poniedziałek, 26 lutego 2018

Naukowcy zaniepokojeni o (swoją) przyszłość

Proponuję uproszczony algorytm oceny projektów reform nauki w Polsce bez konieczności czytania ich treści: jeśli środowisko profesorów jest przeciw i gwałtownie protestuje, oznacza to, że reforma ma sens i należy ją popierać.

Tak wydaje się być i tym razem - wystarczy poczytać zarzuty 150 naukowców przeciw reformie ministra Gowina, fragmenty:

Przedłożony Radzie Ministrów i kierowany do Sejmu projekt ustawy zawiera jednak w dalszym ciągu niezmiernie groźne rozwiązania, których wejście w życie spowoduje olbrzymi, niekorzystny przewrót w szkolnictwie akademickim. Przewrót ten może uruchomić lawinę gwałtownych, niekontrolowanych zmian. Nie będzie można ich powstrzymać.
MŻ: polska nauka właśnie potrzebuje gwałtownych zmian, i to takich, które nie byłyby kontrolowane przez obecną kadrę akademicko-naukową. Główny problem z reformami polega na tym, że przeprowadza je samo środowisko akademickie, są więc z definicji niezdolne do zrobienia komukolwiek krzywdy.
 
Mamy duże wątpliwości, czy system grantowy – oparty o całkowitą uznaniowość i „punktozę” – jest rozwiązaniem właściwym. Potrzebne jest raczej poszukiwanie równowagi między trzema strumieniami finansowania nauki, a są to: pensje pracowników naukowych, środki na badania statutowe kierowane do jednostek oraz granty, czyli środki na konkretny projekt.
: gdy słyszę argumenty przeciwko "punktozie" mam przed oczami pracowitego inaczej i przyrośniętego do stołka beneficjenta obecnego systemu, dla którego jakakolwiek konkurencyjność oznacza szybką porażkę.

Za co najmniej wątpliwą, i wymagającą zastanowienia się, uznajemy koncepcję przyznania prawa do habilitowania tylko uczelniom mającym kategorie A+, A i B+. Pozostałym groziłby nieuchronny upadek.
: gorąco liczę na ten nieuchronny upadek, gdyż właśnie tego potrzebuje polska nauka: masowego upadku słabych jednostek; niestety jest on pewnie nierealny.  

Wyjątkowo wątpliwe jest proponowane uzależnianie możliwości ubiegania się o doktorat i habilitację od publikacji w czasopismach zagranicznych.
: nie po to nasz wydział wydaje czasopismo pt "Zeszyty naukowe wyższej szkoły kosmetologii i łowiectwa" żebyśmy teraz musieli pisać do jakichś zagranicznych czasopism!

Całość tu (wraz z listą nazwisk):

Michał Żmihorski

102 komentarze:

  1. Zgadzam się, że ten list można odebrać jako próbę ratowania własnego tyłka przed zagładą. I te fragmenty przytoczone w poście to wydają się potwierdzać. Jestem zdecydowanym zwolennikiem zmian i reformy nauki. Początkowo założenia ustawy 2.0 wydawały mi się jak najbardziej właściwe, jednak po przeanalizowaniu ich nie jestem już taki pewny.
    Po pierwsze, likwidacja habilitacji. Jestem generalnie za, ale nie w takiej formie jak jest w ustawie (habilitacja nie jest obowiązkowa, nie trzeba jej robić, ale jak chcesz mieć doktoranta, recenzować doktorat to musisz ją mieć). Czyli Ci co i tak by jej nie zrobili to jej już nie musza robić a Ci co chcą sie rozwijac i tak muszą ją zrobić.
    Po drugie, profesor dydaktyczny. Przy obecnym upolitycznieniu wszystkiego jest to idealna sytuacja do powtórki z rozrywki (marcowi docenci). Osoby "zasłużone" na polu nauczania i nie tylko mogą zostać zatrudnione na stanowiskach profesorów bez habilitacji. A jak wcześniej pisałem habilitacji nie muszą robić Ci, którzy i tak by jej nie zrobili...
    Po trzecie, powoływanie rad uczelni. Ustawa daje Rektorowi pełna władzę nad uczelnią ale Rektora wybiera rada uczelni, która jest w 51% złożona z osób spoza uczelni (czytaj politycznie zaangażowanych). To oczywiście powoduje, że rektor może (oczywiście nie musi) być całkowicie sterowalny. A Senat uczelni traci prawo głosu we wszystkich sprawach za wyjątkiem jakości kształcenia i nauki (wszelkie sprawy kadrowe prowadzi rektor).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że jest zagrożenie nominacjami politycznymi (pewnie dlatego reformatorzy zostawili wybór Rad Nadzorczych w rękach senatów a nie przedstawicieli podatnikóœ finansujących uczelnie), ale z drugiej strony być może to jest (niestety) jedyna metoda by te szanowne grona feudałów akademickich z ogólnopolskimi mackami powiązań (vide wszelkie diamenty), podejmowały wreszcie decyzje w jakimkolwiek intersie innym niż SWÓj WŁASNY!!! Bardzo nisko upadliśmy :-(
      Skutki tego upadku widać na każdym poziomie edukacji - w końcu ktoś obecnych nauczycieli wykształcił...

      Usuń
  2. Hm... Konia z rzedem, kto w gronie sygnatariuszy tego listu znajdzie kogos z szanowanym dorobkiem naukowym.

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie zgadzam się w pełni z postulatami tychże prawie 150 polskich naukowców, a zawartych w liście powyżej pomimo, iż uwzględniają przede wszystkim specyfikę nauk humanistycznych i społecznych. Polska nauka jest niedofinansowana od ponad 28 lat trwania polskiej demokracji, wolności i szeroko rozumianej swobody. Dziś finansujemy naukę na poziomie 0,45 % PKB wraz z funduszami strukturalnymi UE włącznie, co daje współczesnej Polsce dopiero 35 miejsce w nakładach na sektor B+R w Europie. Przypomnę, że dziś unijna średnia w nakładach na naukę to 2 % PKB, a wiele krajów wysokorozwiniętych przeznacza 3 % PKB i więcej na ten sektor już dziś.

    Projekt ustawy 2.0 zwany szumnie konstytucją dla nauki, choć faktycznie nią nie jest, nie gwarantuje ani wzrostu nakładów na sektor wiedzy ogółem, ani możliwości stabilnego rozwoju kariery akademickiej, naukowej. W poważnych państwach najpierw organizuje się fundusze na naukę, a dopiero potem przeprowadza się konsultacje społeczne, rządowe, które ewentualnie w przyszłości utorowałyby drogę reformom. W Polsce jest zupełnie odwrotnie, co oznacza jedynie to, że projekt ustawy 2.0 pozostanie bublem prawnym, który nie przyczyni się do rozwoju polskiej nauki, a wprowadzi chaos i degrengoladę intelektualną. Z najnowszych doniesień wynika, że MF nie zamierza przeznaczyć wyższych nakładów na polską naukę ogółem, gdyż jest wiele innych palących problemów, spraw w kraju na dziś dzień. Kołem ratunkowym pozostaną fundusze strukturalne UE, ale do 2020 r. włącznie, a potem może być lipa, czyli tradycyjna polska bieda w nauce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzę to dokładnie odwrotnie: najpierw należałoby z systemu polskiej nauki wywalić całe masy ludzi, którzy uniwersytetu nie powinni oglądać nawet na zdjęciach, a dopiero potem myśleć o funduszach i ich zwiększaniu. Obecnie system jest skrajnie niewydajny i marnuje ogromne środki, bez sensu jest więc zwiększanie środków żeby marnować więcej.

      Usuń
    2. Szanowny Panie Michale,

      Zapewne w sektorze polskiego szkolnictwa wyższego i polskiej nauki występują jednostki nieproduktywne, ale problem polega na tym, iż nie można zastosować jednorodnych kryteriów oceny względem reprezentantów wszystkich dyscyplin, specjalności naukowych. Ponadto brak funduszy odbija się na jakości ich pracy i pozycji w międzynarodowych rankingach, która jest gorsza, niż wskazuje na to potencjał krajowych ośrodków. Występują też różnice w międzynarodowej ocenie obydwu sektorów, mianowicie polskie szkolnictwo wyższe ogółem zajmuje 35 miejsce w skali globu, a polska nauka wedle wysoce prestiżowej bazy Scopus 19 miejsce w skali globu, bez podziału na dyscypliny, specjalności naukowe, więc polska nauka finansowana na poziomie 0,45 % PKB jest wydajna i trudno powiedzieć, iż marnuje te niewielkie fundusze nań przeznaczone, ale polskie szkolnictwo wyższe finansowane już na poziomie 0,80 % PKB wypada raczej przeciętnie na tle innych państw. Pomimo tych różnic, to bez odpowiednich funduszy daleko nie zajdziemy, a majaki MNiSW o wzroście nakładów na naukę w najbliższej dekadzie można włożyć pomiędzy bajki, gdyż MF nie posiada kwoty 167 mld zł. na realizację projektu ustawy 2.0. Dlatego nie będzie żadnej poprawy sytuacji.

      Usuń
    3. Zgadzam się z Panem Michałem...zlikwidować naukę w Polsce! Od czasów Kopernika nic wartościowego w Polsce nie wymyślono. Po co to finansować? Niech sobie Szwedzi finansują naukowców z Polski, jeśli chcą.

      Usuń
  4. A'propos nakladow na nauke - moze warto najpierw zapoznac sie z projektem tej ustawy:

    Art. 386. 1. Na finansowanie potrzeb w dziale, o którym mowa w art. 5 pkt 21 ustawy z dnia 4 września 1997 r. o działach administracji rządowej (Dz. U. z 2017 r. poz. 888, z późn. zm.), przeznacza się corocznie wydatki budżetu państwa w wysokości nie niższej niż:
    1) 1,2% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2019;
    2) 1,3% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2020;
    3) 1,4% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2021;
    4) 1,5% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2022;
    5) 1,6% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2023;
    6) 1,7% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2024;
    7) 1,8% Produktu Krajowego Brutto – w roku 2025 i w latach kolejnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy warto zajmowac sie czytaniem projektu ustawy na obecnym etapie, jako ze projekt zdaje sie nie byl konsultowany z politykami partii rzadzacej. Pan Minister od poczatku wiedzial, ze ma tam slabe poparcie. A sytuacja zrobila sie jeszcze gorsza, gdy Pan Minister na doradcow zaczal sobie dobierac celebrytow z poprzedniej ekipy. Wiec chyba troche z nudy, troche w celu autopromocji, Pan Minister zorganizowal cykl spotkan towarzyskich. Natomiast prace nad ustawa zaczely dopiero teraz. A to, co zostalo przygotowane wczesciej, to jest tylko takie "pierdu-pierdu".

      Usuń
    2. Poczekam na projekt budżetu na rok 2019 i wtedy będzie można powiedzieć "sprawdzamy". W poprzednich ustawach dla zachęty też wpisywano wyższe nakłady, a potem wszystko wracało bo bazy.
      Ten projekt ustawy ma wiele pozytywnych punktów i równie dużo dyskusyjnych lub wręcz niebezpiecznych (zwłaszcza te o zewnętrznych "komisarzach" z nadania politycznego). Ale uderza on przede wszystkim w małe uczelnie regionalne i prywatne. Stara się również pomniejszyć rolę grupy humanistycznej (nawet na niektórych uczelniach z pierwszej piątki polskiego rankingu humaniści mają większość głosów elektorskich co powoduje, że od lat rektorami zostają humaniści). Stąd ten list głównie humanistów i osób zatrudnionych na paru etatach.
      Nie da się wystawić jednoznacznej oceny temu projektowi i zgadzam się z niektórymi głosami powyżej, że jest w tym dużo samej politycznej gry ministra, a sprawa samej reformy jest w tle. Władza zawsze wykorzystywała duży potencjał narcyzmu w środowiskach naukowych dla wywoływania fermentu i niezgody bo łatwiej wtedy było narzucać z góry ostateczne rozwiązania.

      Usuń
    3. Anonim z g. 06:50.,

      Na razie jest to tylko myślenie życzeniowe MNiSW i nic poza tym. Inaczej wróżenie z fusów u babci Heli.

      Usuń
  5. Ten list jest dla mnie listą 150 pierwszych do zwolnienia. Znam parę nazwisk z "aktywności naukowej". Generalnie jest to banda niby-inteligentów i zwykłych nierobów, którzy nagle zorientowali się, że będą musieli przychodzić do pracy, a co gorsza pracować.

    OdpowiedzUsuń
  6. Michał, dzisiejsze silne jednostki też kiedyś były słabe gdybyśmy mierzyli to dzisiejszymi kategoriami. Jeśli chcemy mieć silną naukę to potrzebnych jest w skali kraju wiele ośrodków. Niełatwo jest stworzyć od razu dobrą uczelnię czy instytut badawczy - zwykle ten proces trwa latami. Państwo powinno określić jasno swoją politykę - albo wspiera kilka ośrodków, które uważa za priorytetowe i likwiduje resztę albo stawia zrównoważony rozwój regionów. Jeśli to drugie - to należy stworzyć mechanizmy, które pozwolą uczelniom słabszym podnieść poziom. Samo zmniejszenie dotacji na pewno w tym nie pomoże - silni w ramach uczelnianego układu i tak wydrą sobie odpowiedni kąsek kosztem reszty. A reszta będzie miała niewiele do powiedzenia wobec pomysłu zwiększenia uprawnień rektora i powołania szemranego towarzystwa pod nazwą rady uczelni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tomek, żeby system był zdrowy jednostki słabe muszą plajtować, bez tego nie ma żadnej motywacji do bycia lepszym i nie stania w miejscu. Uważam, że w PL jest potrzebna masowa likwidacja anty-nauki, czyli jednostek, wydziałów, a przede wszystkim zwalnianie słabych ludzi z nauki. Model alternatywny, to taki, w którym każdy kto startuje w wyścigu ma zapewniony medal - trudno się więc dziwić, że jesteśmy w szóstej setce rankingów.

      Usuń
    2. Nie będzie motywacji do bycia lepszym, bez wzrostu uposażeń i nakładów na naukę. Przecież gro osób regularnie odchodzi z nauki do biznesu, gospodarki lub wyjeżdża z kraju. Ludzie mają rodziny i chcą godnie żyć, a nie dziadować.

      Usuń
    3. Ale rozszerzając tę filozofię można powiedzieć, że szpitale, które nie radzą sobie ze sprawną obsługą chorych i mają długie kolejki także powinny być likwidowane. Podobnie z sądami. I jednostkami wojskowymi, które nie przeszły testu mobilizacyjnego. Masz rację, że rozwiązania, które będą proponowane przez środowisko naukowe, a zwłaszcza profesurę, będą prawdopodobnie służyły przede wszystkim ich interesom, ale z drugiej strony dlaczego środowisko naukowe ma narzucać na siebie wilcze reguły walki, podczas gdy inne, często lepiej uposażone grupy zawodowe cieszą się stabilnym zatrudnieniem i wsparciem ze strony państwa?

      Usuń
    4. zdecydowanie tak, tę regułę można i należy rozszerzać na inne dziedziny - szpital, w którym pielęgniarki plotkują w palarni a noworodki leżą z brudnymi pieluchami powinien być zlikwidowany i zastąpiony przez inny, z nowymi ludźmi. I ten nowy też powinien obawiać się likwidacji, jeśli obniży jakość usług. Tak po prostu działa świat, dzięki temu mamy postęp. Piekarz nie wstaje o 3 rano dlatego że Cię lubi i chce żebyś zjadł smaczne śniadanie, lecz dlatego że chce siebie utrzymać i boi się bankructwa. Nie wiem czy to są wilcze reguły.

      Pytasz dlaczego środowisko naukowe ma sobie narzucać te reguły - dlatego że jedyną alternatywą jest niski poziom nauki, kolesiostwo, układy, degeneracja całego systemu. Jeśli chcemy rozwijać się, prowadzić badania na poziomie, odkryć coś nowego, konkurować z innymi ośrodkami, musimy mieć sprawny system, mobilizujący ludzi do pracy w nim, i elementem tego systemu musi być odsiewanie osób, które dostały się na Uniwersytet przez pomyłkę.

      Usuń
    5. Michał, postęp społeczny rozumiem jako proces, dzięki któremu coraz szerszym grupom ludzi żyje się lepiej. Jeśli chodzi o pracownika piekarni to dzięki postępowi chroni go kodeks pracy, musi mieć dni wolne, może zapisać się do związku zawodowego itd. Kiedyś pracownika można było kupić na targu niewolników, dziś trzeba mu zaoferować atrakcyjne warunki. Więc nie jest wcale tak, że wszystko zostaje rzucone na żer wolnego rynku. Większość państw demokratycznych rezygnuje z udziału w wytwarzaniu dóbr i usług konsumpcyjnych powierzając go kapitałowi prywatnemu, ale w zamian za to tworzy ramy prawne chroniące swoich obywateli przed negatywnymi skutkami wolnego rynku w relacji pracownik-pracodawca.

      Usuń
    6. no pięknie ale średnio na temat - to co napisałeś nie zmienia faktu, że piekarz musi się starać dobrze pracować, bo inaczej zbankrutuje, jeśli będzie produkował niesmaczny chleb i przywoził go do piekarni o 12 a nie 7 rano. Dlaczego naukowiec nie ma się starać? Dlaczego mamy chronić (pieniędzmi podatnika) leni, ludzi niechętnych do podnoszenia swoich kompetencji i zwyczajnie niechętnych do uczciwej pracy, tylko dlatego, że dostali się na uniwersytet, a nie do piekarni? Tak nie powinno być - złe uczelnie, nieefektywne kierunki czy leniwi naukowcy powinni szybko lądować na bruku bez pracy, a nie ciągnąć od obywateli forsę na picie kawy. Takie okrutne wilcze prawo mi się marzy.

      Usuń
    7. Oczywiście osoby, które nie wywiązują się ze swoich obowiązków powinny być zwalniane. Pozostaje tylko drobna kwestia ustalenia tego, co to znaczy, że ktoś wywiązuje się z obowiązków lub nie, czyli jakie należy przyjąć kryteria oceny pracy naukowej/dydaktycznej. Przykład piekarza jest o tyle zwodniczy, że w tym przypadku o wiele łatwiej podać takie kryteria, bo jest to praca dość powtarzalna. W przypadku naukowca, jeśli ktoś nie przychodzi do pracy mamy sytuację oczywistą. Jeśli ktoś przychodzi do pracy i cały czas mija mu na plotkach - również sytuacja jest oczywista. Do tego momentu na pewno obaj się zgadzamy. Ale mamy też całą gamę sytuacji nieoczywistych, np. gdy ktoś przychodzi do pracy, pracuje po 8 godzin w laboratorium ale na koniec ma słabe wyniki, bo szef źle zaplanował doświadczenie. Lub ktoś wolniej uzyskuje dane, bo ma gorszy sprzęt niż kolega z lepszej uczeni. Albo ktoś przejściowo nie ma żadnych wyników, bo uczy się nowych metod, układa program nowego kierunku studiów itd. Z drugiej strony ktoś inny może nic nie robić, ale mieć dużo publikacji, bo dopisują go doktoranci - jak odsiać takie przypadki?

      Usuń
    8. Niestety cały nowy prawicowy populizm polega na tym, że wkurzeni ludzie chcą dowalić innym. Mogą to być uchodźcy, Niemcy, Żydzi...bądź naukowcy-nieroby (nie żeby od razu wskazywać palcem, ale to wszyscy inni oprócz mnie i może kilku moich kolegów). Po co szukać metod mobilizacji ludzi (np. jak w PAN-ie, pół pensji za przyjście do pracy, druga połowa za publikacje)? Lepiej dowalić (zwolnić, zlikwidować)!

      Usuń
    9. no jasne, pomobilizujmy ich jeszcze parę lat płacąc za nic i utrzymując na posadach, może z czasem się sami zreflektują, że powinni coś robić, świetna myśl...

      Usuń
    10. Nie znam nikogo ani w szkolnictwie wyższym, ani w nauce, kto otrzymywałby pieniądze za nic.

      Usuń
    11. To słabo znasz naukę. Jak nazwać kogoś kto produkuje jedną słabą publikacje w szitowym czasopiśmie raz na 3 lata a dostaje 5000zł * 12 mcy * 3 lata = 180 000 zł + koszty utrzymania stanowiska (pewnie drugie tyle) i blokuje etat?

      Usuń
    12. Panie Michale ta osoba otrzymuje kasę za to, że jest nauczycielem akademickim, a my mówimy o działalności naukowej. Jeśli w Polsce za działalność naukową dostawałoby się 5000 zł oj to byłoby fajnie. W naszej ojczyźnie nigdy się nauki nie szanowało, ale nauczanie już owszem... Stąd na byle uniwerku 5000 i wzwyż, a w PAN-ie 2000...

      Usuń
    13. Panie Michale, czy mówi Pan o zarobkach rzędu 5000 zł. nauczycieli akademickich, czy naukowców? Ponadto Pan patrzy z perspektywy reprezentanta nauk o życiu, a jak już wspomniałem tutaj, to kryteria oceny nie są jednorodne względem wszystkich dyscyplin, specjalności naukowych ze względu na ich odrębną specyfikę.

      Usuń
    14. W PANie jednak na ogól trochę więcej niż 2000, a poza tym proszę doliczyć wszystkie koszty po stronie pracodawcy. Myślę że te 5k to średnia brutto brutto dla uniwerków i PAN. Z resztą nie chodzi o detale, chodzi o skalę środków, które pochłaniają tysiące ludzi zatrudnionych na etatach a praktycznie nie robiących nic

      Usuń
    15. Wie Pan coraz więcej osób przechodzi na zasłużoną emeryturę zarówno w szkolnictwie wyższym, jak i w nauce także. Polityka oszczędzania polskiego państwa w kwestii rozwoju, organizacji kadr akademickich, badawczych na przestrzeni minionych 28 lat doprowadziła do tego, że w wielu dyscyplinach istnieje tzw. luka pokoleniowa, a gro młodych systematycznie odchodzi do biznesu, gospodarki lub wyjeżdża z kraju. Jeżeli tak dalej pójdzie, to za 10-12 lat skończy się realizowanie jakiejkolwiek nauki w Polsce. Dlatego zwalnianie z pracy leni już dziś niczego nie zmieni, gdyż zbyt wiele spraw się zazębiło, nałożyło jednocześnie. Zresztą projekt ustawy 2.0 na ile mi wiadomo takiego rozwiązania nie przewiduje.

      Usuń
    16. To prawda, problem o którym Pan mówi istnieje, ale jego głównym powodem jest właśnie okupowanie stanowisk przez starszą kadrę - taką bez znaczących osiągnięć naukowych, za to z ambicjami rządzenia.

      Usuń
    17. Jeżeli chcemy mieć silną naukę to przede wszystkim musimy mieć silną gospodarkę, która będzie finansowała naukę. Silnej i innowacyjnej gospodarki nie będzie bez nie tylko dobrze wykształconych, ale przede wszytskim KREATYWNYCH ludzi. Cały obecny system, ze względu na statystyczną słabość metodyczną (bardziej nawet niż merytoryczną) zabija tą kreatywność na każdym poziomie.
      Zresztą każdy kto otarł się o dobre uczelnie światowe świetnie zdaje sobie sprawę, że większość badań naukowych oparta jest na doktorantach i postdokach. W Polsce przeciętny absolwent studiów, po odmóżdżającej szkole i studiach, gdzie nauczyciele akademiccy gonią za swoim indywidualnym sukcesem (kasa i punktoza rulez), jest całkowicie nieprzygotowany zarówno merytorycznie jak i mentalnie do poważnej cutting edge pracy naukowej.
      Próbuje się budować dom od dachu bez solidnych fundamentów. Doprawdy żałosne jest to, że nasi czołowi budowniczy "słomianych dachów' w XXI wieku próbują przekonać kogoklowiek, że to jest nasza przepustka do nowej ery.

      Usuń
    18. @ anonim z g. 11:23.,

      Mówisz o silnej polskiej gospodarce, a co to w ogóle oznacza? Według nominalnego PKB współczesna polska gospodarka zajmuje 24 miejsce w skali globu, to dane z 2016 r. Jednak wśród innowacyjnych gospodarek globu zajmujemy 22 miejsce, według rankingu Bloomberga z 2017 r. Tutaj kilka spraw wymaga wyjaśnienia. Pod względem procentowego udziału wydatków na badania naukowe i prace rozwojowe w PKB jesteśmy na 35 miejscu, odsetek osób zaangażowanych w prace B+R w całości populacji sytuuje nas na 35 miejscu, wydajność pracy w przeliczeniu na pracownika na 35 miejscu, lokalna aktywność patentowa na 24 miejscu, procentowy udział spółek z branż wysoko zaawansowanych technologicznie w całości rodzimych firm na 22 miejscu itd. To gwoli polskiej gospodarki na dziś. Polskie szkolnictwo wyższe ogółem na które przeznaczamy 0,80 % PKB zajmuje wedle międzynarodowych rankingów 35 miejsce w skali globu i zapewne wymaga zmian w obszarze kształcenia kadr na potrzeby gospodarki, choć istnieje niebezpieczeństwo ich wyłowienia przez międzynarodowe korporacje. Na razie kształcimy młodych na potrzeby wysokorozwiniętych państw globu, gdyż sami niewiele mamy im do zaproponowania na dziś dzień. Generalnie przegrywamy wyścig cywilizacyjny w Europie, świecie będąc ubranymi jeszcze w XX wieczne kontusze. Faktycznie jest to wszystko żałosne.

      Usuń
  7. Z większością się zgadzam. Punktoza w przypadku nauk humanistycznych jest szkodliwa, a postulat, aby zwiększyć pensje, przeznaczyć część pieniędzy na DS, a resztę na granty jest moim zdaniem rozsądny [pod warunkiem, że ten II filar byłby jak najmniej obarczony biurokracją i mniej uznaniowy (rola kierowników). W Izraelu naukowcy mają fundusz badawczy przypisany do osoby, z którego finansują konferencje, badania, sprzęt etc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Humanistyka powinna w ogóle zostać wykluczona jako "nauka" i nie być oceniana razem z naukami ścisłymi. Metodologia jest tam mglista i byle wygadany chłopek, po przeczytaniu paru lektur szkolnych staje się doktorem. Kiedy jednak przychodzi do uprawiania nauki, to największy lament podnoszony jest właśnie przez tą grupę zawodową.

      Usuń
    2. Co ty tu wypisujesz człowieku? Nauki humanistyczne i społeczne są, jak najbardziej "naukami" w dosłownym tego słowa znaczeniu, choć posiadają inną metodologię i aparat pojęciowo - badawczy niż nauki internacjonalne, co oznacza, iż nie mogą razem podlegać jednorodnej ocenie. Zapewne dużo łatwiej jest też ocenić działalność, dorobek nauk internacjonalnych, ale poza pewnymi chlubnymi przykładami, to reprezentanci tychże nauk w Polsce, w zdecydowanej większości są jedynie rzemieślnikami, którzy skrupulatnie gromadzą swoje punkciki i nic poza tym.

      Usuń
  8. Postulat obowiązkowej habilitacji z kolokwium habilitacyjnym i to jeszcze z powoływaniem się na humanistykę, jest o tyle zabawny, że akurat w humanistyce habilitacje rozdawano w ostatnich latach za darmo. Gdyby przyjąć kryteria "humanistyczne", to w takiej biologii przyrodnik samymi inwentaryzacjami zrobiłby kilka habilitacji. Kilka sprawozdań z badań np. w archeologii (bez żadnych syntez, analiz itp.) czyli odpowiednik inwentaryzacji terenowych wystarczy na habilitację. Znając dość dobrze sytuację w tym zakresie zarówno w naukach humanistycznych, jak i ścisłych, uważam, że utrzymanie habilitacji nie ma żadnego znaczenia w humanistyce i naukach społecznych, bo poziom nie zależy od tego. W naukach przyrodniczych konieczność jej robienia habilitacja często utrudnia prace naukową, bo trzeba zebrać ten zbiór "publikacji powiązanych tematycznie".

    W ustawie Gowina nie podoba mi się chyba tylko ta rada uczelni czyli stworzenie ciała politycznego dla na wzór zarządów spółek skarbu państwa. Zgadzam się, że w Polsce jest za dużo uczelni(co wynika tez z porównań z innymi krajami i kilkaset powinno być przekształconych w szkoły zawodowe lub zniknąć.

    Fundamentalnie nie zgadzam się z Autorem bloga w sprawie pieniędzy i wyścigu szczurów, czego zdaje się być zwolennikiem. Praca w nauce jest jak każda inna, trzeba z niej żyć bez wypruwania sobie żył i bez zagrożenia, że za chwile wyrzucą cię na bruk z dnia na dzień. Zdaję sobie sprawę, że są całe tłumy osób, które nic nie robią, co jest widoczne zwłaszcza w humanistyce czy w naukach ścisłych w małych ośrodkach, ale przykręcanie śruby wcale nie pomoże, na etatach zostaną ci w lepszych relacjach z szefami czy członkami "rad nadzorczych", a nie najlepsi. GG

    OdpowiedzUsuń
  9. to dobre:
    "Wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego Piotr Müller: W tych bazach jest blisko tysiąc polskich czasopism. Naszą ambicją jest, aby było ich więcej. W grudniu 2018 ogłosimy konkurs i wyłonimy 250 polskich czasopism naukowych, które nie są jeszcze w bazach międzynarodowych. Mamy nadzieję, że dzięki tym pieniądzom te czasopisma znajdą się w międzynarodowych bazach. Jeśli czasopisma wygrają konkurs, będą traktowane przez ministerstwo tak, jakby już w tych bazach były."

    tu całość:
    http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C28468%2Cmuller-od-naukowcow-beda-wymagane-4-dobre-osiagniecia-na-4-lata.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ktoś to ostatnio mądrze powiedział: 'Od nas nie oczekuje się badań naukowych tylko wysyłania artykułów do czasopism naukowych'. Jakakolwiek dyskusja o listach czasopism, punktacji etc. dalej wpisuje się w tą tezę. TYpowe dla środowisk słabych i przyczynkarskich jak polska nałka. Wybitni młodzi? Genialni starzy? Proszę zrobić prosty rachunek sumienia ilu z nich miało by szansę w openinagach na dobrych uczelniach? Iloma w ogóle ktokolwiek w świecie się interesuje? żenujące jest to wywyższanie się na tym forum osób, które w światowej nauce nie mają żadnych szans na zwykły tenure za to pouczają kogo należy zwolnić. A może zwolnić trzeba zwyczajnie literalnie wszystkich i na tym polega tak naprawdę nasz problem?
      Chociażby za to, że nagminnie nie przestrzega się na codzień prawa i nie trzyma jakichkolwiek ustaleń co nam się potem odbija w polityce by zacytować Modrzejewskiego...

      Usuń
  10. Czytam wpis, komentarze i nie wierzę. Niestety Michale, nie jest możliwe podniesienie jakości nauki w kraju bez zwiększenia nakładów. W szczególności bez podniesienia pensji. Młodzi odchodzą do biznesu albo nawet nie rozpoczynają doktoratów. Ja się im nie dziwię. Często pensje są na poziomie kasjerek w Lidlu. Doktoranci mają stypendia niższe. Jak taka osoba ma wdrożyć się w pracę naukową, skoro musi i tak gdzieś dorabiać, żeby przeżyć? Asystenci i adiunkci zarabiają trochę lepiej, ale w większym mieście i tak ciężko za to przeżyć. Widziałem niedawno w sieci ładne podsumowanie tej sytuacji. Ministerstwo zachowuje się jak "Janusz biznesu". Oczekuje wyników na poziomie światowym płacąc fistaszki. Jak chcemy podnosić jakość, skoro często ma miejsce "selekcja negatywna", czyli na doktorat idą ci, którzy nie mieli żadnej rozsądnej oferty w biznesie.

    Kolejną patologią są postdoki i próby wprowadzenia wymuszonej mobilności, ale to chyba temat na inną dyskusję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no dobrze, ale ja się przecież z tym zgadzam - nie da się wyżyć za tak marne pieniądze, to skandal że adiunkt czy doktorant zarabia tak mało, pelna zgoda. Ale proszę zrozumieć, że pracowity adiunkt zarabia tak mało bo pracuje nie tylko na siebie, ale też na dwóch swoich leniwych kolegów, którzy zarabiają tyle samo a nic nie robią. Moja propozycja jest prosta: wyrzućmy z pracy tych dwóch leniwych, dajmy temu pracowitemu ich pensje i wtedy dyskutujmy gdzie brakuje środków i co trzeba dofinansować. Pomyśl proszę, czy gdyby pensje wzrosły trzykrotnie nadal zdolni ludzie odchodziliby do biznesu? Być może, ale bez tego wyrzucenia leni każda podwyżka finansowania nauki ma niewielki impakt, bo rozchodzi się na wszystkie "panie Basie" które całe życie piją kawę i mają zerowe dorobki.

      Usuń
    2. Przecież nie o tym Michał pisze. Tylko o tym, że obecne środki są marnowane. Podam przykład. Pracuję w dobrej jednostce na prestiżowej polskiej uczelni. Mimo, że jednostka jest dobra naukowo, za jej jakość odpowiada mała grupka ciężko pracujących. Jakość nauczania jest niestety niska. Zajęcia ze studentami są prowadzone bez pomyślunku, na podstawie materiałów sprzed 30 lat i w formie, która zdezaktualizowała się 30 lat temu. Ci ludzie nie mają pojęcia o nauczaniu i nie rozwijają się w tym kierunku. Nauczanie jest więc słabe. To jest tylko szczyt góry lodowej. Pracownicy techniczni są oceniani na podstawie znajomości, a nie na podstawie profesjonalnych umiejętności i są tacy, którzy nic nie robią, przy błogosławieństwie ze strony dyrekcji. Sekretariat jednostki jest rozpuszczony do granic możliwości, bo to również znajomi, przez co zachowuje się nieprofesjonalnie, a obowiązki administracyjne są zrzucane na młodych pracowników naukowych. Itp., itd. W takich warunkach nie da się pracować niezależnie od wypłaty i jeśli ta mentalność pracy się nie zmieni, młodzi z pitencjałem i tak będą odchodzić do miejsc, gdzie ich praca jest pi prostu doceniana i szanowana. Wysokość wypłaty jest tutaj drugorzędna.

      Usuń
    3. dokładnie o tym mówię - i weź tu teraz im sypnij pieniędzy, na pewno sytuacja się poprawi... A może zapytajmy tych z sekretariatu czy nauka jest niedofinansowana.

      Usuń
  11. Nie wiem skąd kol. Żmihorski bierze te obserwacje i uogólnia to na cały stan nauki. Z tego co wiem zawsze pracował w PANie, a od pewnego czasu siedzi w Szwecji i komentuje coś, o czym niewiele wie. Pracuję na dużym wydziale uniwersyteckim z pierwszej piątki polskiego rankingu. Od wielu lat wdrażany jest u nas klarowny system oceny pracowników, rankingi są jawne i oparte o wymierne wskaźniki (głównie publikacyjne). Na 120 zatrudnionych osób ok. 20-25 ma w okresie sprawozdawczym (tzn. 4-letnim) mniej niż 5 publikacji. W tej grupie jest kilku profesorów tytularnych po ciężkich chorobach, którzy mają parę lat do ostatecznej emerytury i nikt ich nie zwolni, bo nie ma na to prawa ani przyzwolenia (słusznie), jest grupa tzw. wiecznych adiunktów ze starego systemu, których bronią ustawy wyższego rzędu (głównie kodeks pracy, bo są w wieku przedemerytalnym), ok. 10 osób to są młodzi ludzie, którym nagle zabrakło ochoty do pracy w nauce lub sytuacja życiowa zmusiła do dorabiania na paru etatach. Wszyscy podlegają okresowej ocenie i po dwóch negatywnych zostaną z pracy zwolnieni (paru już podziękowano). Tak więc tylko 15 na 120 osób można określić nierobami. Problem jest w tym, że na większość konkursów po zwolnieniu takich nierobów nie ma kandydatów (mamy stanowiska, gdzie od dwóch lat nie zgłosił się żaden kandydat np. w ekologii, a w kilku konkursach żaden ze zgłoszonych kandydatów nie uzyskał pozytywnej opinii komisji konkursowej). I tu widać jak to niedofinansowanie nauki zabija rozwój wydziału. W najbliższych dwóch latach odchodzi na emerytury 8 profesorów tytularnych, w ciągu czterech lat 12, a kandydatów na ewentualne nowe profesury jest 2-3. Taka się zrobiła luka pokoleniowa.
    To gadanie, że dodawanie pieniędzy do systemu jest marnowaniem to bzdura kol. Żmihorski. To właśnie brak tych finansów powoli zabija naukę. Praca na uczelni jest zupełnie niekonkurencyjna. Dlaczego Kolego nie pracujesz w Polsce tylko skorzystałeś z okazji pracy w Szwecji? Nie mów, że kwestie finansowe nie odgrywały istotnej roli. Jest sporo patologii w systemie polskiej nauki, ale podstawowym źródłem tego stanu jest niskie jej finansowanie.
    p.s. Wydział ze 120 pracownikami obsługują 2 sekretarki, 1 techniczny przypada średnio na 12 naukowych, więc proszę nie gadać o rozbudowanych i rozpasanych kadrach poza naukowych (nota bene ich pensje są poniżej mediany polskiej). Dlatego m. inn. doktoranci i młodzi pracownicy muszą wykonywać wiele prac technicznych sami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Anonimowy z 1 marca 2018 14:50 - wielu z nas pracuje w wiodących jednostkach, gdzie od dawna jest "ciśnienie na wyniki", a warunki do pracy wcale się nie poprawiają. I o to właśnie chodzi Autorowi bloga. Istnieją liczne państwowe "szkoły wyższe", na które idzie poważna kasa. Podobnie na każdej dobrej uczelni są lepsze i gorsze wydziały. Autor bloga (i pewnie większość czytelników) reprezentuje nauki przyrodnicze i ciężko się zastanawia, dlaczego państwo finansuje badania z teologii i innych "ważnych" dziedzin humanistyki, dlaczego nawet w naukach przyrodniczych "nie opłaca się" rzetelnie pracować. Fakt, że my i nasze otoczenie na dobrym wydziale pracujemy uczciwie, nic nie znaczy dla systemu jako całości. System zmarnuje dowolnie wielkie pieniądze, przykładów z innych dziedzin życia w Polsce nie trzeba chyba przedstawiać. Żeby dyskutować o poprawie nauki, najpierw trzeba by było zrzucić nieco balastu i znalazłoby się natychmiast dużo pieniędzy. Ale na to poza Autorem bloga i częścią czytelników nie zgadza się cała reszta środowiska naukowego. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

      Usuń
    2. Kolego z 20:26 - nie widzę sprzeczności w tym co piszesz z tym co chce przekazać Anonim z 14:50. Jest rozdźwięk między dobrymi, a słabymi jednostkami w Polsce, ale wszyscy zarabiają tyle samo. Brak finansowania na dobrym poziomie zabija jednak te lepsze jednostki, a nie te słabsze. Te słabsze żyją z kilku etatów, zleconych itd. Doktorant w monitoringu środowiskowym zarabia więcej niż profesor zwyczajny, dlatego nie ma czasu na pracę naukową, robi kasę dopóki może i wcale potem nie pali się do pracy na uczelni, bo to by była finansowa degradacja. Problemem jest to, że na stanowiskach państwowych nie da się mocno zróżnicować płac, bo to jest prawnie niekonstytucyjne (widełki niewiele różnicują, bo deficyt finansowy jest taki, że na najlepszych uniwersytetach płace są w pobliżu dolnych granic wideł). Dając więcej pieniędzy do systemu nie zmarnuje się ich w lepszych jednostkach, natomiast w słabszych częściowo tak. Ustawa Gowina próbuje zmniejszyć trochę liczbę tych słabszych jednostek, a przynajmniej liczbę osób tam zatrudnionych, ale dalsze duszenie nauki niskim finansowaniem nie będzie zabijać tych słabych jednostek, tylko te lepsze. Na moim wydziale obserwuję podobne procesy jak opisuje Anonim z 14:50. Pojawia się luka pokoleniowa, coraz trudniej o dobrych kandydatów na konkursy, wyjazdy na postdoki kończą się zwykle emigracją.

      Usuń
    3. Anonimowy 1 marca 2018 20:26 do Anonimowy 1 marca 2018 21:49

      "Dając więcej pieniędzy do systemu nie zmarnuje się ich w lepszych jednostkach, natomiast w słabszych częściowo tak."

      Całkowicie zgadzam się z tym faktem. Niestety ten sposób myślenia dominuje u nas od zawsze. Obawiam się, że będzie kontynuowany. Dlaczego lepsze jednostki muszą dzielić się środkami ze słabszymi jednostkami? Ze względu na demografię, ogólne potrzeby społeczeństwa, gospodarkę etc., Polska w ogóle nie potrzebuje większości aktualnie istniejących uczelni. Nawet na wiodących uczelniach spora część studentów jest oszukiwana, jakie to po humanistyce ma się możliwości na rynku pracy. Taki mamy system finansowania.

      Moim zdaniem luka pokoleniowa jest efektem myślenia "jakoś to będzie, byle pieniędzy było w końcu więcej". Można było zatrzymywać więcej młodych ludzi w wiodących jednostkach, ale wtedy trzeba by było zrzucać nieco balastu po PRL, bo budżet z gumy nie był i nigdy nie będzie. Nikt się na to nie odważył. Teraz mamy podobną sytuację. Zamiast racjonalnie dzielić pieniądze, które już mamy w kieszeni, wolimy czekać na przyszłe bogactwo dla wszystkich, czyli godzimy się, że w przyszłości gigantyczne środki dalej będą bezsensownie marnowane przez słabe jednostki. Bez myślenia jakościowego, nie pójdziemy w ogóle do przodu.

      Zróżnicowanie płac w nauce jest już na abstrakcyjnym poziomie. Młody doktor może zarabiać netto od poniżej 2 tys. (technik,asystent) do kilkunastu tys. (najlepsze stypendia/granty itp.) i dzieję się to na jednym wydziale jednej uczelni. Podobnie wygląda sytuacja doktorantów, mogą pobierać stypendium z projektu, do tego zwykłe stypendium z dodatkami i mogą osiągać prawie profesorskie przychody. Tak już jest w najlepszych jednostkach. Można różnie to oceniać, ale wolny rynek pracy w dużych miastach zrobił swoje. Nie oznacza to w ogóle, że przepłacani młodzi doktorzy albo doktoranci robią istotnie lepsze badania, ale to jest dyskusja na inną okazję... Jednak pytanie, jakie oferty pracy ci młodzi naukowcy dostaną po zakończeniu tych stypendiów/projektów, to powrót do sedna sprawy. Trzeba reformować cały system, żeby najlepsze jednostki mogły rozwijać skrzydła, a nie zrzucać się na "szkoły wyższe z małego miasta".

      Usuń
    4. Moze tak, moze nie. Nie ma zadnych dowodow na takie tezy ze wazniejsze sa duze osrodki lub przeciwnie. W tej chwili wiadomo tylko tyle, ze caly sektor akademicki, poza ksztalceniem studentow, nic wiecej nie wnosi do gospodarki, jak tez do zycia spolecznego. A rozni ludzie pisza rozne osobliwe rzeczy, gdyz chca przeciagnac kase w swoja strone.

      Usuń
  12. Też pracuje na lepszej uczelni i dokładnie to samo widzę. Leśnych dziadków z zachodnimi wypłatami. Technicznych którzy przychodzą na kawę a nie do pracy. Innych technicznych którzy pracują za dwóch. Naukowych którzy nie muszą przychodzić do pracy. Zbieżności nazwisk i innych konszachtów których nie widać od razu. Pracowników przed emeryturami z nieprzyzwoitymi wypłatami, którzy nic nie muszą robić. Doktorantów, asystentów i adiunktów z śmieciowymi umowami 1500-3000 PLN/miesiąc z toną obowiązków administracyjnych, publikującymi, projektami i robiącymi badania.

    ps nie wiem jak u was ale u mnie wszelaka kadra administracyjna jest zawieszona pomiędzy wydziałami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcesz powiedzieć, iż naukę na twojej uczelni tworzą jedynie asystenci i adiunkci ze śmieciowymi umowami? Żarty sobie robisz? Edukacja pełnowartościowego nauczyciela akademickiego lub naukowca zajmuje ze 20 lat, a zanim zacznie rozwijać naukę. Także o jakiej dobrej uczelni wielmożny prawi?

      Usuń
    2. Nie, nie tylko. Przepraszam za uogólnienie. Są starsi samodzielni bardziej aktywni naukowo. Niestety to nie jest reguła a ze względu na przepisy i układy starsze osoby są dożywotnimi biorcami wypłaty.

      Te 20 lat edukacji pełnowartościowego nauczyciela akademickiego liczone jest od przedszkola? Jeśli tak to się zgadzam (ale znam przypadki którym 70 lat nie wystarcza).

      Usuń
    3. Kolega z 21:10 mocno naciąga rzeczywistość do swoich z góry ustawionych poglądów (bierze dobry przykład z kol. Żmihorskiego, który też ma taką tendencję naciągania "faktów" do swoich projekcji). Widziałem ostatnio porównanie rankingów osobowych wydziałów przyrodniczych i biologicznych z grupy najlepszych w ocenie parametrycznej (zrobił to prywatnie jeden z naszych kolegów). W pierwszej dziesiątce najlepszych na każdym wydziale profesorowie tytularni i stanowiskowi stanowili ponad 50%. Osoby poniżej habilitacji maksymalnie byli reprezentowani przez dwóch osobników (ranking był wyłącznie po punktach za publikacje). Gadanie więc, że w tych "lepszych" jednostkach to ta wspaniała młodzież tworzy naukę to grubo naciągana teza. Ranking nie uwzględnia instytutów PAN-owskich, ale te co znam maja też sporą grupę wybitnych uczonych z tytułami. Przestańcie więc koledzy żartować jak ten z 21:10.

      Usuń
    4. Czuje się trolowany ;-) U mnie dopisywanie tytularnego jest normą. Dziwiłbym się gdyby było inaczej w tym rankingu Anonimie z 1 marca 2018 22:00. Możliwe, że nie wszędzie trzeba dopisać miśka dla pomyślnych wiatrów.

      Usuń
    5. Anonim z g. 21:52.,

      Szkoda, aby asystenci lub adiunkci mieli dorobek badawczy na miarę profesorów tytularnych, bez przesady. Koloryzujesz rzeczywistość kolego, gdyż wiek niejednokrotnie bywa atutem w nauce, a czego pojąć nie potrafisz vide casus 20 lat edukacji pełnowartościowego nauczyciela lub naukowca.

      Usuń
    6. Tym razem kole(-żanka/-ga) żartuje. Nie tylko asystenci lub adiunkci mogą mieć dorobek lepszy, niż profesorzy, ale nawet doktoranci. Wystarczy otworzyć się na świat. Trójka doktorantów w moim instytucie (na prestiżowej uczelni) po wyjeździe na staże (3 różne), gdzie współpracowali z dobrymi zagranicznymi zespołami, została współautorami publikacji w TREE i PNAS. Jaki procent profesorów tytularnych może pochwalić się takim dorobkiem?

      Druga sprawa: na czym polega 20 lat edukacji pełnowartościowego nauczyciela? Studiowałem na studiach magisterskich, doktoranckich, współpracuję teraz z kilkoma akademickimi nauczycielami i z moich doświadczeń wynika jedno: nauczyciele akademiccy są słabi. Nie znają warsztatu nauczycielskiego, nie edukują się w tym kierunku, a moja (podkreślająca swój prestiż) uczelnia nie wymaga od takich nauczycieli podnoszenia kompetencji. Większość kursów jest prowadzona w taki sposób, że na ćwiczeniach nie są przekazywane żadne umiejętności, a wiedzę można nabyć samemu, bez "pomocy" prowadzących zajęcia.

      Usuń
    7. @ anonim z g. 10:44.,

      Odniosę się tylko do pierwszej części wypowiedzi anonima. Otóż miejsce publikacji nie jest wyznacznikiem jej jakości, ani nie oznacza, iż takowa publikacja wnosi coś nowego w danej dyscyplinie. Niejednokrotnie w czołowych periodykach naukowych globu zarówno pozytywna decyzja redakcji, jak i podwójna recenzja nie powstrzymały publikacji, które później okazały się bublami.

      Usuń
    8. Ależ jest. Nasi starsi koledzy właśnie do tego doprowadzili. Jakość naszych badań jest oceniana na podstawie punktów IF, punktów ministerialnych i ilości cytowań. To dotyczy dowolnego konkursu o stanowisko, projekt badawczy czy stypendium. To właśnie Państwo nas oceniają, więc nie odwracajcie teraz Państwo kota ogonem. Dostawałem już od Państwa feedback biorąc udział w różnych konkursach NCN oraz uniwersyteckich. Państwa recenzje nigdy nie odnosiły się do merytorycznej zawartości mojego dorobku, a zawsze do ilości uzbieranych punkcików. Dlaczego prace profesorów tytularnych opublikowane w słabszych pismach mają być z zasady lepsze, niż prace doktorantów i doktorów opublikowane w lepszych pismach? Czy prace profesorów nie są bublami z zasady, dlatego, że są pisane przez profesorów, a prace doktorantów i doktorów są bublami dlatego, że ich autorzy są za młodzi, niedoświadczeni i muszą sobie jeszcze poczekać? Czy fakt, że "zarówno pozytywna decyzja redakcji, jak i podwójna recenzja nie powstrzymały publikacji, które później okazały się bublami" oznacza, że jako młody doktor mam siedzieć spokojnie w miejscu wyznaczonym mi przez profesorów tytularnych i nie wychylać się? Słabo, bo naprawdę chciałbym robić dobrą naukę, a tracę do tego chęci kiedy wmawia mi się, że cokolwiek zrobię i tak będzie z tego bubel. Dogadajcie się wreszcie, jak chcecie oceniać dorobek naukowy, bo nie może być innej miary dla doktorów, a innej dla profesorów. To żenada.

      Usuń
    9. To biadolenie rzekomo gnębionych młodych geniuszy przez "leśnych dziadków" to przewodnie hasło tego blogu od wielu lat, tylko niezgodne z rzeczywistością, przynajmniej na uniwersytetach z polskiego topu.
      Na moim wydziale (jestem Anonimem z 14:50) widać wyraźny podział w systemie publikowania między biologia laboratoryjną i środowiskową. W laboratoryjnej kierownicy zespołów lub całej jednostki są dopisywani do większości prac, prace są wieloautorskie, ale i młodzi i starzy mają w związku z tym publikacje w całym wachlarzu tytułów (dominują tam publikacje z przedziału 25-45 pkt.). W jednostkach środowiskowych publikacje są zwykle 2-3 autorskie, kierownik zespołu jest dopisywany tylko wtedy, gdy bierze aktywny udział w realizacji projektu i pisaniu pracy (tu dominują prace za 25-30 pkt, jest tez sporo za 20 pkt.). W dziale środowiskowym jest też sporo publikacji jednoautorskich co wyraźnie wskazuje, że tam się szef nie dopisuje (są to zwykle monografie). I tak jest praktycznie na całym świecie, a zwiedziłem sporo krajów - w jednostkach laboratoryjnych szef jest zwykle dopisywany obligatoryjnie, a w środowiskowych lub systematyce jest tom proceder znacznie rzadszy.
      U nas do 3n wchodzą prace tylko od 25 pkt., pieniądze na jednostki są dzielone też tylko według tych punktów. I tu również widać specyfikę podziału wg typu pracy. W jednostkach laboratoryjnych kasa idzie zwykle do wspólnego worka i to szef wydziela na stosowne projekty, w jednostkach środowiskowych i systematyce pieniądze idą bezpośrednio do pracowników. Więc jak jakiś leśny dziadek nie ma publikacji za minimum 25 pkt to dostaje 0 zł.
      Wcale nie jesteśmy wyjątkowym wydziałem w tym systemie publikowania i podziału kasy. Od kolegów z innych wiodących wydziałów wiem, że u nich to podobnie funkcjonuje. Ktoś w końcu musi zapewnić te 19 miejsce na świecie nauki polskiej w rankingu Scopus.
      Jeden z kolegów biadolących tutaj pisze, że jest z "lepszego" wydziału czy jednostki. Co w takim razie Kolega ma na myśli oceniając go jako "lepszy"? Pod jakim względem? Jeżeli jest taki feudalny to na pewno nie jest z grupy "lepszych". To się, niestety, w znacznej mierze wyklucza.
      Profesura ma spory parasol ochronny, to prawda. Ale żeby tym profesorem zostać to w biologii trzeba się naprawdę wykazać. Przecież profesor na tenure w krajach zachodnich ma też parasol ochronny (to właśnie te tenure go z automatu zapewnia, daje mu wysoką płacę, ubezpieczenie, miejsce na parkingu i bardzo utrudnia jego zwolnienie). Już kilkakrotnie na tym blogu różne osoby pisały, że obecnie na tych lepszych (ale prawdziwie lepszych) wydziałach władzę sprawuje młoda profesura punktowa (u mnie tez tak jest). Żaden z leśnych dziadków ze starego systemu nie ma już nic do powiedzenia. Widać więc, że wielu młodych skutecznie skorzystała z szansy nowego systemu. A że teraz jak sama zdobyła profesury, to podnosi progi dla tych co są za nimi to specyfika tego wyścigu szczurów, który sam system wprowadził. U nas też władze podniosły właśnie progi na stanowiska i tytułu dla dopiero wchodzących pokoleń. Taka jest ludzka natura.

      Usuń
    10. Ciężko czytać takie opinie, pisane albo w złej wierze, albo w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. Konkrety:

      "Więc jak jakiś leśny dziadek nie ma publikacji za minimum 25 pkt to dostaje 0 zł." - właśnie problemem jest to, że ten leśny dziadek co ma publikacje słabe, nadal okupuje stanowisko kierownika, dyrektora, itp. Dostaje też wysoką pensję, a pewnie też rozdysponowuje pieniądze zakładu/katedry, więc brak dodatkowych nagród za publikacje naprawdę nie robi mu krzywdy.

      "żeby tym profesorem zostać to w biologii trzeba się naprawdę wykazać" - to opinia wręcz z pogranicza śmieszności. Radzę sprawdź anonimie dorobek naukowy polskich profesorów, na przykład pewnych ekologów z uniwersytetu z Warszawy, tych od migracji z Gdańska, licznych zoologów, albo niektórych profesorów w PANie, nie mówiąc o jakichś UMCSach, KULach itp. Po prostu mamy masę profesorów i habilitowanych, którzy nie powinni skończyć doktoratu i wielu z nich ma duży wpływ na kształt polskiej nauki, decyduje o pieniądzach, o grantach, recenzuje habilitacje (mojego kolegę recenzował profesor-gamoń mający dorobek naukowy wielokrotnie mniejszy od recenzowanego, a opinię wydał negatywną!) ma doktorantów itp. Każdy z czytelników tego bloga zna pewnie wielu takich ludzi, więc pisanie że trzeba się naprawdę wykazać jest absurdem.

      Usuń
    11. Kolego Michale, masz problem z czytaniem ze zrozumieniem. Piszę wyraźnie, że na moim wydziale i innych z tej samej działki, które znam znakomitą większość stanowisk kierowniczych zajmuje profesura z nowego rozdania. Punktowo, ich dorobek jest bez zarzutu (choć mam czasem wątpliwości, czy niektórzy z nich reprezentują odpowiednio szeroki poziom intelektualny, ale system tego nie wymaga). Też mógłbym podawać przykłady krzywdzących recenzji, złego poziomu wykładów itp., ale to nie upoważnia do uogólnień, że generalnie to jest dno i wodorosty. Skoro w czołowych jednostkach do 3n wchodzą tylko publikacje za minimum 25 pkt (a w biologii molekularnej to już nawet co najmniej 35 punktów), a podane przykłady wskazują, że na ten dorobek w znacznym stopniu zapracowuje profesura, to możesz sobie dalej obrażać środowisko z pozycji zewnętrznego subiektywnego obserwatora, ale faktów nie zmienisz. W twoich wypowiedziach na blogu widać zawsze taka prawidłowość, że jak ktoś podaje fakty przeczące twoim tezom to zostają ci tylko epitety typu "śmieszność", "absurd" itp. Rozumiem, że ktoś ciebie skrzywdził w tym PANie, ale znam też historie z twojego byłego Instytutu, że do niektórych brzydkich sytuacji sam przyłożyłeś rękę. Oddziel prywatne żale do środowiska od faktów. Jeżeli jesteś inteligentny (a zakładam, że tak) to powinieneś wiedzieć, że pewne złogi z przeszłości nie da się naprawić żadną reformą. W takich środowiskach jak akademickie nigdy żadne rewolucje się nie odbywają. Na dobrych uczelniach wiele zmieniło się na lepsze i trzeba wspierać te ruchy, które będą te pozytywny zmiany coraz bardziej wspierały. Biadolenie, że jakieś dziadki jeszcze się po tych uczelniach plączą nic pozytywnego nie wnosi. A jak te dziadki pójdą do polityki, to dopiero sobie odbiją.

      Usuń
    12. Prawda, mam poważne problemy z czytaniem, a z czytaniem ze zrozumieniem w szczególności. Dlatego cytowałem Twoją wypowiedź, żeby niczego nie przekręcić. I podtrzymuję że mnie ona śmieszy. Szczególnie z perspektywy szwedzkiej, ten pewny siebie głos wołający z rzekomo świetnego uniwersytetu (choć - nie wiadomo dlaczego - zaklasyfikowanego gdzieś pewnie koło siódmej setki w rankingu szanghajskim) wydaje się dość zabawny. Nie chodzi mi o jakiś personalny przytyk (z resztą wobec anonima chyba trudno o taki), ale o ogólną refleksję, że przekonania o własnej świetności nam nigdy nie brakowało.
      Drobnych złośliwostek o rzekomej mojej krzywdzie nie komentuję, szkoda naszej młodości, ale jedna uwaga: nie podajesz anonimie "faktów", bo piszesz o "jakimś" uniwersytecie, który jest w Twojej opinii dobry, jednak nie na tyle, by nie trzeba było ukrywać jego nazwy ;-)

      Usuń
    13. Wcześniej napisałem, że mój uniwersytet jest w grupie Kraków-Poznań-Warszawa-Wrocław (to chyba są uczelnie z polskiej pierwszej piątki). Ale ponieważ dla ciebie wszystkie polskie uczelnie to dno, a polska nauka to te przysłowiowe wodorosty to nie ma znaczenia, na którym z tej czwórki pracuję. Życzę powodzenia w Szwecji, błyskotliwej dalszej kariery naukowej i wylądowania na uczelni z pierwszej dziesiątki rankingu Szanghajskiego.

      Usuń
    14. Stosujesz anonimie manipulację, wmawiając mi słowa o dnie i wodorostach, tymczasem ja piszę, że polska nauka i polscy naukowcy mają duży potencjał (a zatem przeciwnie do tego co mi wmawiasz) ale - szczególnie ci młodsi - są ograniczani przez "leśnych dziadków". To zasadnicza różnica.

      Dzięki za życzenia, również życzę wszystkiego dobrego.

      Usuń
  13. Nie pisze o wszystkich tylko o pewnej grupie pracowników.

    Nie napisałem też, że młodzi są lepsi i super. Młodzi mają fatalne zatrudnienie, są tani i łatwo się ich pozbyć. Jeśli nie pracują to nie będą mieli kolejnej umowy. Tytularni i inni starsi pracownicy mają spory parasol ochronny.

    OdpowiedzUsuń
  14. Sie narobilo. Nie bede odnosil sie do glosow tutj, gdyz one sa w duzym stopniu pochodna perturbacji z reforma. Napisze kilka zdan ogolnie. Otoz glowny cios w Ustawe 2.0 nastapil jednak nie ze strony Terleckiego, czy Listu "150", tylko ze strony Ministerstwa Finansow. Nie chodzi nawet o odmowe zwiekszenia nakladow, tylko o opinie, ze na sektor akademickie nie bardzo warto dawac wiekszych pieniedzy, gdyz sa sprawy wazniejsze. To jest dosc osobliwa opinia, ale co istotniejsze, wydali te opinie ludzie Premiera, z ktorym podobno Min. Gowin zyje bardzo dobrze. Po prostu szok. Pieniedzy raczej trudno bylo sie spodziewac, ale zazwyczaj w takich przypadkach pojawiaja sie delikatne slowa, ze sytuacja jest szczegolna, ze zima, ze upaly, ale ze decydenci beda na pewno pamietac i robic co tylko sie daje. A tu nic z tych rzeczy. Po prostu, sektor akademicki nie dostanie wiecej pieniedzy, bo jest malo znaczacy. Szczerze, bez znieczulenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie rozsądni od początku majaczeń MNiSW o reformie sektora wiedzy w Polsce wiedzieli, iż większych nakładów w szkolnictwie wyższym i w nauce nie będzie. Dziś przeznaczamy 0,80 % PKB na szkolnictwo wyższe i 0,45 % PKB na naukę wraz ze wsparciem funduszy strukturalnych UE włącznie. W przypadku nakładów na naukę, to zajmujemy dopiero 35 miejsce w Europie. Współczesna Polska nie uchodzi za kraj wysokorozwinięty, poważny skoro nauka traktowana jest, jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Ponadto planowane zbrojenia w kraju stopniowo wyszlamują polski budżet do dna, a to oznacza, iż polski sektor wiedzy ogółem w najbliższej dekadzie czeka finansowa nędza. A później skończy się jakakolwiek nauka w Polsce z braku istotnych nakładów i odpowiednich kadr także. Pozostaną jedynie majaki reformatorskie w głowach decydentów i sny o potędze, bez pieniędzy.

      Usuń
    2. Anonimowy3 marca 2018 13:17,
      Ta odpowiedź jest bez znieczulenia, bo pisał ją wkurzony wiceminister do innego wiceministra, który profesjonalne uwagi tego pierwszego systematycznie lekceważy. Znieczulenie jest w wypowiedziach polityków do Suwerena: w wywiadach Gowina czy Muellera.

      A główny cios spada ze strony Gowina, który tę ustawę zwyczajnie spartolił.

      Usuń
    3. Nie wiem, czy projekt ustawy 2.0 w ogóle przejdzie? A jeżeli przejdzie, to w jakiej skali zostanie przebudowany? Bez względu na to, to niewiele się zmieni zarówno w szkolnictwie wyższym, jak i w nauce. Nadal dydaktyka będzie premiowana, rozliczana, a badania naukowe, nauka, wdrożenia pozostaną jedynie kosztownym hobby. Nie będzie więcej pieniędzy w nauce niż jest obecnie, a niewykluczone, że będzie nieco mniej. Właściwie ten projekt ustawy 2.0 to niewypał w swej istocie. I to wkurza po ponad dwóch latach konsultacji społecznych, debat, konferencji, kongresów, seminariów itd., itp. Tyle bicia piany i wyszedł na końcu tylko bzik Kowalski.

      Usuń
    4. do zk: Czy mozna prosic o rozbudowanie fragmentu: "główny cios spada ze strony Gowina, który tę ustawę zwyczajnie spartolił". PS. Dla mnie ta ustawa byla dziwna, o tyle, ze nie stoi za nia zadna duza sila spoleczna (trudne uwierzyc w poparcie rektorow, byl to raczej rodzaju jakiegos deal-u, za ktorym mialy stac pieniadze, ale tych ostatecznie okazalo sie, ze nie ma). Ale chetnie zapoznam sie z innymi opiniami.

      Usuń
    5. Projekt ustawy 2.0 przypomina lecący samolot, który płonie od tyłu i coraz jakiś element jego odpada. Mamienie krajowego środowiska akademickiego pieniędzmi już nie ma sensu, bo ich nie będzie to jasne, dlatego wyszła wielka lipa z tej pseudoreformy, która miała podłechtać podniebienie niektórych fantastów - decydentów.

      Usuń
  15. Po co się kłócicie i dyskutujecie. Panie Michale, proszę popatrzeć
    http://www.ck.gov.pl/promotion/id/4039/type/l.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ładne, h=3, 28 cytowań w tym 24 auto... Proszę anonimowego broniącego doskonałości polskiej nauki o komentarz - ta pani już pewnie ma swoich doktorantów

      Usuń
    2. Uważaj Michał, bo w tym zacietrzewieniu się podkładasz, co zaraz ci wytkną. 24 cytowań jest bez autocytowań, więc tylko 4 są auto. Nie zmienia to ogólnej oceny całości, ale lepiej nerwy kontrolować.

      Usuń
    3. racja, przepraszam! To bardziej z wrodzonego roztargnienia, niż zacietrzewienia, ale ewidentnie mój błąd

      Usuń
    4. Błąd Michał to jest to, że habilitacja przechodzi przy h=3. Co to za różnica 24 cytowania z uwzględnieniem czy tez z wyłączeniem autocytowań. Tak czy siak to tragicznie mało.

      Usuń
  16. Ale ciekawsze jest to, że były dwie recenzje negatywne, a mimo to przeszło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawy tekst na ten temat jest na http://ekulczycki.pl [Jak recenzenci oceniają w postępowaniach habilitacyjnych].
      Fragment podsumowania: "Podobnie w przypadku negatywnych recenzji – dwie lub trzy przesądzały najczęściej o negatywnym wyniku postępowania. Odnotowałam jednak 2 postępowania, które ukończyły się sukcesem mimo trzech negatywnych recenzji...".
      Tutaj można by się zachwycić reformą Gowina, w której jest/było wpisane, że przy dwóch negatywnych recenzjach rada wydziału nie może przegłosować habilitacji.

      Usuń
  17. I właśnie o tym min. jak się domyślam Pan Michał pisze. Są świetne grupy i świetni naukowcy w Polsce; ale 60% to są ludzie pokroju tej Pani lub troszeczkę lepsi. Jak tacy ludzie mają kształcić następne pokolenia naukowców. Przecież to jest ewidentne wykańczanie nauki w Polsce. Wcześniej byłem za zatrzymaniem habilitacji, ale po czymś takim, po co utrzymywać fikcję ??? Takich przypadków są setki, mamy obecnie b. dużo habilitowanych, których poziom jest żenujący mają jednak oni o sobie bardzo wysokie mniemanie. Mój wydział został opanowany przez takich geniuszy. Nie ma szans żeby podnieść wymagania co do pozytywnej oceny okresowej. Limit to jedna publikacja na 4 lata i wtedy spełnia się wymogi. Panie Michale, nauki polskiej już nie ma. Nie można walczyć z wiatrakami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli polskie państwo, gospodarka, szkolnictwo wyższe niewiele znaczy w Europie, świecie, to i inne dziedziny, sektory życia nie będą odmienne. W dobie postępującej globalizacji rozpuściliśmy się, jak przysłowiowy funt mydła w pupie świata. Wszystko przeminęło z wiatrem poza narodowymi majakami o potędze.

      Usuń
    2. pełna zgoda z tym co pisze Anonimowy5 marca 2018 21:09 - takich "geniuszy" z habilitacjami jest masa i to oni będą rozdawać karty przez najbliższe lata. Młode wilki z dobrym dorobkiem też są, ale jest ich mniej, nie mają takiej siły przebicia, bo miernych jest więcej i mają większą motywację do obrony swoich stanowisk (gdy stracą stanowisko nikt i nigdzie ich nie przyjmie, bo nic nie potrafią i mają słaby dorobek). Ale mimo to niektórym humory dopisują i są przekonani o świetności polskich uczelni.

      Usuń
    3. Nie jestesmy ani swietni, ani slabi. Jestesmy sredniakami. A ten przypadek niczego nie dowodzi, gdyz ludzie kombinuja wszedzie. W W-wie taka osoba, "ktora powinna przejsc" jest dopisywana do paru publikacji z miedzynarodowym towarzystwem i cytowania same sie nabijaja. Natomiast polska nauka nie ma zadnego wplywu na gospodarke (jak to ma miejsce np. w Japonii), wszystko co wazne pochodzi z zewnatrz (urzadzenia elektroniczne, mechaniczne, koncepcje spoleczne typu nowy feminizm). Polska nauka pelni tylko pewna "treningowa" role w procesie doksztalcania kadry prowadzacej zajecia ze studentami. Podsumowujac, wszystkie instytuty badawcze nalezy zlikwidowac, a kadre wcielic do istniejacych uczelni. Szkoda tych ludzi, ze pelnia obecnie role permanetnych kopaczy i zakopywaczy dolow - w kazdym razie ja rozumiem tych, co wola w tym czasie plotkowac i pic kawe.

      Usuń
    4. Miałem już nie zabierać głosu w dyskusji na tym forum ale te brednie akceptujących obecny system i mówiąc że jest ok, po prostu jest nie do zniesienia. Przestań "walić" takie farmazony jak "W W-wie taka osoba, "ktora powinna przejsc" jest dopisywana do paru publikacji z miedzynarodowym towarzystwem i cytowania same sie nabijaja" Dopisują się do g. czasopism z IF<1 w towarzystwie ukraińców i białorusinów ewentualnie czechów i żadne cytowania się w takich czasopismach nie nabijają. NIkt nikogo nie dopisuje do czasopism z IF>4, a tutaj chyba mówimy o najwyższej klasie. Przed współautorami też trzeba się wytułmaczyć z dodatkowego autora.

      Usuń
    5. I to jest trafienie w sedno! Można kogoś, kto za 2000 zł (PAN) popija kawę i plotkuje w pracy uważać za nieroba bądź za człowieka, który świadczy pracę godną płacy (w Biedronce na kasie od kopa ma się pod 3000 zł). Więc dalej gońmy "nierobów" i broń boże nie podnośmy wydatków na naukę (nie edukację) bo może ktoś tę kasę zdefrauduje. A jako wzór naukowca-Polaka, proponuję, kawalera/pannę pracującego po 12 godzin na dobę za 2000 zł.

      Usuń
  18. do An. 13:54
    Oj naiwny, naiwny, naiwny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak samo do An. z 13:54 - zaklinasz rzeczywistość. Popracuj na uczelniach medycznych to się przekonasz, czy nikt nie dopisuje się do publikacji z IF>4 i czy się z tego tłumaczy. Podobnie w pracowniach z biologii molekularnej, gdzie szef jest dopisywany praktycznie obligatoryjnie. Rzeczywistość polskiej nauki jest dużo bardziej złożona i nie tak czarno-biała jak ją widzą kol. Żmihorski jak i jego oponenci. Można mieć wyjątkowe szczęście i znaleźć się w doskonałym zespole pracującym wg najlepszych standardów jak i kopać się z koniem (ja dopiero w trzecim podejściu znalazłem taki dobry zespół). Nie umiem jednoznacznie ocenić tego co się w polskiej nauce dzieje, bo poznałem taki wachlarz postaw i problemów, że przechodziłem od depresji do euforii. Dzisiaj nie muszę myśleć o emigracji i poznałem jeszcze kilka naprawdę świetnych zespołów w Polsce więc wiem, że nawet w tych warunkach i w tym systemie można coś sensownego zrobić (choć, oczywiście, system sam powinien do takich sytuacji prowadzić).

      Usuń
    2. To prawda pamiętacie słynny artykuł w Nature o terapodach naszych geologów, gdzie autor nie tylko musia l dopisać dyr. instytutu ale i jego żonę. Znam to z autopsji. Za odmowę dopisywania szefa i jego żony , a w drugim tylko szefa pracuje już na 3-ciej uczelni.

      Usuń
  19. Właśnie ogłoszony został nowy program NAVA'y. Zastanawia mnie jednak dlaczego osoba przyjeżdżająca z zagranicy ma 10 razy więcej zarabiać niż ja za taką samą wykonywaną pracę. Czy to jest zgodne z konstytucją. Tego typu granty są w NCN i nazywają się Maestro. Jak ktoś chce przyjechać z zagranicy i tworzyć grupę badawczą może napisać grant i konkurować z polskimi naukowcami!
    Czyżby to był sposób ściągnięcia do kraju swoich rodaków przez pana Gowina i nie mam tu na myśli Polaków. Wtedy nie będą musieli konkurować z Polakami. Ciekawa furtka.
    Ciekawi mnie też czy Polacy wyjeżdżający za granicę w nowym programie NAWA też będą otrzymywali wynagrodzenie w kwocie 350 tys. rocznie, czy dalej tak jak to jest w mobilności głodową stawkę 10 tys. miesięcznie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest jak z piłką nożna w Rosji, żeby ktoś dobry tam chciał przyjechać to oligarchowie muszą dać 10 razy więcej niż kluby z Anglii bądź Hiszpanii.
      To pokazuje nasz prawdziwy potencjał, a nie pozycję wynikającą z propagandy "dobrej zmiany". Aby dostać się do Oksfordu ludzie płacą Anglikom, aby stworzyć grupę w Polsce to my musimy płacić i płakać...

      Usuń
    2. Bzdura. Potencjał polskiej nauki nie ma tu nic dorzeczy. Nie jesteśmy i nie będziemy konkurencyjni finansowo dla wielkich capacitas globu. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to buja w obłokach.

      Usuń
    3. Bzdura. Potencjał nauki i nakłady finansowe są ze sobą ściśle związane. Nauka to zabawa dla zamożnych...

      Usuń
    4. Bzdura. Finansujemy polską naukę na poziomie 0,45 % PKB, co daje nam 35 miejsce w Europie, a mimo tego polska nauka zajmuje 19 miejsce w skali globu, bez podziału na dyscypliny, specjalności naukowe według prestiżowej bazy Scopus. Potencjał polskiej nauki, osiągnięcia są wyższe niż nakłady nań poczynione. Natomiast zgadzam się, iż nauka to zabawa dla zamożnych społeczeństw, ale jednak myślących.

      Usuń
    5. Dalibyście spokój z tym idiotycznym przekrzykiwaniem się. Zachowujecie się jak dzieci. Nikt takich kłótni nie będzie traktował poważnie.

      Usuń
    6. Bzdura. Sam byś przestał przekrzykiwać...

      Usuń
  20. Wysluchalem wypowiedzi Min. Gowina w TVN24 (link jest u Obywateli Nauki). Zastanawiam sie czy Min. Gowin w ogole czytal te Ustawe 2.0. On mowi, ze ustawa jest wymierzona w profesorow, tak zeby mlody doktor mogl tworzyc wlasna grupe i w ogole wszystko ma byc jak na Zachodzie. Moze warto przypomniec, ze nie jest planowana likwidacja tytulu profesorskiego, jak tez do prowadzenia doktorantow dalej bedzie konieczny dr hab. Natomiast planowane jest przede wszystkim przekierowanie funduszy w strone uczelni wielkomiejskich, co Min. Gowinowi podsuneli doradcy-celebryci z okolic FNP, po tym, gdy ograniczono nieco mozliwosci przyznawania "znajomym krolika" grantow w NCN. W kazym razie, nieladnie jest sugerowac, ze ustawa ma zmienic uklad feudalny, skoro to nie jest to planowane. Chodzi jak zawsze, glownie o kase. Poniewaz nowych srodkow nie bedzie, chodzi o inny podzial tego co jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedź MF była i jest jasna, a mianowicie nie ma w polskim budżecie owych mitycznych 167 mld zł., które miały wraz z ustawą 2.0 zrealizować główne założenia konstytucji dla nauki, więc te środki, które są dostępne obecnie będą jeszcze bardziej dzielone na czworo lub sześcioro. Wracamy do międzywojnia, gdzie nauka była piątym kołem u wozu?

      Usuń
  21. Ciekawe co sie dalej stanie z budzetem dla srodowiska akademickiego i Ustawa 2.0. Na razie wciaz mozemy sobie tylko pogdybac, ale prawdopodobnie obie rzeczy wyklaruja sie wkrotce. Ja obstawiam taki wariant: Min. Gowin dostanie z Ministerswa Finasow bardzo niewielki zastrzyk finsowy na rozwijanie inicjatyw typu NCN, NCBiR i NAWA, natomiast Ustawa 2.0 trafi do Sejmu i tam "ugrzeznie". Wg mnie takie rozwiazanie pozwoli Gowinoowi i Terleckiemu oglosic sie zwyciezcami w tym konflikcie neoliberalowie-PiS. Chociaz oczywiscie mozliwy jest wariant "szaolny": pieniedzy wiecej nie bedzie, a Ustwa 2.0 bedzie i tak wdrazana. To drugie rozwiazanie nawet bardziej pasuje do charakteru obecnej ekipy rzadzacej, ale nie pasuje do charakteru Min. Gowin, ktory bardzo dba o swoj wizerunek czlowieka "dialogu". Zobaczymy. Obstawiam 60 procent za pierwszym wariantem, 40 procent za drugim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinieneś się najpierw wsłuchać w głos MF, które jasno dało do zrozumienia, iż 167 mld zł., a związanych z projektem ustawy 2.0 nie ma i nie będzie w budżecie państwa. Ponadto zainteresuj się programem Wisła dla WP, który może pożreć nawet 70 mld zł. na dobry początek. Każdy w tym kraju ma jakieś wizje, fantazje, rojenia, tylko pieniędzy nie ma. Jaki sens ma projekt ustawy 2.0, bez realnych funduszy? Według mnie żaden, choć nie pozbawiajmy Polaków fantazji, jak zwykli mawiać Niemcy w Europie.

      Usuń
    2. "Ponadto zainteresuj się " - hm, jakas nowa ciekawa forma dyskusji poprzez wydawanie polecen innym... No, a Gowin do zachowania twarzy nie potrzebuje 167 mld, potrzebuje gora dodatkowe 0,5 mld (zeby pokazac, ze potrafil zdobyc), a sama ustawa 2.0 do niczego nie jest mu potrzebna. Ale zachodzi pytanie, czy gosciom z PiS-u, Gowin jest ciagle potrzebny. Dlatego obstawiam 60-40.

      Usuń
    3. Nie wydaje poleceń innym, to raczej brzmi zbyt wojskowo, jak dla mnie. Jakkolwiek sytuacja się nie zakończy, to projekt ustawy 2.0 nie jest żadną reformą. W ogóle w piramidzie hierarchii wartości polskiego państwa, społeczeństwa same badania naukowe lub nauka zajmują odległe miejsca.

      Usuń
  22. Drogi Michale,
    A co sądzisz o https://academic.oup.com/spp/advance-article/doi/10.1093/scipol/scx054/4372434 ?

    OdpowiedzUsuń
  23. Pana Michala nie ma, bo jest zajety klaskaniem dla Gowina u Obywateli Nauki. A wlasciwie to nie dla Gowina, tylko dla Ministra Finansow, zeby nie bylo podwyzek dla naukowcow. Bo jak beda, to przechwyca je profesorowie belwederscy i co najwyzej przepuszcza na kochanki, a przecietny Kowalski nie bedzie mial z tego absolutnie zadnej korzysci. Troche racji w tym jest. Ale ludzie z okolic FNP forsujacy publikacje w Naure w ramach miedzynarodowych "cwanych" spoldzielni tez nic nie maja do zaoferowania przecietnemu Kowalskiemu z Polski. Tak czy inczej, serial z reforma ma sie dobrze i wykreowal na prawdziwe gwiazdy juz wiele postaci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten wpis świadczy raczej o jego Anonimowym Autorze, nie o Panie Michale. Przydałoby się trochę kultury w środowisku naukowym.

      Forma ma znaczenie.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Bardzo wyszukana kulture w srodowisku naukowym to mamy caly czas. Tylko efektow dla Kowalskiego brak. PS. Wczesniejszy wpis to nie byl wpis o p. Michale, tylko wyjasnienie dlaczego go tu nie ma. Po prostu jest gdzie indziej.

      Tez pozdrawiam.

      Usuń
    3. To nie jest żadna reforma szkolnictwa wyższego w Polsce. Projekt ustawy 2.0 nie wprowadza żadnych zmian jakościowych, ani nie zwiększa poziomu finansowania sektora wiedzy. Stoimy w miejscu, a co do przeciętnego Kowalskiego to i tak jesteśmy, pozostaniemy peryferiami cywilizowanego, rozwiniętego świata. Z tej drogi odwrotu już nie ma.

      Usuń