niedziela, 27 marca 2016

Wieloetatowość, czyli wróg klasowy

Jednym z przepisów na uzdrawianie nauki w Polsce jest konieczność walki z wieloetatowością. Wieloetatowość, a więc zatrudnienie się naukowca równocześnie w kilku jednostkach naukowych (powodowane, jak wiadomo, czystą chciwością, gdyż 2000zł/mc w PAN w pełni wystarcza na dostatnie życie), jest powszechnie uznawana za przyczynę nędznej kondycji polskiej nauki. Nie dziwi zatem fakt, że metody  zwalczania tego zjawiska budzą żywe zainteresowanie kolejnych ministrów. Zwalczanie wieloetatowości pojawiło się jako jeden z punktów reformy nauki prof Kudryckiej - ewentualna wieloetatowość wymaga zgody rektora, podobnie jak samozatrudnienie się naukowca we własnej firmie, a podjęcie takiej inicjatywy bez stosownej zgody może skutkować wyrzuceniem z roboty! Co ciekawe, również Obywatele Nauki podchwycili ten ton i piszą w swoim Pakcie dla Nauki (strona 29):

"Należy zupełnie wykluczyć możliwość wpisywania jednej osoby do minimum kadrowego więcej niż jednej jednostki. Takie łączenie etatów to patologia, od której należy odchodzić."

Moim zdaniem cała ta walka z wieloetatowością jest czystą bzdurą (na marginesie: pojęcie "walka" każdy Polak może sobie wpisać do życiorysu, bo nasza władza, od kilkudziesięciu już lat, nieustannie z czymś walczy, zamiast organizować normalne warunki do rozwoju. Kiedyś mieliśmy walkę z imperializmem, sabotowaniem produkcji sznurków do snopowiązałek i karłem reakcji, dziś z bezrobociem, korupcją, szarą strefą...). Jest to klasyczny przykład chorego podejścia do leczenia nauki: zamiast promować pożądane efekty (publikacje, wdrożenia, patenty), opisywana jest szczegółowo droga dochodzenia do sukcesu, a więc na setkach stronic wyłuszczone jest co, jak i kiedy wolno, co trzeba, a czego nie należy itd. W kraju, w którym od ponad 200 lat (z krótką przerwą) sportem narodowym (i biologiczną koniecznością) jest omijanie narzuconych regulacji, daje to zerowe efekty, szczególnie że te regulacje często są "z kosmosu". Z resztą daje to zerowe efekty również dlatego, że równanie na sukces (którego elementem jest walka z wieloetatowością) siłą rzeczy jest niedopasowane do indywidualnych potrzeb, sytuacji losowych, specyfiki różnych poddziedzin nauki itp.

Dlaczego wieloetatowość nie jest problemem? Może posłużmy się przykładem: jaka polska uczelnia/instytut PAN nie chciałby zatrudnić u siebie na etat profesora Hanskiego, z zastrzeżeniem, że będzie on też trochę pracował w Helsinkach? Abstrahując od arealności przykładu, przecież szczytem głupoty byłoby odmówić, uzasadniając decyzję zwalczaniem wieloetatowości. Czy od dopuszczenia takiej ćwiartki etatu psuje się w Polsce nauka? Jasne jest, że nie i ćwierć etatu dobrego naukowca jest więcej warta niż pełne etaty setki miernot spędzających w swoich gabinetach 40 godzin tygodniowo. Oczywiście nie "łączenie etatów jest patologią", tylko tolerowanie nieróbstwa i prawo pracy (umowy bezterminowe), uniemożliwające wywalenie na zieloną trawkę nierobów okupujących uczelniane katedry. Jeśli ktoś jest na jednym etatcie, a nic nie robi, należy go z pracy wyrzucić, jeśli natomiast jest na pięciu etatach, a pracuje solidnie, należy się od niego odczepić: nie N-etatowość jest ważna, tylko efekty pracy. Zadziwiające jest, że niezgłoszona wieloetatowość jest podstawą do wyrzucenia z pracy (w myśl zasady, że im ktoś więcej pracuje tym ma w tym kraju trudniej), a jawne nieróbstwo (udokumentowane żenującym rekordem na Scopusie) niemalże przepustką do awansu... Wieloetatowość jest często zjawiskiem dobrym, umożliwiającym zacieśnianie współpracy, tworzenie międzyjednostkowych grup naukowych, które pracują bardzo wydajnie.

Myśląc na temat wieloetatowości podczas czekania na kawę w lunch-roomie na SLU zrobiłem telefonem kilka zdjęć leżącego tam zeszytu Nature. Czy te publikcje (zdjęcia poniżej), w których niektórzy autorzy mają nawet po sześć afiliacji, są właśnie przykładem "patologii od której należy odchodzić"?











Michał Żmihorski
 

22 komentarze:

  1. Myślę, że szczytem absurdu przytoczonego powyżej jest konkurs Polonez, organizowany przez NCN. Jego celem jest zachęcenie zagranicznych naukowców do pracy w Polsce. NCN miał ambitny plan, że będą to wybitni naukowcy, ale potem się z tego po cichu wycofał. Oczywiście problem tkwi(ł) w tym, że potencjalny laureat musiał całkowicie zrezygnować z pracy w innych jednostkach poza Polską. Mało tego, możliwość kontaktów zagranicznych (np. podróży) została w tym konkursie mocno ograniczona. Nie chcę być złośliwy, ale już widzę tłumy tych wybitnych naukowców, którzy zazwyczaj uwikłani są w sieć różnej współpracy, że rzucają wszystką, zrywają kontakty i aplikują o dwuletni etat w tym kraju mlekiem i miodem płynącym.... Toż to kompletna durnota była już od samego początku. Tym samy konkurs Polonez stał się atrakcyjną ofertą dla przeciętnych postdoków albo znudzonych życiem profesorów z Białorusi, Grecji lub Hiszpani, którzy zapragnęli przeżyć przygodę życia. Mało tego, NCN naściąga teraz tych przeciętnych ludzi do Polski, płacąc im pensje profesorskie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to nadal funkcjonuje na podobnych zasadach?

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że Polonez NCN jest wzorowany na International Fellowship w ramach MSCA i tak jak IF jest typowym post-dokiem. Czyli skierowany (głównie) do osób, które są tuż po doktoracie i nie dotyczy ich raczej konieczność rezygnacji z etatu. Patrząc na wyniki przedostatniego konkursu IF, gdzie w Polsce realizowanych jest jedynie 5 projektów (na ponad 1000), być może taki konkurs ma sens. Warto z oceną poczekać na wyniki pierwszego konkursu, ja bym go z góry nie przekreślał. Pewne rozwiązania o których wspomniał Anonimowy są istotnie słabe, ale podoba mi się że nie skopiowano założeń IF, gdzie główny nacisk idzie na rozwój nowych umiejętności

      Usuń
  2. To nie wieloetatowość jest problemem a brak dobrych, rzetelnych mechanizmów kontroli wydajności naukowca. Zgadzam się, że osoba nie radząca sobie ze swoimi obowiązkami w jednej jednostce - powinna być nawet prawnie zobowiązana do trzymania się jednego etatu, w jednym miejscu. Ale dlaczego ktoś, kto super odnajduje się w zarządzaniu projektami w różnych jednostkach, kto nie ma nic przeciwko wyjazdowemu życiu - w dodatku ktoś, kto generuje z tego super output naukowy, podnosząc pozycję obydwu jednostek - dlaczego takiemu komuś mamy zabraniać takiego trybu pracy? Założenie z automatu, że wieloetatowcy chcą tylko się nachapać jest idiotyczne - zwłaszcza w dobie multum konkursów, gdzie starając się ich o kilka na raz, a nawet dostając ich kilka na raz - nie chcemy rezygnować z jednego na rzecz innych. Wiem, co mówię, sam byłem w podobnej sytuacji i bardzo mi takie wyjazdowe/wieloetatowe życie dużo dało, a ja dzięki niemu sporo dałem więcej niż jednej jednostce naukowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w pełni się zgadzam - i zwróć uwagę, że to się sprowadza do jednego zalecenia: kontrolujmy output naukowy ale odczepmy się od sposobu pracy (który zawsze jest indywidualny). Tymczasem w PL jest dokładnie odwrotnie, czyli output jest nieważny (i nawet nie umiemy go dobrze oceniać), byle byś się podpisał na liście obecności, odbył odpowiednie szkolenie BHP, zrobił badania lekarskie, itd...

      Usuń
  3. Dużo tu nieporozumień. W szczególności fragment z ON dotyczy nie zatrudniania, a minimum kadrowego, a więc dydaktyki. Może tu nikt tego nie pamięta, ale to była [rawdziwa plaga lat 90tych - profesor aktywnie "działający" na 5 uczelniach. Minimum kadrowe dotyczy tego, żeby przyszli magistrowie mieli się od kogo uczyć. Jeśli w ogóle chcemy mieć intytucję akredytowanych kierunków, to nie powinno się nikogo liczyć 2 razy do minimum kadrowego. Teraz co do wielokrotnych afiliacji - wiele z tych przykładów dotyczy USA i afliacji w różnych jednostkach _tego_samego_uniwersytetu_. (np. pierwszy autor pierwszej pracy). To się bierze z tego, że często uczelnie dają jeden etat łączony pomiędzy wiele jednostek. Ten pierwszy autor to zapewne post-doc i jeśli ktoś tutaj myśli, że on odbiera 5 pensji miesięcznie, to chyba nie był nigdy na Stanfordzie i nie rozmawiał z post-docami, którzy muszą żyć w krzemowej dolinie za stypendium dużo poniżej tamtejszej średniej płacy.

    W Polsce etaty czysto naukowe istnieją w zasadzie tylko w jednostkach PAN i tam nie potrzeba takiej zgody rektora, ale jeśli ktoś ma etat naukowo-dydaktyczny na uniwersytecie, to ja uważam, że obecne przepisy, które zobowiązują do deklaracji drugiego etatu i formalnej zgody rektora są OK.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bartek, nie chodzi o to, czy odbiera 5 pensji, tylko właśnie o to, żeby się tym nie interesować, bo to nieważne. Ten pierwszy to być może post-doc, a być może nie, w większości z tych prac nie tylko pierwszy ma kilka afiliacji, no i nie wszystkie są z USA, więc tutaj mamy różne układy. Tak czy inaczej, ważna jest produkcja naukowa, a nie rodzaj umowy. Rozumiem nawet, że jakiś uniwersytet sobie wprowadzi wewnętrzne przepisy regulujące tę kwestię w ten czy inny sposób, ale po co te detale są regulowane na poziomie ustawy? W ogóle do Konstytucji to wpiszmy...

      Usuń
    2. Jestem zaskoczony (dosc negatywnie) sposobem, w jaki p. Michal Zmihorski porusza te sprawy. Natomiast dobrze ten problem nawietlil p. Bartek Wilczynski. W akcji prowadzonej przeciwko pladze wieloetatowosci tak naprawde nigdy nie chodzilo o czepianie sie mlodych doktorow z malymi dziecmi na wychowaniu i siedzacych po uszy w kredytach. Chodzilo glownie o srodowisko profesorskie, ktore stosujac srodki administracyjne wymuszalo wielokrotne zatrudnianie osob z tej grupy. Mialo to kilka fatalnych nastepstw: blokowanie etatow ludziom mlodym, robienie sztucznych przeszkod w procedurach habilitacyjnych (aby bylo jak najmniej uprzywilejowanych) oraz zupelna rezygnacje z walki o srodki dla calego srodowiska akademickiego (dostep do wiekszych byl mozliwy poprzez dzialania np. w Sejmie, tylko trzeba bylo chciec). To byly naprawde mega-patogogie. Jestem zaskoczony powierzchownym podejsciem do tematu przez p. M. Zmihorskiego.

      Usuń
    3. Anonimie, rozumiem, że "W akcji prowadzonej przeciwko pladze wieloetatowosci tak naprawde nigdy nie chodzilo o czepianie sie mlodych doktorow", ale jest właśnie odwrotnie - sam kiedyś pracując w PAN, zarabiając na rękę 2050zł, musiałem prosić dyrekcję o zgodę na równoległe zatrudnienie (które, nawiasem mówiąc, nie kolidowałoby z pracą naukową, a wręcz umożliwiło dostęp do fajnego materiału) i nie dostałem takiej zgody. Takie są realia i realia właśnie krytykuję na tym blogu. Dobre chęci - wiadomo, są dobre, ale jest nimi wybrukowana droga w dół...
      Po drugie, co do tych etatów - znowu wracamy do głównego problemu, jakim jest brak oceny za działalność naukową pracowników uczelni/PAN. Jeśli profesor jest zatrudniony na 5 etatach, to mamy do wyboru tylko dwie opcje:
      A. pracuje tyle lub więcej, co 5 różnych osób, które mogłyby być zatrudnione na jego miejsce,
      B. pracuje mniej niż te 5 osób.
      Jeśli A to nie ma problemu z blokowaniem etatów, bo blokując 5 etatów daje output np. z 7 etatów, więc de facto daje 2 etaty gratis swojej jednostce. Jeśli B, to uczelni bardziej opłaci się go zwolnić (lub zmniejszyć mu liczbę etatów) by zatrudnić nowych pracowników na jego miejsce. Niezależnie od scenariusza, to nie liczba etatów jest problemem, lecz brak oceny wydajności pracy pracowników naukowych. Przykład realny z biologii w PL: jeśli jeden profesor ma w swoim dorobku 175 prac, a inny (w jego wieku) 3 prace, to ten pierwszy może mieć 50 etatów, a i tak jego średni output/etat będzie wyższy niż tego drugiego!

      Poza tym, jeśli ktoś nie pracuje, to nie powinien zajmować nawet jednego etatu. Irytuje mnie po prostu brak logicznego podejścia do tych spraw, i nieustanne manipulowanie przepisami w poszukiwaniu idealnego rozwiązania, zamiast skupienia się na tym co najważniejsze - czyli na efektach pracy.

      Usuń
    4. Wieloetatowość rzadko odnosiła się do pracy naukowej, w większości przypadków raczej do dydaktyki. W minimum kadrowym można było się wpisywać tylko w jednej jednostce. Była plagą w humanistyce, w mniejszym stopniu w naukach przyrodniczych. Dzięki niej mogły powstawać liczne prywatne uczelnie, nastawione często tylko na kasę, przy słabym poziomie dydaktycznym. Na naszym wydziale było kilkunastu dwu-etatowców i ani jeden powyżej tej liczby. Dominujący model to stanowisko w PAN i u nas przy czym minima kadrowe rozkładały się podobnie: połowa za 1 miejsce zatrudnienia miała PAN, połowa uniwersytet. Jedna osoba była rektorem innej uczelni niepublicznej. Problemem była afiliacja, wydział grzecznie prosił aby rozkładać afiliację w publikacjach mniej więcej fifty-fifty ale bez przymusu. Nie był to znaczący problem na tle ogólnej produkcji wydziału. Pracowników z PAN-u zatrudniano głównie na stanowiska kierowników zakładów, kiedy z powodów losowych (np. nagłej śmierci poprzednika) brakowało samodzielnych pracowników naukowych do obsadzenia wakatu. Tylko do jednej osoby (tej rektorskiej) można mieć pretensje, że jej dwuetatowość wpływała na obniżenie produkcyjności naukowej, ale to jest profesor mianowany i praktycznie nie do ruszenia.
      Ciekawe, że nikt nie zwraca uwagi na ukrytą wieloetatowość, która dotyczy głównie młodszych pracowników naukowych w biologii. Chodzi o dorabianie w monitoringu środowiskowym. Obserwuję, że dla wielu moich kolegów jest to główne zajęcie zarobkowe, dodatkiem jest praca na uczelni. W większości przypadków (tylko jeden jest wyjątkiem) bardzo to wpłynęło na obniżenie produktywności tych osób, ale na pierwszy rzut oka bardzo wyraźnie dodatnio wpłynęło na ich status majątkowy.

      Usuń
    5. do p.Zmihorskiego. W polskim srodowisku akademickim jest jest od zawsze ta sama logika. Profesor (mianowany) moze robic co chce, albo nawet nic robic i jest OK. Pozostali musza ostro zasuwac, czesto za bardzo male pieniadze. Tego systemu szybko i prosto nie da sie naprawic. Co wiecej "naprawianie" faktycznie moze czesto uderzac bardziej w osoby ostro pracujace, niz w glownych winowajcow. Ale tak czy inaczej, wieloetatowosc jest patologia.

      Usuń
    6. Dobrze, czyli te papiery z Nature to jest właśnie obraz tej patologii, tak? Proszę być konsekwentnym i powiedzieć wprost - świat zachodu jest patologiczny, a my w naszym imperium wiemy jak być powinno!
      Z pozostałą częścią diagnozy się zgadzam :-)

      Usuń
    7. Oczywiscie, ze swiat Zachodu bywa patologiczny. Ostatnio np. sa przemiany wolnosciowe na Kubie i byl tam juz m.in. Prezydent USA. No swiat Zachodu poszedl za ciosem. Ostatnio w ramach promocji kultury Zachodu byl tam zespol Rolling Stones. A jak dla mnie,to oni zawsze byli troche menelami. W czasiu studiow wypilem wprawdzie pare flaszek przy ich muzyce, ale oceny co do ich calosci zachowania nie zmienie. Nie badzmy druga Kuba i nie kupujmy z Zachodu wszystkiego, jak leci.

      Usuń
    8. Fanie byłoby tak, jak pisze Anonimowy powyżej, żebyśmy nie musieli kupować od Zachodu wszystkiego jak leci. Problem w tym, że naukowo nie za bardzo możemy zaoferować coś więcej niż "Zachód". To tak jakbyśmy się upierali, że "disco polo" (rzeczywiście polski to produkt), jest lepsze niż Rolling Stones. Sorry, to ja już wolę chyba zrobić flaszkę, słuchając tego ostatniego, niż miażdżyć sobie mózg polską twórczością disco-science-polo.

      Usuń
    9. No dobra, proponuje kompromis. Niech ci "troche menelowaci" Rolling Stonesi zostana do flaszki (chociaz ja w sumie wole Phila Collinsa). Ale innych patologii, typu kobieta z broda juz nie importujmy aby przegonic nasze przasne disco polo (jakby co, to polecam "Ruda tanczy, jak szalona", w sumie calkiem niezly kawalek). Mowiac inaczej, jakies patologie sa wszedzie i trzeba jednak starannie ogladac to, co sie kupuje. Nie powinnismy brac wszystkiego.

      Usuń
  4. Świetne uwagi Panie Michale.

    Wieloetatowość w klasycznym wydaniu kojarzy nam się z wykładowcą, który bierze kilka pensji. Albo z naukowcem, który bierze jedną pensję, ale czas poświęca głównie na rozwój własnej działaności gospodarczej, czy pracy na drugim etacie (często poza nauką). Może też się kojarzyć z kimś, kto dużo pracuje w grantach, więc nie ma czasu na poważne traktowanie swojego głównego miejsca pracy. Wszystkie te zjawiska są efektem aktualnego systemu oceny jednostek naukowych.

    Sama wieloetatowość, patrząc po nauce poza Polską, jest pozytywnym i bardzo częstym zjawiskiem. Na czym polega praca naukowca, jak nie na udziale w realizacji wielu grantów i budowaniu jak największej sieci fachowych znajomości? U nas to się nazywa "kolesiostwem", ale tak działa prawdziwa nauka na całym świecie. Walcząc bezmyślne z mityczną wieloetatowością uniemożliwia się normalne funkcjonowanie uczciwym pracownikom. W każdym razie tak to wygląda z mojego punktu widzenia (nauki ścisłe). Mnożące się przepisy NCN o wykluczaniu wielozatrudnienia i wielowynagrodzenia zniechęcają do dodatkowej aktywności. Czy aby na pewno o to chodziło?

    Utrudnia się i tak już niełatwe życie młodych naukowców. Weźmy stanowisko post-doc według NCNu. Aby zostać w ten sposób zatrudnionym na jakikolwiek okres czasu, nie można uczciwie wziąć bezpłatnego urlopu w aktualnej pracy, tylko należy się definitywnie zwolnić. W ten sposób zniechęca się dobrych kandydatów, a zbiera się kandydatów w danym momencie bezrobotnych.

    Poza tym niezbyt rozsądne wydaje mi się ogólne zmuszanie naukowców do deklaracji, której jednostce należy przyznać punkty za ich publikacje. Nawet gdyby do każdej jednej publikacji pisało się takie oświadczenie, wystarczy dopisać kolegę na listę autorów i odpowiednie punkty cudownie dogenerują się dla dowolnej innej jednostki naukowej. W aktualnym systemie oceny punktowej wieloetatowość nie ma znaczenia.

    Walka z wieloetatowością jest tym bardziej dziwna, że w praktyce wszystko sprowadza się do uzyskania zgody rektora/dyrektora itp., co w przypadku tych mitycznych "wieloetatowych profesorów" nie stanowi zazwyczaj wielkiego problemu.

    Może zamiast martwić się, co robią naukowcy w swoim wolnym czasie (tak normalny człowiek rozumie drugi etat), zacznijmy się martwić, co robią w swojej podstawowej pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za ten komentarz - dobrze wiedzieć, że ktoś myśli podobnie!

      Usuń
  5. Mysle, ze warto rozszerzyc te koncepcja dalej i wprowadzic mozliwosc wielozenstwa. No bo jesli ktos ma pieniadze i krzepe, no to dlaczego formalnie go ograniczac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram. Nie musiałbym jeździć po kryjomu do moteli.

      Usuń
    2. Analogia do wielożeństwa wniosła niewątpliwie świeży powiew merytorycznej myśli polskiego naukowca. Pozostając na podobnym poziomie mogę z kolei zaproponować delegalizację pieczywa wieloziarnistego...

      Usuń
  6. Poruszył Pan, Panie Michale w sumie kilka spraw i słusznie. Odniosę się, że do tzw. "wieloetatowości". Z mojej strony jedynie słyszałem o takich osobach z nauk humanistycznych, ekonomicznych, leśnych. Osoby te niedość, że była jakoby wcielone jako pracownicy różnych jednostek to jeszcze często miały dodatkowe przywileje w postaci chociażby pokoju/mieszkania służbowego w ramach tychże jednostek za przysłowiowe grosze. Co więcej często wynajmujące te miejsca po cenach rynkowych. Niemniej w moim przekonaniu tą tzw. wieloetatowością również należałoby nazwać prowadzenie własnej działalności gospodarczej, co często ma miejsce. Jak we wspomnianym przykładzie z prof. Hanskim z Helsinek, nie byłoby w tym ogólnie nic złego, gdyby nie praktycznie żenujący poziom i naukowy i dydaktyczy tych osób. Przykrym jest to, że często te osoby korzystają z sprzętu należącego do uczelni, często kupionego za jej pieniądze. W tym ostatnim przypadku może również nie zawsze byłoby to złym zachowaniem, pod warunkiem, że również byłby tych osób jakikolwiek dodatkowy wkład w postaci np. polepszenia zajęć dydaktycznych, a nie tylko czerpanie prywatnych materialnych korzyści. Idąc dalej za tym wątkiem, osoby te, co w moim mniemaniu już jest przelaniem czary goryczy, jest fakt wysyłania korespondencji firmowej z kancelarii uczelnianej, czyli cięcie kosztów, tylko szkoda, że finansowanym z budżetu państwa. W całej rozciągłości zgadzam się, że bardzo często osoba zatrudniona na część etatu więcej wnosi naukowo/dydaktycznie do pracy w danej uczelni/instytucie aniżeli armia osób publikujących tylko artykuły popularnonaukowe za wynagrodzenie. Wspomniane artykuły dobitnie pokazują w jaki sposób na świecie jest prowadzona nauka na najwyższym poziomie, można by nawet rzec ze poziom iście manager'a naukowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Marcinie, zgadzam się, że opisane przez Pana problemy są istotne, ale one nie wynikają z wieloetatowości. Albo inaczej, żeby walczyć z tymi patologicznymi układami nie należy walczyć z wieloetatowością, lecz zacząć rozliczać tych zdolnych inaczej polskich profesorków z ich pracy. Tylko tyle. Każdy pracownik powinien przechodzić coroczną ocenę jego pracy, kryteria powinny być jasne, wyniki najlepiej publicznie dostępne (w końcu społeczeństwo ich finansuje), wtedy szybko by się okazało jaki kto ma dorobek, co zrobił w ciągu ostatnich lat i jak się to ma do liczby etatów, które okupuje... Proste jak budowa cepa, ale bolesne dla wielu, dlatego nikt tego nie robi

      Usuń