Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finansowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finansowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 kwietnia 2016

Czy "bezpłatne" studia są korzystne dla mniej zamożnych?

Ponieważ celem tego bloga nie jest prezentowanie opinii, z którymi w większości się zgadzamy, lecz wkładanie kija w mrowisko i kontestowanie ogólnie przyjętej w mainstreamie poglądów dot. nauki w Polsce, dziś wrzucam temat dość kontrowersyjny. Uprzedzając krytykę przyznam się od razu, że sam nie mam dobrze skrystalizowanych poglądów w tej sprawie, jestem jednak pewien że te powszechnie obowiązujące są budowane głównie na życzeniowy myśleniu, ignorancji i zamykaniu oczu na twarde fakty. Chciałbym tym wpisem pokazać Czytelnikom nieco inną optykę, po przyjęciu której (choćby na chwilę, na potrzeby intelektualnego eksperymentu) zmienia się odbiór istniejącego w Polsce systemu szkolnictwa wyższego. Chodzi o finansowanie szkolnictwa wyższego, w tym przede wszystkim o pytanie: czy system bezpłatnej edukacji niweluje, czy też pogłębia nierówności społeczne?

Model, który - tak zakładam - w większości uznamy za sprawiedliwy i rozsądny jest następujący: studia są bezpłatne, by osoby mniej zamożne (z mniej zamożnych rodzin) mogły zdobywać wykształcenie na równi ze studentami z rodzin o wysokim dochodzie. W efekcie oczekujemy, że niższy status materialny rodziców nie ogranicza ich dzieciom dostępu do edukacji, a więc w dłuższej perspektywie czasowej pomaga im zmienić na lepsze swoją sytuację (bo lepiej wykształceni na ogół zarabiają więcej). W teorii brzmi to pięknie i nikt chyba nie będzie kwestionował zasadności tak zdefiniowanych celów bezpłatnego szkolnictwa. Jednak realia są inne od założeń. Pokusiłbym się nawet prowokacyjnie o stwierdzenie, że obecny system "bezpłatnego szkolnictwa wyższego" to sprawnie działająca maszyna zabierająca pieniądze najuboższym i przekazująca je najbogatszym (sam tego nie wymyśliłem, część ekonomistów tak to nazywa). Trzy punkty:

1. Biedni nie studiują bezpłatnie. 
Znaczna część młodzieży z rodzin ubogich w ogóle nie studiuje. Znam dość dobrze środowisko wiejskie (pochodzę z W-wy ale realizując 4 granty długo mieszkałem na wsi) i mało kto z tych naprawdę ubogich ludzi, dla których normą jest tyrać przy zrywce drewna w lesie za kilkadziesiąt złotych dniówki, może posłać swoje dzieci na studia do dużego miasta. W efekcie, na bezpłatnych studiach udział studentów z rodzin najbiedniejszych jest tragicznie niski. By nie być gołosłownym: "Prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych uważa, że studenci z uboższych rodzin stanowią zupełny margines na studiach bezpłatnych, prof. Maria Jarosz, że jest ich najwyżej 2%." źródło

2. Biedni płacą na bezpłatne studia bogatych. 
Na bezpłatnych studiach na najlepszych polskich uniwersytetach studiują głównie dzieci z zamożnych domów i z dużych miast (dobry przykład: obecnie najbogatsi Polacy wg Forbes, Dominika i Sebastian Kulczyk, są właśnie po takich studiach). I to oni są głównymi beneficjentami systemu bezpłatnej edukacji wyższej w Polsce. Tymczasem wszyscy młodzi ludzie z uboższych rodzin, którzy już od wczesnej młodości (najczęściej już jako nieletni) mają ciężką i nisko płatną pracę, są dodatkowo obciążeni składając się w podatkach na bezpłatne szkolnictwo wyższe. W efekcie w wieku 18-23 lata zamożna młodzież wielkomiejska studiuje, a więc nie płaci składek, a finansuje to m.in. pochodząca z ubogich rodzin młodzież z prowincji. Również pod koniec życia jest podobnie: osoby z wyższym wykształceniem żyją zazwyczaj dłużej, więc dłużej pobierają emeryturę (a płacą na nią krócej - patrz wyżej).

3. Biedni, jeśli studiują, to płatnie. 
Jeśli już dzieci z biedniejszych rodzin, najczęściej gdzieś z prowincji, idą na studia, to zazwyczaj do płatnych szkół, w stylu "wyższa szkoła łowiectwa i psychologii", otrzymując w nich relatywnie słabe wykształcenie. I muszą oczywiśćie za te szkoły zapłacić (pieniędzmi, które im zostaną po obowiązkowym opłaceniu bezpłatnej edukacji dla zamożnych w mieście), co najczęściej i tak jest dla nich niższym kosztem niż przeniesienie się na 5 lat do miasta, by studiować w szkole bezpłatnej.

Oczywiście na studiach bezpłatnych w Polsce studiuje wielu studentów z rodzin mniej zamożnych i dla nich ten system jest niewątpliwie korzystny (jest to jednak ta część rodzin mniej zamożnych, której powodzi się stosunkowo nieźle). Jednak ocena całościowa, uwzględniająca powyższe fakty, nie może być pozytywna - powiedzmy to sobie jasno: bezpłatne szkolnictwo wyższe wypompowuje znaczne środki finansowe z budżetów domowych rodzin uboższych (którzy - co ważne - są proporcjonalnie bardzo obciążeni podatkami, bo z płacy minimalnej ok 50% wędruje do budżetu, w postaci podatków i składek) i finansuje z tego system, z którego korzystają głównie zamożni. Wiem, że powtarzam to po raz trzeci, ale mit o bezpłatnych studiach, z których jakoby korzystają ubodzy, jest bardzo głęboko zakorzeniony w naszej świadomości. I choć wiem, że noblista z ekonomii nie ma wystarczającego autorytetu wśród polskich uczonych, by cokolwiek im wyperswadować, to jednak wrzucę na koniec fragment opinii prof. Friedmana (Nobel w 1976) na ten właśnie temat:
Co z tym zrobić? Wydaje się, że każde rozwiązanie uzależniające ponoszenie kosztów (w podatkach) od faktycznego korzystania z tego systemu (studiowania) będzie lepsze od obecnego. Jakieś sugestie?

Michał Żmihorski


czwartek, 14 maja 2015

List prof. Jacka Matyszkiewicza, uczestnika panelu ST10 w NCN

Dostałem list od prof. Jacka Matyszkiewicza, odnoszący się do komentarzy pod poprzednim postem. Komentarze te były krytyczne wobec dorobku prof. Matyszkiewicza, jak również działania panelu ST w NCN. List uważam za bardzo pożyteczny z dwóch powodów. Zawiera on szczegółowy opis funkcjonowania wspomnianego panelu, w tym przede wszystkim zasady oceny dorobku aplikujących. Po drugie doceniam postawę Autora listu, który staje z otwartą przyłbicą do konfrontacji z krytykującymi go anonimami. Wklejam zatem list w całości poniżej, a do osób, które rozpoczną pod nim dyskusję i zechcą zamieścić komentarz mam bardzo jasny komunikat: nie będę tolerował wpisów przekraczających granicę dobrego smaku, więc szkoda Waszego czasu - zachęcam do dyskusji merytorycznej.
michał żmihorski


Szanowna/ny ?Pani/?Panie Anonimie,

Nazywam się Jacek Matyszkiewicz i w ostatnim konkursie OPUS byłem przewodniczącym panelu ST10. Uprzejmie dziękuję za ocenę mojego dorobku i postawy etycznej zawartej w komentarzach z dnia 6 maja. Nieśmiało pozwolę sobie przedstawić się szerzej. Oprócz podanych przez Anonima moich wskaźników scjentometrycznych mam w życiorysie kilka innych „zawstydzających” epizodów: stypendium Humboldta (1996-97), a aktualnie członkowstwo Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów, przewodniczenie Komitetowi Nauk Geologicznych PAN oraz wybór na członka korespondenta PAU. Wybory do trzech ostatnich gremiów były wyborami tajnymi. W przypadku CK wyboru dokonywali polscy profesorowie tytularni nauk o Ziemi, w przypadku KNG PAN środowisko polskich geologów posiadających co najmniej habilitację, a w przypadku PAU - jej  członkowie. Stypendium Humboldta także nie uzyskałem drogą protekcji lub z nadania. Cóż, mogę jedynie podzielić Pani/Pana ubolewanie, że wszystkie te gremia wybrały takiego nieuka. Na dodatek obecny panel  ST10, to już 7 z kolei, któremu przewodniczyłem a 8, w którym brałem udział. Nie znam osobiście przewodniczącego Rady NCN prof. M. Karońskiego i nigdy z nim nie rozmawiałem, nie mówiąc już o zabieganiu o przewodniczenie w panelach eksperckich. Tak się dziwnie składa, że jedynym moim atutem było i jest uczciwe stawianie sprawy, co geolodzy, jak można domniemywać z wyników różnych wyborów, bardzo sobie cenią. Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że na moje wskaźniki scjentometryczne wpłynęło 7-letnie pełnienie funkcji dziekana dużego wydziału (no, cóż sam chciałem…, a dopisywać się do prac kolegów nie zwykłem), ale i tak wśród geologów, nie mam z tego powodu przesadnych kompleksów. Oczywiście w zestawieniu z fizykami, chemikami czy astronomami wskaźniki te są niskie. Przestrzegałbym jednak przed automatyzowaniem oceny dorobku, wyłącznie na podstawie indeksu H. Wiele ikon polskiej geologii (do których nie uzurpuję sobie prawa zaliczania się) ma te wskaźniki bardzo niskie. Geologia to nie biochemia, czy fizyka eksperymentalna, gdzie często spis autorów przekracza objętość tekstu. Mapy geologiczne robi się kilka lat, a opublikowanie ich w czasopismach z JCR jest praktycznie niemożliwe.
Uważam, że szerokie forum, które bierze udział w dyskusji na temat NCN powinno jednak poznać, przynajmniej skrótowo, warunki oceny grantów. Może to, części z Państwa, pozwoli na chłodną refleksję w miejsce rozbudowanych paszkwili. Panel ST10 jest panelem eklektycznym, w którym rozpatrywane są wnioski z zakresu geologii (średnie indeksy H wnioskodawców około 5), geografii (średnie H wnioskodawców około 2), geofizyki (średnie H wnioskodawców około 7), klimatologów (H około 6), geodetów (średnie H około 2) i jeszcze paru innych dyscyplin naukowych związanych pośrednio z naukami o Ziemi. Na czym polega rola przewodniczącego? W moim przypadku, na proponowaniu panelowi jednolitych kryteriów oceny wniosków, które po dyskusji są lub nie są przyjmowane w głosowaniu. W ostatnim (i w każdych z paneli, którym przewodniczyłem) decydujące (ale nie jedyne) znaczenie w ocenie dorobku wnioskodawców miał właśnie indeks Hirschsa. Dlaczego nie jedyne? Dlatego, że w przypadku mechanicznej oceny dorobku wnioskodawcy tylko na podstawie indeksu H, zajęcie to można by powierzyć urzędnikom NCN, a nie naukowcom. Mogę Państwa zapewnić, że jeśli grant nie zawierał usterek formalnych (np. bardzo naciąganego kosztorysu; nieprawdziwych danych w ankiecie wnioskodawcy etc.), to wnioskodawca ze sporym Hirschem z pewnością znalazł się w II etapie oceny.
Drugi etap – to wyłącznie domena recenzentów z zagranicy. Kto ich wybiera? Nazwiska potencjalnych recenzentów zgłaszają wszyscy członkowie panelu (16 osób z różnych ośrodków reprezentujących różne dyscypliny), ale o tym, kto wykonał recenzje członkowie panelu (w tym jego przewodniczący) dowiadują się dopiero po zamknięciu listy rankingowej na końcu posiedzenia. Bywa często tak, że recenzent zagraniczny nie wykonuje recenzji, ale sugeruje innych kompetentnych recenzentów, do których urzędnicy NCN przesyłają wniosek. Rola panelu ekspertów na II etapie oceny wniosków sprowadza się wyłącznie do ujednolicania kryteriów w zakresie oceny dorobku wnioskodawcy. Chodzi o to, aby zgodnie z przyjętymi przez panel jednolitymi kryteriami, zweryfikować ocenę recenzenta zagranicznego, który uznał wnioskodawcę za wybitnego naukowca przy np. H=2, lub za bardzo słabego badacza przy wysokim H. Te przykłady, pochodzą właśnie z ostatniego konkursu OPUS w panelu ST10. W zakresie oceny merytorycznej części projektu naukowego panel (TEN PANEL) przyjmował średnią ocen recenzentów i nie wprowadzał żadnych zmian. Do końcowej oceny nie zaliczano ocen ekspertów z I etapu oceny, tak, że końcowy ranking jest ustalony wyłącznie na podstawie średniej ocen zagranicznych recenzentów w II etapie oceny.
Podsumowując, system oceny wniosków jest pewno niedoskonały, ale z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że jest UCZCIWY. Komentarze zawarte na forum, oprócz tego, że dają upust emocjom, wskazują na całkowity brak informacji o tym, jak działał panel ST10 w ostatnim konkursie, choć ?Pani/?Pan Anonim pisze, iż: „ST10 jest mi bliskie i dlatego dobrze mam to rozpoznane”. Trudno to wręcz komentować.
Cenię dyskutantów, którzy potrafią przedstawiać swoje sądy z otwartą przyłbicą. Być może ?Pani?/?Pan Anonim ma świetne wskaźniki scjentometryczne, ale status samodzielnego pracownika naukowego (tak sądzę, gdyż Anonim pisze, że ma doktorantów) zobowiązuje do zachowania z klasą. Szkalować anonimowo jest łatwo, podpisać tekst swoim nazwiskiem już nie. To wymaga odwagi cywilnej i pewnego poziomu kultury, której nie zastąpi się wysokim Hirschem.
Na koniec pozwolę sobie zapewnić Państwa, że jeśli Anonim złożył wniosek grantowy, który nie został zakwalifikowany do finansowania przez panel ST10, to powodem tego z pewnością nie była ortografia na poziomie komentarzy z 6 maja. „Naprawdę” pisze się razem a nie osobno…
Pozdrawiam uczestników forum i obiecuję, że więcej się już nie odezwę. Wybaczcie Państwo, muszę polepszać Hirscha!

prof. Jacek Matyszkiewicz

czwartek, 13 listopada 2014

Wyniki konkursów NCN i dalszy spadek finansowania ekologii


Opus 7, Preludium 7, Sonata 7 - na stronie NCN są już wyniki tych konkursów:
http://ncn.gov.pl/aktualnosci/2014-11-13-wyniki-konkursow


Niestety, konkurs "7" jest kontynuacją spadkowego trendu jeśli chodzi o sumę kwot przyznaną na badania w kategorii NZ_8. Tempo kurczenia się środków na naukę z konkursu na konkurs wynosi obecnie 750 000 zł w samej tylko kategorii NZ_8. Trend spadkowy z modelu GLM jest  istotny statystycznie (P=0.017). Przy utrzymaniu się tej tendencji za 8 lat suma przyznanych grantów w ramach konkursu Opus, Sonata i Preludium będzie wynosiła 0 złotych. Tak wygląda wizualizacja tego trendu:



Kwoty te nie są poprawione o inflację, a więc w realu jest jeszcze gorzej niż na wykresie.

Pytanie, które warto postawić przy okazji refleksji nad wyżej opisanym trendem jest takie: jeśli kasy jest coraz mniej (zjawisko niezależne od NCNu), czy nie warto pomyśleć jak zmniejszyć koszt obsługi grantów (to już jest zależne prawie tylko od NCNu)? Czy ktoś na przykład liczył ile kosztuje przygotowywanie wniosków przez składających granty? 

michał żmihorski

PS. Poprzedni post, również reklamujący wyniki, wrzucony przez Michała Wojciechowskiego, usunąłem, żeby nie dublować dyskusji - Michał, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? :-)

środa, 7 maja 2014

Eco & Evo - spadek finansowania przez NCN?

Update:
szybka analiza typu leave-one-out pokazuje, że konkurs nr 6 ciągnie trend w dół. Co jest jednak marnym pocieszeniem, bo konkurs nr 6 nie był przecież fikcją i trend oparty na wszystkich sześciu punktach jest bardziej wiarygodny niż dowolny bazujący na pięciu


liczba wniosków też nurkuje, już niezależnie od wyłączania poszczególnych konkursów z analizy:

 



W wolnej chwili wbiłem do excela sumaryczne kwoty dofinansowania w ramach konkursów OPUS, PRELUDIUM, SONATA dla kategorii NZ8 podane na stronie NCN. Chciałem sprawdzić jak wygląda trend czasowy, bo wyniki ostatniego konkursu OPUS dla NZ8 (jedynie 4mln sumarycznego dofinansowania) mnie zaniepokoiły. Oto wyniki:

1. Trend dla wszystkich trzech jest negatywny a kolejność konkursu (od nr 1 w roku 2011 do nr 6 w roku 2014) jest wiarygodnym predyktorem sumarycznej kwoty (GLM, średnia estymacja = -322 tysiące na każdy kolejny konkurs, t=2.55, p=0.02). 


2. Spada również liczba projektów finansowanych w kolejnych konkursach (Est=-2.6, t=3.7,p=0.001), w przypadku OPUS można ten spadek nazwać chyba drastycznym

3. Jako konsekwencja dwóch powyższych wykresów, średnia wartość projektu rośnie, chociaż nie dla wszystkich typów konkursów (troszkę się rozsypują interakcje...) - wyraźnie dla OPUS, mniej wyraźnie dla dwóch pozostałych


Komentarz:
* Główna refleksja: kasy jest mniej. Prawdopodobnie część środków idzie na nowe konkursy, których wcześniej nie było, ale trudno je uwzględnić, bo np. SonataBIS nie ma podziału na kategorie w obrębie grupy NZ, chociaż dla innych pewnie byłoby to możliwe. Inne konkursy mają też inne terminy ogłaszania. Jaki jest ogólny bilans? Nie wiem.

* Jednak w obrębie tych trzech głównych kategorii jest coraz słabiej z finansami. Nawet po ucięciu dwóch pierwszych lat estymacje dla kwoty w zależności od czasu (=kolejność konkursu) nadal są ujemne. Nie wspominając już o istnieniu inflacji...

* Najnowsze rozdanie OPUS i PRELUDIUM było najsłabsze, pod względem przyznanych środków, w historii NCNu - przyznano ok. 50% kwot z lepszych lat. Czy ten drastyczny spadek jest rekompensowany przez skierowanie strumienia finansowania na inne konkursy?? Intuicyjnie obstawiałbym, że mamy dwa źródła tego wzorca: jest po prostu mniej kasy i więcej typów konkursów

* Szybciej niż sumaryczna kwota spada sumaryczna liczba projektów (w przypadku OPUS prawie trzykrotnie!) co skutkuje wzrostem średniej wartości projektu. Pytanie, czy to jest na pewno dobry trend, pozostaje otwarte - dla zarządzania systemem pewnie tak, ale czy dla powstawania nowych idei i wpuszczania nowych graczy do tego systemu również? Nie wiem, rzucam pytanie po prostu, bo zastanawia mnie, że tak łatwo NCN rozwiązał odwieczny dylemat SLOSS ;-)

michał żmihorski

niedziela, 29 września 2013

Wiceminister Karpiński bardzo rozsądnie o nauce w Polsce!


Znowu pożyczam od Obywateli Nauki, bo znaleźli naprawdę bardzo, bardzo mądry tekst diagnozujący świetnie szereg słabych punktów nauki w Polsce!!! Polecam wszystkim, całość tu:
http://biznes.interia.pl/prasa/news/zascianek-ocenia-zascianek,1952086,3128?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=msie

czytamy tam m.in.:
"W latach 2007-2013 ze środków unijnych, w tym Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (PO IG), zaczęto budować nowe budynki i wyposażać je w bardzo drogą aparaturę, dofinansowanie otrzymywały ośrodki, które w nauce w ogóle się nie liczą"

Odsyłam do publikowanego niedawno na blogu zestawienia inwestycji "w naukę" czyli np. budowa zamiejscowego centrum KUL w Stalowej Woli za 60 milionów...


Dalej:

"wynagrodzenie na uczelniach musi być zróżnicowane i proporcjonalne do naukowego dorobku mierzonego zachodnią, nie polską socjalistyczną miarą"

Po prostu trafia w sedno - w PAN wszyscy dostają po równo i to jest główna przyczyna stagnacji i lenistwa (czy się stoi, czy się leży to i tak taka sama kwota wpływa na konto co miesiąc).


dalej:

U nas Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przyznaje uczelniom dotacje, przyjęło system, zgodnie z którym dorobek naukowy stanowi tylko 1/6 całkowitej oceny. Resztą można manipulować poprzez różne nieostre kryteria: przydatność projektu do celów gospodarki czy powiązanie go z przemysłem. Tymczasem na świecie o punktacji przy ocenie grantów w zasadniczej części decyduje konkurencyjny dorobek naukowy. 

Świetna diagnoza - mam wrażenie, że to nie tylko problem NCBiRu, ale NCNu również, chociaż zaraz dostanę mocną kontrę, że przecież dorobek też jest brany pod uwagę...



a tu nieco o autorze tego tekstu:
http://lfmbr.sggw.pl/?q=node/4

michał żmihorski

poniedziałek, 9 września 2013

Chcesz studiować na UMCS? Trenuj zapasy!

Obywatele Nauki wrzucili ciekawą informację więc przedłużam ją tutaj:

By dostać się na studia na UMCS nie jest ważna punktacja z matury ani żadne egzaminy, tylko: "to, kto pierwszy wszedł do pokoju i złożył komplet dokumentów". Czyli sam fakt wejścia do pokoju dziekanatu decydował o dostaniu się na bezpieczeństwo narodowe, politologię, dziennikarstwo i stosunki międzynarodowe! W cywilizacjach zachodnich taka rekrutacja nosi nazwę FREESTYLE WRESTLING i jest sportem olimpijskim, ale UMCS nie dostrzega tu żadnego problemu. W artykule czytamy:
"Dziekan Wydziału Politologii podkreśla, że szczegółowo nikt tego jeszcze nie analizował, bo takie analizy robi się w październiku. Ale wstępnie przeglądano świadectwa. I wiadomo, że wśród tych, którzy się dostali, są osoby z bardzo słabymi wynikami, ale są i te z bardzo dobrymi. - A tak przecież było i w zeszłym roku. Poza tym trzeba powiedzieć, że kandydaci ze słabszymi ocenami z liceum często w czasie studiów się rozwijają i potem dobrze sobie radzą - mówi prof. Janusz"

Jednym słowem problem jest przereklamowany, cały artykuł tu
a tutaj kilka zdjęć z samej rekrutacji:



michał żmihorski

wtorek, 27 sierpnia 2013

Czy studia w Polsce powinny być "darmowe"?

[[Reaktywacja po wakacyjnej przerwie]]


Czytam książkę amerykańskiego makroekonomisty, noblisty z 1976, Miltona Friedmana, a także drugą - o Miltonie Friedmanie. Lektura ta zmotywowała mnie do rzucenia tematu opłat za studia w Polsce. Temat chyba nigdy nie pojawiał się tu u nas, a przecież jest ważny i bezpośrednio dotyczy wielu problemów, które były na blogu poruszane dotychczas. 

Coraz wyraźniej dostrzegam szereg wad tego systemu, który mamy obecnie. Trzy punkty: 
1. Darmowe szkolnictwo wcale nie jest darmowe! Tak jak nie ma darmowych minut - po prostu płacimy za nie w abonamencie (więcej szczegółów TU), tak edukacja też nie jest darmowa, bo pracownicy uniwersytetu nie są wolontariuszami, budynki zimą nie ogrzewają się same itp. Po prostu płacimy za to wszystko wspólnie, na przykład pijąc piwo (akcyza). Jednak czy może sprawnie działać system, w którym klient (student) płaci sprzedającemu (profesorowi) za towar (wiedzę) za pośrednictwem plantatora chmielu na Lubelszczyźnie??? Oczywiście nie może - dlatego poziom uczelni wyższych w PL jest bardzo słaby (odsyłam do ostatniego rankingu światowego). 
2. Myślę również, że darmowa edukacja paradoksalnie jest... bardzo droga! Dowód: ilu pośredników po drodze wykarmi ta akcyza z piwa zanim pieniądze trafią do kieszeni sprzedającego (profesora)? Wielu - urzędy skarbowe, ministerstwa, kwestury, księgowości itp., a na każdym "poziomie troficznym" następuje utrata energii, to chyba oczywiste, że w ministerstwach nie pracują wolontariusze. Skrócenie tej drogi (w przenośni: ominięcie plantatora chmielu) w oczywisty sposób pozwoli zaoszczędzić kupę forsy.
3. Po trzecie i najważniejsze - system bezpośredniego zakupu towaru jest wg. Friedmana systemem, w którym sprzedający jest najbardziej zmotywowany by dostarczyć towar najwyższej jakości - inaczej nic nie sprzeda. Kupujący natomiast kupuje to, czego potrzebuje - to przecież kupujący wie jak najkorzystniej wydawać swoje pieniądze, nie pani w ministerstwie. Ja nie "kupiłbym" wykładu, na którym pani prowadząca od 15 już lat myli mewę z rybitwą (wydział biologii UW). Niestety, byłem zmuszony go "kupić", bo pieniądze płacę pijąc piwo, a z prowadzącą rozlicza się w moim imieniu ministerstwo...

michał żmihorski

środa, 17 lipca 2013

Ustawa o zamówieniach

Wiele krwi w nauce napsuła ta ustawa i psuje niestety nadal. Zgodnie z ustawą powstaje konieczność wdrażania procedury przetargowej w przypadku droższych zakupów (o ile wiem >14000 Euro) , która to procedura trwa długo i jest zupełnie niedostosowana do realiów nauki.

Ale chciałbym zapytać o zakupy poniżej tej progowej kwoty obligującej do przetargu - jaka jest procedura gdy chcemy kupić (my, czyli pracownicy uniwersytetu, instytutu PANowskiego itp.) coś tańszego? Temat ten warto ruszyć z dwóch powodów: (1) znaczna część zakupów w grantach to są właśnie drobne rzeczy, czasami kupowane już w terenie, podczas badań, a więc bezpośrednio przez pracowników naukowych, (2) mam wrażenie, że bałagan obowiązujący w strefie 0-14000 E jest naprawdę spory i każda jednostka wdraża inne procedury i przepisy wewnętrzne. 

Przykład: w pewnym Instytucie PANowskim administracja wymyśliła, że każdy (!) zakup musi być poprzedzony rozpoznaniem rynku udokumentowanym na piśmie przez pracownika naukowego. W efekcie profesor przed zakupem np. szczotki drucianej (potrzebnej mu np. do czyszczenia skrzynek lęgowych) której koszt wynosi 7 zł, musi rozpoznać rynek tychże szczotek i udokumentować na piśmie, podając adres sklepów w których ceny szczotek sprawdzał, że wybierał spośród kilku ofert i wybrał najtańszą. Jest to moim zdaniem szczyt głupoty, ale takie mamy realia w nauce w Polsce. Z kolei inny instytut ustawił próg 5000zł i wszystkie zakupy poniżej tej kwoty można kupić z wolnej ręki, bez żadnej dokumentacji i rozpoznania rynku.

Stąd moja prośba o wrzucenie konkretnych rozwiązań dotyczących zakupów poniżej 14.000 Euro - im więcej konkretów tym lepiej, jeśli ktoś może podać (choćby anonimowo) nazwę jednostki gdzie dana procedura jest stosowana, to świetnie. Myślę, że taka lektura wszystkim dobrze zrobi.

michał żmihorski