czwartek, 28 listopada 2019

Ręczne sterowanie w punktacji czasopism

Blog ostatnio ledwo ciągnie (praktycznie wcale - gdyby ktoś chciał się włączyć bardziej, to zapraszam), ale jeszcze się nie poddaję. Oto ciekawy przypadek: Ministerstwo ręcznie zmieniło (w wielu przypadkach drastycznie!) punktacje czasopism naukowych. To co wyszło z rąk zespołu ewaluacyjnego w bliżej nieokreślonych okolicznościach i przy braku uzasadnienia zostało zmienione: część punktów poszła mocno w górę (aż o 3 kategorie!), część spadła.

Więcej szczegółów w tekście prof Jacka Radwana:
https://prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2019/10/kronika-wydarzen/zmiany-w-gornej-strefie/

Michał Żmihorski

48 komentarzy:

  1. Nic to dobrego nie wróży nauce polskiej w nadchodzącej dekadzie. Centralne planowanie, ręczne sterowanie, cykliczne ograniczanie nakładów finansowych itp. Podwyżek 10% także nie będzie ani w szkolnictwie wyższym, ani w nauce. Na nic nie ma pieniędzy. Smutne to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie z nadchodzącą ewaluacją jednostek naukowych będą podobne historie...władza już wie kto ma dobrze wypaść. W trudnych latach 90 niektórzy wołali "komuno wróć", i po 30 latach wróciła...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wraca po 30 latach nowa odsłona starej komuny. Może warto rozważyć akademicką okupację gmachu MNiSW? Potrzebna jest jedynie solidarność środowiska, koce, żywność i taczka dla pana ministra Jarosława Gowina za jego konstytucje dla nauki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że prof. Radwan nie wymienił chociaż z jakich specjalności było najwięcej zmian. Nie wierzę, że tych korekt dokonywał urzędnik w ministerstwie. Gdybyśmy mieli dane odnośnie specjalności, można by się domyślać jakie lobby stało za tymi zmianami.

    Może kol. Żmihorski wrzucił by na blog również zaczyn dyskusji nad rozstrzygniętym konkursem na Uczelnie Badawcze. W zasadzie ta wygrana 10-tka nie budzi większych zastrzeżeń, ale warto się wczytać w komentarze zagranicznych ekspertów, które czynniki wpłynęły na końcową ocenę. Sporo ich opinii dotyczyło zupełnie innych wartości niż podkreślane na tym blogu, a zupełnie nie dostrzeganych w Polsce. Ta inna optyka wpłynęła na to, że niektóre uczelnie, które uważały się za pewniaków do pierwszej 10-tki spotkała przykra niespodzianka (dotyczy to szczególnie uczelni technicznych).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ anonim z 09:40


      Rzeczywiste uczelnie badawcze globu szanowny anonimie nie zostały wybrane w drodze jakiegokolwiek ministerialnego konkursu z udziałem ekspertów zewnętrznych. Każda uczelnia badawcza globu uzyskała ten status poprzez elitarne kształcenie, bardzo silne umiędzynarodowienie, realizacje wyprzedzających badań naukowych, co zostało rozłożone na długie dekady. Na prestiż, uznanie i awans w międzynarodowych rankingach akademickich trzeba zapracować. Tym samym żadna z 10 rzekomych polskich uczelni badawczych, bez międzynarodowego uznania, certyfikacji nie jest godna miana uczelni badawczej globu. Ten konkurs wygrały największe polskie uczelnie akademickie, co było raczej do przewidzenia. Niemniej nie posiadają one odpowiedniej ilości wykwalifikowanych kadr badawczych, unikatowej aparatury naukowej, ani zrealizowanych tysięcy, tysięcy wyprzedzających badań naukowych, a których wyniki mogłyby wnieść pewne novum w nauce. Również owa dodatkowa 10% subwencja na okres najbliższych 7 lat, nie poprawi znacząco ani jakości dydaktyki, ani jakości badań tam prowadzonych. Gro tych środków pochłonie inflacja. Warto porównać budżety rzeczywistych uczelni badawczych globu na przykładzie GB np. Oxford, Cambridge, University College of London, Imperial College, z niby polskimi uczelniami badawczymi. Może wówczas zrozumiemy, gdzie My w ogóle dziś jesteśmy.

      Usuń
    2. @ anonim z 20:48

      Amen.

      Usuń
    3. W świetle wypowiedzi anonima z 20:48 to chyba rzeczywiście ten blog nie ma sensu (jego ostatnie zamieranie tylko to potwierdza). Po co dyskutować o czymś co się w ogóle nie liczy, jest tylko marnowaniem nawet tych skromnych pieniędzy. Może Pol Pot miał rację, rozpędzić na cztery wiatry tych darmozjadów z uczelni, dać im motyki do ręki, a protestujących prześwięcić tą motyką w potylicę. Glob i tak nie zauważy zniknięcia tej nędzy.

      Usuń
    4. Bzdura, bo ofiary Pol Pota zauważył...

      Usuń
    5. Całokształt wypowiedzi na tym blogu nie jest nakierowany na likwidację polskiej nauki, bo jest wiele dziedzin, gdzie Polaków traktuje się poważnie i mamy się czym chwalić. Biorąc pod uwagę PKB, liczbę mieszkańców i nakłady na naukę, stan części naszych badań przyrodniczych i medycznych jest zaskakująco dobry. Jednak nawet w tych dziedzinach wyraźnie widać, że system jest patologiczny i wiele do powiedzenia mają ludzie, którzy w ogóle nie powinni w nauce pracować. System da się poprawić, ale bezrefleksyjne zwiększanie kosztów jest tak naprawdę dużym krokiem do tyłu.

      Praca w nauce to często bardzo wygodne życie. Rozważmy niedawną podwyżkę dla adiunktów i zniesienie wymogu habilitacji. Prawdą jest, że wymóg powodował słabe habilitacje. Ale prawdą jest też, że podwyżka spowodowała sytuację "czy się stoi, czy się leży, średnia krajowa się należy". Adresatem reformy są akademicy, którzy nie robią żadnej pracy naukowej. A przecież można było te środki przekazać na sensowny system premiowy, który dawałby mocną motywację do pracy i równocześnie zniechęcał ludzi nieefektywnych, którzy mieliby od tej pory dylemat (nic nie robić i mało zarabiać, czy powalczyć o wyższe zarobki). A tak mamy sytuację, że aktywni ludzie dostają na rękę nadal niewiele w porównaniu z wynagrodzeniami na wolnym rynku pracy, natomiast wielkie środki zostały przetransferowane do kieszeni ludzi, którzy pracą naukową zajmują się niewiele. Ukoronowaniem tego wspaniałego systemu jest pominięcie habilitacji w siatce wynagrodzeń, żeby sobie frajerzy z dorobkiem nie myśleli, że są w ogóle potrzebni.

      Nowy system oceny jednostek naukowych wyglądał obiecująco, ale jak widać, lista czasopism będzie farsą. Do tego bardzo trudno będzie wypełnić sloty publikacyjne przypadające na każdego pracownika, gdy podwyżki należą się wszystkim. Można się spodziewać, że aktualny stan rzeczy zostanie zabetonownay na wiele lat i to właśnie chodziło w reformie. Nikt nie zarzuci państwu, że nie chciało reformować i nie szukało na to pieniędzy.

      Usuń
    6. Problem ze zdefiniowaniem dorobku nie jest prosty i na tym bazuja wszelkie gry dotyczace jego oceny. Niektorzy w ramach posiadanych dojsc zawyzaja punktacje slabych czasopism. A inni montuja spoldzielnie, zeby sie dostac do prestizowych pism, chocby w gronie dwudziestu nazwisk (punty sie nie dziela, dla indeksu H to tez nie robi roznicy ilu gosci mylo jedna probke). Kombinuja wszyscy, wierzac, ze to wylacznie w slusznej sprawie.

      Usuń
    7. anonim @ 08:43

      Dyskusja/e na blogu pana Michała i innych jemu podobnych mają sens. Natomiast nie dostrzegam sensu w dyskusji o niby polskich uczelniach badawczych, które w opinii międzynarodowego środowiska akademickiego za takie nie uchodzą. Faktem też jest, iż ta 10 ma status prowincjonalnych uczelni akademickich z Europy Środkowo-Wschodniej, więc o czym tu dyskutować? W Polsce na temat ministerialnego konkursu IDUB, także niewiele się mówi, bo wyłoniona 10 dopiero będzie w najbliższych latach podążała w kierunku uzyskania statusu uczelni badawczych globu, jak słusznie zauważył jeden z rektorów. Może za 20 lat jedna z tych 10 takowy status uzyska, ale to tylko myślenie życzeniowe. Dziś nie wiadomo, czy za 7 lat będą fundusze na kontynuację programu IDUB, gdyż polskie państwo ma coraz bardziej ograniczone zasoby finansowe, krajowe biznesy także, a fundusze strukturalne UE topnieją. Przez wynalazek o nazwie IDUB ucierpią regionalne uczelnie wyższe, i polityka zrównoważonego rozwoju kraju. Wszystko przez chciejstwo i głupotę niejakiego ministra Gowina.

      Usuń
    8. Wprawdzie dyskusja o uczelniach badawczych sensu nie ma, ale o calej inicjatywie juz tak. O uczelniach badawczych nie warto pisac, gdyz ich faktycznie u nas nie ma i szybko nie bedzie. Ale te inicjatywe trudno jednak przypisac Gowinowi i wlasnie dlatego warto o tym rozmawiac. Otoz w polskim srodowisku naukowym od lat jest zapotrzebowanie na jakis sukces i stad to przerabianie nazw. Najpierw akademie rolnicze, ekonomiczne itp. przerobiono na uniwersytety, ze niby mamy taka swietna baze dydaktyczna. No i duze uczelnie uznaly, ze cos na tym stracily. I przystapily do kontrataku. Bylo czterech pewniakow: UJ, AGH, UW i PW. Wydawalo sie, ze PANy polacza sily i nic absolutnie nie zmieniajac okrzykna sie najlepsza uczelnia badawcza. Tez byliby pewniakiem i podlaczyliby sie pod dodatkowe zrodlo kasy. Czemu to nie przeszlo, to jest ciekawa zagadka. Natomiast to wszystko pokazuje, jak wyglada uprawianie nauki w Polsce. Podchody, sojusze, szampan dla zwyciezcow. Jestesmy krajem, gdzie kocha sie robienie szopek. Wazne, ze cos sie dzieje.

      Usuń
    9. anonim @ 20:10

      Faktem jest, iż Mamy jakiegoś bzika z przerzutką w kwestii nadawania nazw poszczególnym uczelniom wyższym. Ta wojenka na przymiotniki w nazewnictwie między uczelniami trwa nie od dziś. Wszystko to przypomina narodowy kabaret, ale ważne, że coś się dzieje. Faktem też jest, iż w swoim czasie pojawił się pomysł powołania do życia uczelni badawczej UPAN, choć ten pomysł nie jest nowy, gdyż pojawił się pierwszy raz w 1990 r., potem w 1999 r. W samej Akademii miał licznych przeciwników, ale i rektorzy czołowych polskich uczelni wyższych poczuli się bardzo zagrożeni, więc temat ostatecznie zamknięto. Powracając do wyłonionej 10, to raczej pewne było, iż wygrają najwięksi ten konkurs. Tutaj nie było jakiegoś wielkiego zaskoczenia, a przynajmniej nie dla mnie. Tylko pytam, po co to wszystko? Kołdra finansowa nad Wisłą jest bardzo krótka i dziurawa, aby dać jednym, to trzeba zabrać drugim. Ponadto bawią mnie wizje ministra Gowina, który plecie o jakiejś rywalizacji tych niby polskich uczelni badawczych, z najlepszymi uczelniami badawczymi Europy, globu. To jakiś żart? Niemniej masz racje, że jesteśmy krajem kochającym robienie szopek.

      Usuń
  5. Krajowa Sekcja Nauki NSZZ Solidarność protestuje, gdyż w projekcie budżetu państwa na 2020 r. brakuje funduszy na 10% wzrost wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym i nauce polskiej. Minister Gowin obiecał, a pieniędzy dla akademików nie ma moi drodzy. Na pewno będziemy mieli polski Oxford?

    OdpowiedzUsuń
  6. https://prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2014/07-08/krzeslo-dramat-miniaturowy/

    Nieco wiekowe, ale czy coś się zmieniło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, gdyż polska bieda podlega systematycznej konserwacji.

      Usuń
  7. W listopadowym dokumencie KSN NSZZ Solidarność można wyczytać ciekawe fajerwerki w sprawie bubla prawnego, a jakim jest ustawa 2.0."Obserwujemy narastający chaos organizacyjny, poczucie niepewności pracowników uczelni, instytutów badawczych i PAN oraz sprzeczności we wprowadzonej w uczelniach ustawie. Czynniki te wpływają na pogarszanie relacji między pracownikami oraz wspólnotą akademicką a pracodawcą, a także przyczyniają się do braku ciągłości badań naukowych"-napisano w dokumencie Solidarności. Oto obraz nauki polskiej w świetle reform ministra Gowina. Nic dodać, nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli ma się niewiele pieniędzy to są w gruncie rzeczy dwie drogi. Albo dać każdemu grosze, albo uczciwie powiedzieć: "Panowie, dobre badania kosztują. Stać nas obecnie niestety tylko na dobre finansowanie 20 uczelni wyższych.". Reszta do "restrukturyzacji";) W tej sytuacji na jeden stołek asystenta, przypadałoby kilkudziesięciu chętnych, a nie jeden cudem uchowany doktorant kierownika.

    Druga sprawa o której nikt nie śmie mówić otwarcie. Kto zostanie na uczelniach/w instytutach za 2200-2600 zł/miesięcznie (pensja asystenta)? Skoro doktoranci będą od drugiego roku studiów dostawiać ponad 3 tys. podstawy, plus jakieś dodatki czyli pewnie około 4 tys. - to nie sądzę, że z uśmiechem będą czekać na pracę za śmieszne pieniądze w wieku około 30-stki. W tym momencie magazynier z marketu zarabia przecież więcej, nie mówiąc o korpo. Ci zdolniejsi wyjadą za granicę lub wsiąkną w przemysł/biznes. Zostaną nieudacznicy, bezproduktywni. I tyle z reformy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już widzisz jak w tych 20 ostałych się uczelniach nie wygrywa etatu doktorant kierownika...bajki...

      Usuń
  9. Ad Anonim z 13:22 - chyba nie zrozumiałeś/miałaś intencji mojego wpisu. W Polsce mamy na chwilę obecną 132 uczelnie publiczne finansowane z MNiSW. Do tego dodaj wszelkiej maści instytuty. Takie rozproszenie, i tak już niewielkich środków, sprawia, że poszczególne uczelnie dostają grosze. Za te pieniądze można tylko "trwać", dla samej tylko idei trwania. Redukcja liczby jednostek zwiększyłaby znacząco budżety na badania, rozwój, sprzęt, wypłaty. Po co utrzymywać Gołdap, Siedlce, Sanok, Bielsko Białą itd. Polska to nie USA, gdzie sens lokalnych uczelni wynika z ogromnej powierzchni kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad Anonim 15:21

      Mamy 132 uczelnie publiczne finansowane z MNiSW i tak pozostanie, gdyż młodzież z Gołdapi, Siedlec, Sanoka czy Bielsko Białej ma prawo uzyskać wyższe wykształcenie w miejscach zamieszkania i bytowania zarazem. To, co proponujesz jest sprzeczne z polityką zrównoważonego rozwoju kraju i jawną dyskryminacją mniejszych ośrodków akademickich. Nie ma na to mojej zgody. Wystarczy, że wyłonione niedawno niby uczelnie badawcze w liczbie 10 będą pasione przez najbliższe 7 lat kwotą 500 mln zł., którą odebrano mniejszym, słabszym uczelniom akademickim. Dość tej głupoty, aby więksi, silniejsi paśli się kosztem mniejszych. NO PASARAN kolego.

      Usuń
  10. Ad Anonim 21:09

    "będą pasione przez najbliższe lata". Pasieni za pieniądze MNISW to są emerytowani profesorowie, którzy z nudów lub wrodzonej pazerności zakładają pseudouczelnie na prowincji, które nie tylko nie uprawiają żadnej nauki, ale i edukację prowadzą na poziomie wysoce abstrakcyjnym. Szkoda mi tylko tych młodych ludzi z Siedlc, Gołdabi itd. którym ktoś zrobił w życiu straszną krzywdę mówiąc, że mogą tu dostać wyższe wykształcenie. To właśnie przez takie twory tytuł magistra przestał w tym kraju cokolwiek znaczyć. Dziwne jeszcze, że ci głupi Amerykanie nie odebrali opasłego budżetu Harvardowi i nie podzielili pomiędzy te biedne, małe, słabsze uczelnie. Dla porównania - 22 najbogatsze amerykańskie szkoły rekrutują zaledwie ok. 5 proc. wszystkich studentów w Stanach Zjednoczonych, a mimo to otrzymują połowę wszystkich przekazywanych uczelniom pieniędzy - ok. 223 mld dolarów. Ale widzę, że nam bliższa jest komuna. Każdemu mało, ale przynajmniej po równo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad Anonim 22:43

      Nie zmieniaj tematu, gdyż rozmawiamy o regionalnych uczelniach publicznych. Ponadto emerytowani profesorowie mają prawo otrzymywać godną zapłatę za wykonaną prace, jak każdy pracownik zresztą. To, że pracują jako emeryci niejednokrotnie wynika z faktu, że w wielu dyscyplinach naukowych występuje luka pokoleniowa, i nie ma kto prowadzić zajęć ze studentami. Dalej uczelnie wielkie UW, UJ, UAM, UWr itp. nie prowadziły i nie prowadzą zaawansowanych badań naukowych na światowym poziomie, i pomimo ograniczenia pogłowia studentów nadal zdominowane są przez proces dydaktyczny. Dlatego odbieranie środków finansowych regionalnym uczelniom wyższym i przekazywanie tym większym, bo są silniejsi i cwańsi mija się z celem, i narusza politykę zrównoważonego rozwoju Polski. Na szczęście wiele wskazuje na to, że ta jawna niesprawiedliwość społeczna nie potrwa dłużej jak 7 lat, choć wróbelki ćwierkają, że może być krócej. Kasa państwa jest pusta, a król jest nagi.

      Usuń
    2. My nie mamy takich uczelni, co USA np. Harvard, Yale. I mieć nie będziemy, bo jesteśmy relatywnie ubogim społeczeństwem i gospodarczym karłem. Przestańmy pleść androny.

      Usuń
    3. Te wielkie uczelnie amerykańskie powstawały głównie z kapitału prywatnego, różnych fundacji tworzonych przez ludzi, których majątek często był większy niż całe PKB ówczesnych peryferyjnych krajów europejskich. Rzucanie więc takich nazw jak Harvard jest w tej dyskusji bezsensowne. Jeżeli już, to możemy szukać porównań z uniwersytetami stanowymi spoza starej i młodej ligi bluszczowej. Na budżet tych bluszczowych w dalszym ciągu przypada znaczna część kapitału prywatnego + bardzo wysokie czesne. Tak się składa, że znam jedne i drugie, bo pracowałem w swojej karierze w USA i na bluszczowych i na stanowych, a obecnie ustabilizowałem się na stanowym ze środka rankingu krajowego. W USA docenia się istnienie uniwersytetów regionalnych jako ważnych ośrodków edukacyjnych, a częściowo również naukowych (nawet na tych regionalnych często są zespoły z topu amerykańskiego, chociaż nikomu tu nie przyjdzie do głowy porównywać je z bluszczowymi gigantami). Jak porównuję warunki pracy w USA z tymi w Polsce, to rzuca mi się w oczy straszne marnotrawstwo pieniędzy w Polsce. Działam w działce bliskiej biologii molekularnej. Patrzę na wysokość grantów jakie ja miałem w USA i na te pieniądze jakie mieli koledzy w Polsce i wbrew temu co pewnie sądzicie dysponowałem 3-4 krotnie mniejszymi funduszami. Ale jak porównuję co się naszym zespołom udawało zrobić i co polskim, to te drugie bijemy na głowę (tzn. efektywność pracy w USA jest wielokrotnie większa). Dydaktyki mamy wprawdzie nieco mniej niż w Polsce, ale jej organizacja jest znacznie efektywniejsza. Zwykle mam 2 miesiące w roku bardzo zajęte dydaktyką, a pozostałe miesiące bardzo mało i wtedy to zwykle są zajęcia z doktorantami, których poziom jest niebotycznie większy niż tych w Polsce i są oni praktycznie równoprawnymi partnerami naukowymi.
      To co różni USA od Polski to też straszna w USA biurokracja na poziomie wydawania kasy. Z każdego dolara trzeba się rozliczać, uzasadniać potrzebę wydatków na wiele sposobów i chociaż same biura obsługujące finanse są pełne miłych pań, to takie lekkie zakupy i marnotrawienie pieniędzy jakie widziałem w Polsce jest niemożliwe. To też powoduje, że efektywność naszej pracy jest dużo wyższa.
      No i jeszcze ciekawostka. Tu w USA nie ma takich blogów jak kol. Żmihorskiego. Są blogi specjalistyczne, na których odminuje pozytywny typ przekazu, a wiec głównie podawanie pomysłów jak coś poprawić, ulepszyć, zrobić bardziej efektywnie. Na blogu Żmihorskiego dominuje biadolenie, narzekania, bardzo mało jest przekazu pozytywnego, często jest prężenie muskułów oparte o chory system parametryczny, wojny pokoleniowe itd.

      Usuń
    4. A skąd Twoim zdaniem bierze się ta różnica w poziomie doktorantów? Jeśli chodzi o edukację "niższą" to wg testów bijemy Amerykanów na głowę, jeśli chodzi o undergraduate to myślę, że wypadamy podobnie (mam 6 lat doświadczenia na uczelniach amerykańskich), a gdy dochodzi do doktorantów, to zgadzam się, że jest przepaść...

      Usuń
    5. Nabór na studia doktoranckie jest decydujący. Poziom studentów niższych, a nawet undergraduate, z którymi miałem i mam do czynienia w USA rzeczywiście często był niższy niż w Polsce (w rankingach studenckich zawsze na czele są studenci pochodzenia azjatyckiego, ostatnio też latynoskiego). Gdy startowałem na studia doktoranckie w moim labie było 64 kandydatów z całego świata na to miejsce, a przez okres studiów doktoranckich w całym instytucie doktorantem był tylko jeden Amerykanin, reszta to ludzie z Europy i Azji. Podobnie było na postdocach, teraz w moim labie są osoby pochodzenia rosyjskiego i z Bliskiego Wschodu, Kanadyjczyk i tylko paru Amerykanów starszego pokolenia. Szukam obecnie doktorantów i też chyba w końcu trafi na nie rodzonego Amerykanina, bo baza wykształcenia poza USA jest dużo wyższa niż w Stanach. Studia doktoranckie są tutaj bardzo wymagające i co ciekawe, doktoranci czysto amerykańscy muszą na początku chodzić na zajęcia uzupełniające wykształcenie (z uwagi na niski poziom programów niższych), a doktoranci z krajów Europy Wschodniej czy Azji i Latynosi zwykle są zwolnieni z tych zajęć na podstawie zaliczeń w ich indeksach z rodzimych krajów (ja też nie musiałem tego robić bo uznano, że program na moim uniwersytecie wyczerpuje podstawy wykształcenia na tych studiach doktoranckich). Tak jak pisałem wyżej, doktoranci są tu pełnoprawnymi współpracownikami w labie, w Polsce doktoranci są traktowani na niższych latach jak uczniaki (często zresztą na to zasługują, bo znaleźli się na tych studiach chyba przypadkowo lub najęci zostali tylko jako siła robocza, a nie partnerzy).

      Usuń
    6. Nabór - zgoda. Jednak myślę, że to coś więcej, niż brain-drain. Wśród doktorantów, których poznałem w USA, Amerykanie i cudzoziemcy nie różnili się talentem czy umiejętnościami.

      Usuń
    7. Jak już jesteś na studiach doktoranckich to poziom szybko się wyrównuje przez sam system funkcjonowania tych studiów w USA, bardzo odrębny od tego w Polsce. Zanim przeniosłem się do Stanów zaliczyłem pierwszy rok studiów doktoranckich w Polsce, więc miałem porównanie. Ale to wymagało by więcej miejsca i czasu żeby wytłumaczyć te różnice i nie w tym wątku.

      Usuń
    8. Ad Anonim 09:01

      Dziękuję za interesujące wprowadzenie na temat szkolnictwa wyższego w USA. Niemniej nie dokonywałbym takich pochopnych porównań systemów nauki USA i Polski. USA wydaje 4,1% PKB (w dolarach) na naukę, a Polska 1,3% PKB (w złotych) wedle Eurostatu. Ponadto Amerykanie posiadają krajowy innowacyjny przemysł, który niejako od zaraz wdraża amerykańskie patenty, wynalazki do seryjnej produkcji, a potem w postaci gotowych produktów wypuszcza je na rynki globu. Istotnym odbiorcą wiedzy naukowej i jej wyników jest także US.Army. Tym samym są poważni odbiorcy amerykańskich patentów, wynalazków po stronie przemysłu i wojska. W Polsce tego nie ma mówiąc krótko. W USA pieniędzy na naukę jest więcej niż w Polsce, ale możliwości ich zdobycia są trudniejsze, gdyż jest znakomicie rozwinięty rynek naukowy oparty o konkurencje. W Polsce pieniędzy jest nieporównywalnie mniej, i też niełatwo jest je zdobyć. Nie można porównywać czegoś, co jest w swej istocie nieporównywalne. Nie wiem, co anonim rozumie przez marnotrawstwo pieniędzy na naukę w Polsce, gdyż przykładów marnotrawstwa funduszy amerykańskich podatników na badania nie brakuje. Dobrym przykładem są kompletnie nietrafione programy zbrojeniowe, które przecież oparte są o naukę. USA opiera swoją potęgę naukową na pracy np. 500 tys. naukowców z Europy, którym stworzono godne warunki do życia i pracy. Oczywiście trendy migracyjne zmieniają się na korzyść innych wschodzących mocarstw w Azji i nie tylko. Brain-drain to jedno ze źródeł amerykańskiego sukcesu, który jednak trawiony jest różnymi przypadłościami, wtopami i patologiami.

      Usuń
  11. Ad Anonim 22:43

    Brniesz w jakieś szaleństwo, nie odnosząc się do konkretnych argumentów jakie wskazuje. Mianowicie, w obliczu bardzo ograniczonych środków finansowych na naukę, abstrakcyjną bezmyślnością jest utrzymywanie szkółek na prowincji, które ani nie uprawiają jakiejkolwiek nauki, ani nie prowadzą dydaktyki na wysokim poziomie. Jedynym sensem ich istnienia jest dorabianie sobie do wypłaty przez profesorów z Warszawskich i innych dużych uczelni/instytutów oraz bonanza emerytowanych leśnych dziadków wykładających w najlepsze z pożółkłych przezroczy. Jakim szaleństwem jest wydawanie pozwoleń na otwieranie kolejnych tego typu pseudouczeni, które pączkują jak grzyby po deszczu, i ich późniejsza pozytywna akredytacja w zakresie kształcenia? Jaka jest logika tego zabiegu, kiedy istniejące już uczelnie cierpią na skrajne niedofinansowanie? To jak zakładanie kolejnych filii firmy w momencie kiedy istniejące są już skrajnie niedofinansowane. Przeraża mnie osobiście, że na tym forum są ludzie broniący tej jakże "logicznej" koncepcji.

    Jedyną nadzieję, jaką wiążę z tą ustawą jest fakt oceny, która spowoduję że w 2021 roku takie abstrakcyjne jednostki dostaną kategorię C - a więc zero pieniędzy,nawet na wypłaty. Zaraz powiecie - punkty źle, sterowanie. Zgadzam się, ale w przypadku zera to nie gra roli. Nie ważne, czy dana gazeta ma 100 czy 140 - w przysłowiowym Gołdapie i tym podobnych - 0 punktów to dalej będzie 0 podzielone przez rozpasłe N figurantów. Mam więc nadzieję, że ta patologiczna sytuacja sama się oczyści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie podzielam twojej ślepej wiary w ocenę parametryczną jednostek w 2021 r. Po pierwsze ustawa 2.0 to bubel prawny w swej istocie. Po drugie jednostki z kat. C funkcjonują nadal, mając zapewniony czas na restrukturyzacje (6 miesięcy). Takowych na uczelniach publicznych także nie brakuje, jak dobrze mniemam. Takie Mamy uczelnie wyższe niestety. Smutne to wszystko.

      Usuń
  12. Proponuję wrzucić temat zamku w Puszczy Noteckiej. Z pewnością zagląda tu wiele osób, które mogłyby profesjonalnie wypowiedzieć się o tej sprawie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Problem jest przede wszystkim mentalnosciowy. Polacy nie maja tradycji w dlugoterminowych dzialaniach konstruktywnych. Jakas akcja jednostek specjalnych - ok. Skok akademikow na kase - jeszcze bardziej ok. Ale systematyczna praca, legalne bogacenie sie, itp. uchodzi za cos nieprawdopobnie nudnego. Czy w normalnym kraju przeszlaby taka nazwa; Miedzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komorkowej, bez wiekszosci kadry z zagranicy. Ta nazwa na odleglosc pachnie udawaniem, nawet jesli sam instytut jest niezly na tle innych, krajowych. Pozerstwo, ale u nas to w sumie nie razi. Ot mieli szanse, to ubrali sie w czapeczke z kolorowym piorkiem. A inni zapragneli uczelni badawczych. A co? W sumie chodzi wlasnie tylko o to kolorowe piorko, a nie zeby sie jakos glupio narobic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem przesadzasz. Różni są ludzie i różny jest ich etos pracy. Nie stygmatyzujmy całego społeczeństwa lub jego określonych grup zawodowych. Nie wiem zbyt wiele na temat tego Międzynarodowego Instytutu, musiałbym zapoznać się z misją, aktami prawnymi placówki. W moim przekonaniu najważniejsza jest jakość badań tam prowadzonych. Podobnie na uczelniach wyższych. Mam pytanie do ciebie. Szukałeś tam roboty?

      Usuń
    2. Jaka jakosc i jak misja w tym przypadku? Licza sie fakty dotyczce skladu osobowego. Oj, co ja pisze, u nas fakty nigdy nie sa najwazniejsze.

      Usuń
    3. Według ciebie skład osobowy jest zły, czy co u licha?

      Usuń
    4. Wg standardow ogolnych - jedna fikcja, wg naszych standardow lokalnych - wszystko jest ok.

      Usuń
    5. Polak od zawsze był i jest wiecznie nieszczęśliwy. Choćby masłem mu tyłek smarowano codziennie, to też będzie źle. Nie ma w Europie takiej drugiej nacji, która tak jest przesiąknięta zawiścią.

      Usuń
    6. Nie bylo az takiej oferty. Trudno mi gdybac.

      Usuń
  14. Powoływanie różnych instytucji naukowych w Polsce przypomina swoiste życie po życiu. Pamiętam, jak powoływano do życia wysoce elitarne krajowe naukowe ośrodki wiodące, które dziś przeszły do historii, pomimo że bardzo dobrze rokowały na przyszłość. Podobna sytuacja ma miejsce teraz, a kiedy wyłoniono rzekome uczelnie badawcze. Rzecz dotyczy największych i najbogatszych akademickich uczelni wyższych kraju, które namaszczono badawczymi. Jak długo nimi będą? I w jakim celu je powołano? Tego niestety nikt nie wie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Z najnowszego info wynika jasno, że nie będzie wzrostu nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę w bieżącym 2020 r., co więcej nie będzie także 10% podwyżek pensji na uczelniach i w nauce polskiej. W tle rysuje się ogólnopolski strajk akademicki z okupacją gmachu MNiSW włącznie. Tym samym samochód z reformami Gowina zwany szumnie konstytucją dla nauki wjechał w jakieś koleiny. Niestety, bez pieniędzy nic się nie zrobi, gdyż takie jest życie. Wyszła polska bieda z worka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "... bez pieniędzy nic się nie zrobi, gdyż takie jest życie". I bardzo dobrze, za dużo tych podwyżek na uczelniach było, a efektów brak, zarówno w poziomie dydaktyki, jak i nauki. Po prostu za dużo tam pracuje darmozjadów. Lepiej dofinansować PAN, bo tam przynajmniej jakość badań wzrosła w ostatnich latach, a instytucja zasobami ludzkimi nie przekracza jednego uniwersytetu.
      LK

      Usuń
    2. OK. To prawda, co piszesz powyżej. PAN pod względem jakości prowadzonych badań bił i bije uczelnie wyższe na głowę. Dobrym obrazkiem do tematu jest organizacja centrów doskonałości naukowej DIOSCURI z inicjatywy Towarzystwa Maxa Plancka i Narodowego Centrum Nauki. Dotychczas wyłoniono 5, choć łącznie jest ich 6, gdyż jedno centrum DIOSCURI powstało wcześniej przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Niemniej wszystkie dotychczasowe centra są lub będą niebawem ulokowane przy instytutach PAN. W przypadku finansów, to niewykluczone jest utworzenie budżetu PAN niezależnego, odrębnego od MNiSW, bo ministrowie nauki z obecnym włącznie nie rozumieją czym są pozauniwersyteckie centra badawcze, i jaką pełnią role w nauce. Zresztą skąd minister Gowin może cokolwiek wiedzieć o nauce?

      Usuń
    3. PAN jest tak potrzebny nauce polskiej, jak tasiemce w organizmie czlowieka, np. ostatnio zauwazono, ze tasiemce moga byc faktycznie przydatne w kuracjach odchudzajacych. W kazdym razie, w przyrodzie organizmy pasozytnicze sa potrzebne, inaczej by nie powstaly. Wiec te narzekania powyzej "o swoistym zyciu po zyciu" niczego konstruktywnego nie wnosza.

      Usuń
    4. Pamiętaj ziomku o związku pasożytów i chorób autoimmunologicznych. Chyba lepiej mieć tasiemca niż być uduszonym przez astmę bądź wykończonym przez toczeń.

      Usuń
    5. O to mi wlasnie chodzilo. Zeby na pewne dziwaczne stwory spojrzec nieco cieplej, bez wzgledu na to, jak bardzo osobliwe rzeczy wypisuja osoby zwiazane z tymi stworami.

      Usuń
    6. Ziomal, dziwaczne stwory niedawno wyłoniono w liczbie 10, i nadano im przymiotnik badawczy na czas określony rzecz jasna. Niespotykany przypadek w skali globu, co więcej Gowiś coś plótł rektorom, aby chwalili się tą życiową nominacją w świecie. Niemniej będzie wesoło.

      Usuń