskie czasopismo matematyczne za max 36 kudrykow, niechlubnie cytowane w artykule 'Nefarious Numbers'. Mamy oficjalna panelowa wypowiedz na konferencji w Poznaniu Janusza Bujnickiego (notabene czlonka Komitetu Polityki Naukowej), ze publikowal duzo (zbyt przyczynkowo?) by zmaksymalizowac ocene parametryczna podobno sztandarowego polskigo instytutu naukowego. To jeszcze pikus. Mamy "mlodych fanow" SIFow, IFow, ktorzy uwazaja, ze jak je uciulaja to oni juz wielcy naukowcy per spe sa i stopnie i tytuly im sie naleza jak psu buda. A najsmutniejsze jest to, ze wlasnie ta grupa podobno (ramie w ramie z rektorami) jest w sporej opozycji do potencjalnych reform ministra Gowina. To jest grupa, ktorej Nauka nie interesuje tylko wlasny awans, pozycja, grantoza na lokalnym podworku w piatej setce rankingow lub gorzej. Uczelnie juz dawno wpadly w scezke sredniego rozwoju a czesc "mlodych wilkow" uwierzyla, ze naukowcami sa. Polecam w tym kontekscie swietny komentzra dalalaty u habila: "

      dala.tata

      I jeszcze dodam, ze podobnie jak cowell uwazam, ze bardzo dobrze, ze recezentka zwrocila uwage na kontekst, w ktorym habilitatnka funkcjonuje (ministerstwo i uczelnia). I jesli kogokowliek, to wlasnie na nich powinna ona skeirowac swa wscieklosc.

      Przeciez, jak sadze, habilitantka sama nie wpadla na 'genialny' pomysl habilitowania sie 4 lata po doktoracie. Ja ktos utrzymywal w przekonaniu, ze ona jest swietna i rozpedzal na swietlanej dordze kariery naukowej. Tylko ze po chwili okazalo sie, ze droga wiedziec wprost na mur, w ktory habilitantka walnela calym tym pedem.

      I mowiac szczerze, 'ktos' tam powienien popatrzyc w lustro z duzym niesmakiem do siebie. bo to ten 'ktos' jest po czesci odpoweidzialny za to co sie stalo. Co zreszta pokazuje, ze mentoring itd. moga miec swoje konsekwencje. i to czasem bardzo negatywne.
      2017/04/07 18:24:31 "

      Usuń
    3. Uzupelniam - tym murem dla polskich naukowcow sa granty ERC... Tyle, ze malo kto w ogole probuje sie do niego zblizyc dopoki pieniadze w kraju leza na podlodze i wystarczy sie po nie schylic. Czekam z niecierpliwoscia kiedy kontrola wyplat z grantow w instytutach PAN rozciagnie sie na uczelnie...

      Usuń
    4. Jest dość proste wytłumaczenie dlaczego granty JCR nie cieszą się popularnością wśród polskich naukowców. I tak, aby dostać grant JCR dla ambitnych postdoców, trzeba się wykazać s a m o d z i e l n y m i publikacjami na wysokim poziomie (nawet nie chodzi o punkty, ale o jakość i odkrywczość badań). Cóż, znajdźcie prace w dobrych czasopismach autorstwa świerzego doktora, do któreych nie dopisałby się profesor-promotor. Sa to bardzo żadkie przypadki, naogół przecież takie prace służą do nabijania punktów promotorowi (niezbędnych np. dla profesury belwederskiej). Dlaczego zaś aplikacji nie składają "doświadczeni badacze"? Odpowiedź jest wyżej zawarta. A po co, skoro do awansu potrzeba punktów, a tych dostarczają doktoranci i "wyhodowane" postdoki. I to jest właśnie "Polska Nauka".

      Usuń
    5. Anonimowy z 16:15. Być może masz rację, ale twoje błędy ortograficzne są tak rażące, że chętnie dałbym Ci w p..k.

      Usuń
    6. Naprawdę wstyd mi... k.p.w.

      Usuń